W ciągu około 1,5 godziny – jak relacjonują – ujawnili 259 sztuk produktów przeterminowanych, 6 sztuk spleśniałych/zgniłych oraz 115 sztuk nieprawidłowo oznakowanych, wystawionych do sprzedaży. I nie chodziło o „jedną zgniłą mandarynkę”, jak czasem próbuje się sprowadzać takie sprawy do mema. Zdjęcia, które otrzymaliśmy, pokazują konkrety: baton Knoppers z datą „najlepiej spożyć przed” 07.07.2025 (czyli ponad pół roku po terminie), produkt z nadrukiem 24.12.2025 na dnie opakowania, struclę śliwkową z datą 31.01.2026 (czyli „świeżo po terminie”), a także cytrusy z wyraźną pleśnią.
Najmocniejszy akcent tej historii jest jednak gdzie indziej. Bracia podkreślają, że wśród znalezionych towarów były również produkty specjalnego przeznaczenia żywieniowego – dla małych dzieci: przeterminowane i dodatkowo przecenione. I tu kończy się śmieszek, a zaczyna temat, który powinien zmusić do refleksji każdego, kto ma w domu malucha, seniora albo po prostu gorszy wzrok po całym dniu pracy.
Dlaczego policja, a nie sanepid?
Kiedy robi się późno, uruchamia się prosta logika instytucji. Sanepid po południu jest nieczynny, więc – jak tłumaczą bracia – na miejsce wezwali policję. To zresztą mechanizm znany z innych ich działań: w reportażu TVN „Uwaga!” bracia mówią wprost, że wzywają policję, bo wprowadzanie zepsutej żywności do obrotu może mieć konsekwencje karne, a inspekcje administracyjne bywają dla dużych sieci… mało dotkliwe.
Tomaszowska policja potwierdza interwencję i opisuje ją bardzo konkretnie. Zgłoszenie wpłynęło o 19:25, na miejsce pojechał patrol, funkcjonariusze zastali zgłaszającego, który zgromadził w koszykach produkty uznane przez niego za przeterminowane. Policjanci sporządzili spis, wykonali dokumentację fotograficzną, a następnie – po czynnościach – przekazali produkty kierownikowi zmiany sklepu. Notatka i zdjęcia mają trafić do Państwowej Inspekcji Sanitarnej, która prowadzi dalsze postępowanie. (To ważne: policja nie „wydaje wyroku” – dokumentuje i przekazuje sprawę właściwemu organowi).
„Misja” czy „nękanie”? Spór o metody
Bracia Tomasz i Piotr nie są anonimowi. Ich interwencje były opisywane w mediach – w tym w reportażu TVN „Uwaga!”, gdzie przedstawiają swoje działania jako obywatelską „misję”: sprawdzanie terminów, jakości towaru i prawidłowości promocji (w tle pojawia się też temat dyrektywy Omnibus i zasad informowania o obniżkach).
Ale jest też druga strona medalu. Portal ePiotrkow opisywał podobne akcje w regionie jako zjawisko budzące kontrowersje – część pracowników sklepów miała mówić o presji, późnych interwencjach i paraliżowaniu pracy tuż przed zamknięciem.
I to jest uczciwy dylemat: czy system naprawdę wymaga obywatelskich „audytorów na wolnym”, czy może taki model działania jest skutkiem tego, że stała kontrola w praktyce nie odstrasza dużych graczy?
Najważniejsze pytanie: kto za to płaci?
Jeśli w sklepie leży spleśniały owoc – to jest obrzydliwe. Jeśli na półce stoi przeterminowany baton – to jest niebezpieczne. Ale jeśli przeterminowane produkty dla małych dzieci są w dodatku przecenione i „sprzedawane jak gdyby nigdy nic” – to jest już temat o zaufaniu społecznym.
Bo handel wielkopowierzchniowy działa dziś w układzie, w którym klient:
- sam skanuje produkty przy kasach samoobsługowych,
- sam pilnuje, czy cena na półce zgadza się z paragonem,
- i – jak widać – coraz częściej miałby jeszcze sam pilnować terminów ważności.
Czyli co? Sklep oszczędza na obsłudze, a klient ma dopłacać uwagą i nerwami?
Bracia wysłali pytania do biura prasowego sieci – do momentu publikacji bez odpowiedzi. A odpowiedź jest tu kluczowa nie dla PR-u, tylko dla prostej zasady: jeśli korporacja zarabia na sprzedaży, to korporacja odpowiada za bezpieczeństwo tego, co sprzedaje.
Puenta
Jeśli w 1,5 godziny da się zebrać setki produktów, które nie powinny już leżeć na półkach, to nie jest „wpadka dnia”. To jest model, w którym ryzyko przerzucono na klienta. A kiedy system przyzwyczaja ludzi, że muszą w sklepie czytać etykiety jak prawnicy, wąchać cytrusy jak sommelierzy i sprawdzać daty jak laboranci – to znaczy, że coś tu poszło bardzo nie tak. W dodatku biuro prasowe sieci milczy i nie odpowiada na zadane przez nas pytania.
Tymczasem żywność to nie jest loteria. I naprawdę nie powinniśmy żyć w kraju, w którym bezpieczeństwo na półce zależy od tego, czy akurat tego dnia do sklepu wejdą „dwaj bracia z TVN”.






























































Napisz komentarz
Komentarze