Do redakcji trafił obszerny e-mail jednego z mieszkańców, który od kilku miesięcy prowadzi korespondencję z Urzędem Miasta w tej sprawie. Jak twierdzi – bez merytorycznych odpowiedzi.
Argument władz: „uszczelnienie systemu”
W publicznych wypowiedziach przedstawiciele magistratu wskazywali, że problemem jest liczba osób nieujętych w systemie. W jednym z materiałów medialnych pojawiła się informacja, że za odpady w Tomaszowie nie płacą tysiące osób, a uczciwi mieszkańcy „solidarnie płacą za tych, którzy nie”.
Prezydent miasta miał wskazywać, że metoda oparta na zużyciu wody mogłaby ten problem rozwiązać. W uzasadnieniach projektów uchwał podkreślano z kolei, że naliczanie opłaty od wody jest „najbardziej wiarygodne” i pozwala ograniczyć zjawisko zaniżania liczby osób w gospodarstwach domowych. Po wprowadzeniu nowych zasad rozliczania, okazuje się, że w mieszkaniach, gdzie zgłoszono jedną osobę, zużywa się ponad 90 metrów sześciennych wody. Wniosek jest prosty, musi tu mieszkać o wiele więcej osób. Zagraniczni pracownicy w ilości kilku tysięcy, dotąd nie byli wykazywani. To, co najważniejsze, to fakt, że samorząd na śmieciach zarabiać nie może. Zwiększenia przychodów powinny więc w kolejnym roku skutkować obniżaniem stawek.
Logika jest prosta: woda zużywana jest przez osoby faktycznie mieszkające w lokalu, więc stanowi miernik realnej liczby mieszkańców.
Problem polega na tym, że mieszkańcy pytają o coś więcej niż logikę.
Pytania bez odpowiedzi?
Autor korespondencji z urzędem wymienia cztery kluczowe kwestie, na które – jak twierdzi – nie uzyskał jednoznacznej odpowiedzi:
- czy istnieją analizy empiryczne potwierdzające związek między zużyciem wody a ilością produkowanych odpadów,
- czy przewidziano mechanizmy korekcyjne dla osób chorych lub wymagających zwiększonej higieny,
- czy przeprowadzono analizę skutków finansowych dla różnych grup mieszkańców,
- czy metoda spełnia zasadę proporcjonalności i równego traktowania.
„Miasto przyjęło metodę naliczania opłat za odpady opartą na zużyciu wody. Sam pomysł – dyskusyjny, ale dopuszczalny. Problem zaczyna się tam, gdzie kończy się analiza, a zaczyna wiara” – pisze czytelnik.
Według niego w odpowiedzi otrzymał „obszerny zestaw tabel i zestawień”, z których jednak nie wynika odpowiedź na zadane pytania.
„Gdyby logika urzędowa była samochodem, byłby to pojazd, który ma imponująco wyskalowany licznik, piękną deskę rozdzielczą i… brak silnika” – dodaje w swoim liście.
„Bo inne gminy też tak robią”
Jednym z argumentów, na który – jak twierdzi – powoływał się urząd, miała być praktyka innych samorządów.
To jednak nie przekonuje krytyków. Jak zauważa mieszkaniec: „Urząd Miasta uznał, że skoro inne gminy też tak robią, to znaczy, że pytanie o zasadność jest zbędne”.
W jego ocenie to nie odpowiada na fundamentalne pytanie: czy w Tomaszowie przeprowadzono lokalną analizę potwierdzającą adekwatność tej metody.
Sprawa trafia wyżej
Ponieważ korespondencja – jak twierdzi autor – nie przyniosła satysfakcjonującej odpowiedzi, skierował sprawę do instytucji nadzorczych:
- Wojewody Łódzkiego,
- Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (w kontekście bezczynności i przewlekłości),
- Rzecznika Praw Obywatelskich,
- Najwyższej Izby Kontroli,
- Regionalnej Izby Obrachunkowej.
„Państwo prawa nie działa na zasadzie ‘bo tak’” – pisze w e-mailu.
Sedno sporu: miernik czy uproszczenie?
Metoda „od wody” ma swoich zwolenników – jest trudniejsza do obejścia niż deklarowanie liczby mieszkańców i może ograniczać nadużycia. Jednocześnie budzi konkretne wątpliwości:
- wysoka konsumpcja wody nie zawsze oznacza więcej odpadów,
- osoby starsze, chore czy pracujące z domu mogą zużywać więcej wody bez proporcjonalnego wzrostu śmieci,
- gospodarstwa z ogrodami czy specyficznym profilem zużycia mogą zostać obciążone ponad rzeczywisty poziom wytwarzanych odpadów.
Pytanie nie brzmi więc, czy metoda jest legalna – bo jest dopuszczalna przez ustawę – lecz czy w konkretnych warunkach miasta została poprzedzona rzetelną analizą i czy uwzględnia mechanizmy korekcyjne.
Standard komunikacji z mieszkańcami
Autor listu podnosi jeszcze jeden wątek – standard odpowiedzi udzielanych obywatelom.
„Sprawa nie dotyczy jednego rachunku ani jednego mieszkańca. Dotyczy standardu: jak samorząd uzasadnia decyzje finansowe i czy potrafi odpowiedzieć na proste pytania obywatela” – podsumowuje.
Spór o śmieci „od wody” przestaje więc być wyłącznie sporem o metodę naliczania opłat. Staje się pytaniem o przejrzystość decyzji finansowych i jakość dialogu między magistratem a mieszkańcami.
Czy instytucje nadzorcze podzielą wątpliwości mieszkańca? A może miasto przedstawi dodatkowe analizy rozwiewające spór?
Temat na pewno jeszcze wróci.






























































Napisz komentarz
Komentarze