Bigos jest jak polska rada rodzinna: każdy składnik ma swoje zdanie, a i tak finalnie wszystko musi się dogadać w jednym garnku. Kapusta chce być główną bohaterką, kiełbasa wchodzi jak gwiazda wieczoru, grzyby dodają tajemniczości, a śliwka… śliwka jest od tego, żeby ktoś w końcu powiedział: „no dobra, to ma sens”. A jak jeszcze ktoś dorzuci odrobinę wina, to bigos zyskuje charakter – jak wujek po drugim toaście, tylko mniej ryzykowny.
Co jest w bigosie najpiękniejsze? Że to danie ma wbudowany mechanizm usprawiedliwiania. Nie wyszło? „To jeszcze się przegryzie.” Za kwaśny? „To się ułoży.” Za gęsty? „Dolejemy.” Za rzadki? „Odparuje.” Bigos nie ocenia. Bigos wspiera. Bigos mówi: „spokojnie, jutro będę lepszy” – i zazwyczaj dotrzymuje słowa.
A że w 2026 wypada we wtorek? Tym lepiej. Wtorek to taki dzień, który zwykle niczym się nie wyróżnia. I nagle bach: święto bigosu. Plan jest prosty:
- nastawić gar,
- zamieszać,
- powiedzieć „oho, już pachnie”,
- udawać, że to przypadek, a nie celowo robiona terapia anty-stresowa.
Więc 20 stycznia – łyżki w dłoń. Nieważne, czy robisz bigos „klasyk”, „fit”, „wegi” czy „na bogato, bo się należy” – liczy się idea: w kociołku ma być dobrze, a w człowieku jeszcze lepiej. Smacznego i pamiętaj: bigos jest jak życie – najlepszy po czasie.
























































Napisz komentarz
Komentarze