I tu zaczyna się sedno problemu: skoro rola jest formalna, a dane współpracowników (w tym data urodzenia, miejsca zatrudnienia i źródła dochodów z ostatnich trzech lat) mają być jawne i publikowane przez Marszałka, to znaczy, że państwo traktuje tę funkcję poważnie – jako element przejrzystości i bezpieczeństwa wykonywania mandatu.
Co asystent społeczny powinien realnie robić
Prawo nie rozpisuje szczegółowego „zakresu obowiązków”, ale praktyka jest opisana wprost przez instytucje: to wsparcie posła w pracy w okręgu – organizacyjnej, interwencyjnej i merytorycznej. Kancelaria Sejmu (w odpowiedzi cytowanej przez media) wskazuje, że współpracownicy społeczni wykonują zadania nieodpłatnie, „z upoważnienia i w zakresie ustalonym przez posła”, a różnice wynikają z tego, jak każdy parlamentarzysta ułoży współpracę.
Kancelaria Senatu idzie jeszcze mocniej w stronę formalnej dyscypliny: społeczny współpracownik nie jest pracownikiem, działa nieodpłatnie, a senator – według senackiego poradnika – nie powinien zawierać z nim umów cywilnoprawnych.
To wszystko brzmi technicznie, ale ma bardzo praktyczne konsekwencje. Asystent społeczny bywa pierwszą osobą, z którą rozmawia mieszkaniec: gdy trzeba pisać pismo do urzędu, ustalać fakty, pilnować terminów, organizować dyżury, przekazywać sprawy do posła, a czasem reprezentować go na wydarzeniach. W takich sytuacjach liczy się nie „zapał”, tylko kompetencje.
Dlaczego kompetencje są tu kluczowe
Jeśli współpracownik ma pomagać w interwencjach, kontaktach z instytucjami i sprawach ludzi, powinien mieć przynajmniej podstawy, które pozwalają nie szkodzić. Do tego orientację w procedurach, umiejętność pracy z dokumentami, kulturę komunikacji, świadomość odpowiedzialności i zasad poufności. To nie jest rola do odgrywania na zdjęciu, bo w grę wchodzą realne emocje, często problemy zdrowotne, rodzinne, mieszkaniowe i konflikty z administracją. Brzmi poważnie> Takie właśnie jest.
Dlatego w wielu miejscach w Polsce posłowie dobierają asystentów społecznych tak, jak dobiera się ludzi do zadań: według doświadczenia i dziedzin, które mogą wnieść. Przykład z Podlasia: poseł Bogumiła Olbryś (PiS) powołała grupę współpracowników o „szerokim spektrum” doświadczeń; wśród nich znalazła się m.in. dyrektorka ośrodka kultury oraz doktor deklarujący wsparcie w kwestiach prawnych i legislacyjnych, a także działacz sportowy z wieloletnim stażem.
Z kolei w Inowrocławiu lokalne media opisywały sytuację, w której dr Bartosz Myśliwiec, lekarz naczelny szpitala, uczestniczył w pracach sejmowej Komisji Zdrowia jako asystent społeczny posła Norberta Pietrykowskiego – wnosząc do debaty wiedzę fachową.
To są przykłady, które pokazują sens tej instytucji: społeczny współpracownik nie musi być „zawodowym politykiem”, ale powinien być kimś, kto realnie zwiększa zdolność posła do działania – merytorycznie, organizacyjnie, środowiskowo.
Jak to wygląda w Tomaszowie?
Kontrowersja wokół Adriana Witczaka: młodzież w roli „asystentów społecznych”
Na tym tle kontrowersje budzi praktyka, o której dyskutuje się w regionie piotrkowskim i tomaszowskim: powierzanie funkcji społecznych asystentów osobom w wieku 16–17 lat. Poseł Adrian Witczak (KO) od dawna podkreśla, że chce angażować młodych w sprawy publiczne; w relacjach ze spotkań z uczniami mówił wręcz o „otwartości, by angażować również w te działania młodych ludzi”.
Zaangażowanie młodzieży w życie publiczne jest wartością. Problem w tym, że asystent społeczny posła nie jest formą szkolnego kółka obywatelskiego, tylko formalnym elementem wykonywania mandatu. I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy nastolatek – z definicji bez doświadczenia zawodowego, często jeszcze bez pełnej styczności z praktyką urzędową i odpowiedzialnością za cudze sprawy – jest właściwą osobą do roli, która w praktyce bywa „frontem” biura poselskiego?
To nie jest krytyka młodych ludzi jako takich. To krytyka pomieszania ról. Młodzież może – i powinna – uczyć się obywatelskości: obserwować pracę instytucji, uczestniczyć w debatach, pomagać w akcjach społecznych, rozwijać się w młodzieżowych radach, wolontariacie czy stażach. Natomiast nazywanie tego „asystowaniem posłowi” w formalnym sensie budzi obawy, że funkcja zaczyna służyć bardziej budowaniu wizerunku i politycznym narracjom („młodzi są z nami”), niż realnej obsłudze spraw mieszkańców.
Na stronie internetowej sejmu znajdziemy informacje o pracownikach i współpracownikach posła Adriana Witczaka. Prowadzi on rzekomo dwa biura poselskiego, ale zatrudnia tylko jednego etatowego pracownika. Szczegółowe koszty poznamy zapewne w przyszłym miesiącu, bo posłowie na złożenie sprawozdania mają czas do końca stycznia.
Jedynym etatowym pracownikiem biura (według informacji ze strony sejmu) jest Dawid Wawryka. Tomaszowscy działacze PO twierdzą, że wcześniej współpracował z Robertem Biedroniem. Mówią też, że obu panów łączą także relacje osobiste.
Kto więc de facto prowadzi biura poselskie w Tomaszowie i Rawie Mazowieckiej? Czy są to właśnie ,asystenci społeczni? Pierwszy z nich to Borys Filipek, który jest dosyć widoczny w Internecie. Zasłynął z hejterskich ataków na przeciwników swoje lidera. Potrafi obrażać nie tylko swoich rówieśników, ale też osoby mogące być jego dziadkami. Według zgłoszenia, jakie widnieje w internecie, chłopiec ten urodził się 26 grudnia 2006. Asystentem społecznym został w styczniu 2025 roku. Mając raptem 18 lat.
Drugi z asystentów to jeszcze ciekawszy przypadek. Zgłoszony jako asystent został także w styczniu 2025 roku. Kacper Kszczot urodził się w kwietniu 2008 roku. Adrian Witczak więc postanowił zr0bić swoim asystentem, a więc powierzyć mu bardzo poważną funkcję, 16-latka.
Ktoś naprawdę wierzy, że osoby te mogą służyć mieszkańcom i rozwiązywać ich życiowe problemy? Czemu więc mają służyć takie "nominacje"?
Czego brakuje w systemie
Ustawa wymusza jawność danych współpracowników. Media przypominają też, że liczba asystentów społecznych nie jest limitowana, a zakres zadań bywa dowolnie układany przez posłów. I właśnie to jest luka: brak minimalnych standardów kompetencyjnych i brak jasnej granicy, gdzie kończy się obywatelskie „angażowanie młodzieży”, a zaczyna formalne współwykonywanie mandatu w terenie.
Jeśli poseł chce mieć przy biurze młodych wolontariuszy – świetnie. Jeśli chce tworzyć program obywatelskich praktyk – jeszcze lepiej. Ale jeśli nadaje formalny status społecznych współpracowników osobom, które dopiero uczą się świata dorosłych obowiązków, to powinien wziąć na siebie ciężar wyjaśnienia: jakie zadania wykonują, jak są szkoleni, kto nadzoruje ich kontakt ze sprawami mieszkańców i jak chroniona jest poufność danych.
W przeciwnym razie instytucja, która miała pomagać w realnej pracy posła, zamienia się w dekorację. A na dekoracjach państwa – zwłaszcza tych finansowanych z publicznego zaufania – prędzej czy później pojawiają się rysy.































































Napisz komentarz
Komentarze