W Środowiskowym Domu Samopomocy dla Osób z Zaburzeniami Psychicznymi w Tomaszowie Mazowieckim od dawna nie ma już mowy o zwykłym sporze w zespole. Nigdy nie miał on charakteru cywilizowanej debaty na tematy zasadnicze. To pełnowymiarowy kryzys zarządzania, który od miesięcy uderza nie tylko w pracowników, ale przede wszystkim w osoby najsłabsze — uczestników placówki. I jeśli ktoś jeszcze próbuje opowiadać, że to tylko „różnica zdań” albo „trudności komunikacyjne”, to najwyraźniej nie słucha tego, co podczas komisji mówili sami pracownicy.
Bo ich relacje brzmią nie jak opis przejściowego napięcia, ale jak akt oskarżenia wobec sposobu prowadzenia placówki, w której bezpieczeństwo i stabilność powinny być absolutnym fundamentem.
Pracownicy: „Gasimy pożary”, a uczestnicy płacą za chaos
Najmocniejszy głos podczas komisji należał do psychologa zatrudnionego w ośrodku od maja ubiegłego roku. Nie owijał w bawełnę.
– „Gdybym dziś miał wystawić opinię o funkcjonowaniu tej placówki, byłaby ona negatywna” – powiedział wprost.
To zdanie powinno wybrzmieć szczególnie mocno. Nie padło z ust polityka, radnego czy internetowego komentatora, ale człowieka, który na co dzień pracuje z osobami chorującymi psychicznie i widzi skutki konfliktu od środka. Dalej było jeszcze mocniej:
– „Jako kadra naprawdę dajemy z siebie bardzo dużo. Robimy wszystko, co w naszej mocy, aby placówka funkcjonowała możliwie najlepiej. Bardzo często jednak dzieje się to niejako pomimo działań pani dyrektor Marzanny Popławskiej. Gasimy pożary, naprawiamy błędy i reagujemy na sytuacje, do których w ogóle nie powinno dochodzić”.
To nie jest już uwaga o „trudnej współpracy”. To jest opis placówki, w której — według pracowników — zespół działa w trybie permanentnego ratowania sytuacji.
Jeszcze bardziej niepokojąco brzmią konkretne przykłady. Jeden z nich dotyczył uczestniczki, która po rozmowie z dyrektorką miała zerwać kontakt z psychologiem, twierdząc, że usłyszała sugestię, by nie ufać kadrze.
– „Zadeklarowała, że podczas rozmowy z panią dyrektor usłyszała sugestię, by nie ufać kadrze, w tym również mnie” – relacjonował psycholog.
Dyrektorka zaprzeczyła, uznając takie słowa za „nonsens” i możliwą konfabulację. Problem polega jednak na czym innym: skoro w placówce dla osób z zaburzeniami psychicznymi padają tak poważne oskarżenia, a zespół mówi o utracie zaufania i braku rozmowy wyjaśniającej, to znaczy, że sytuacja już dawno wymknęła się spod kontroli.
Jeszcze bardziej wstrząsający był opis zdarzenia z końca roku, gdy jedna z uczestniczek wysłała do dyrektorki SMS z informacją, że następnego dnia popełni samobójstwo. Według relacji pracownika, nie doszło wtedy do natychmiastowego zawiadomienia służb przez przełożoną. Zamiast tego informacja miała zostać przekazana psychologowi.
– „W sytuacji, gdy ktoś deklaruje skonkretyzowane zamiary samobójcze, każdy – niezależnie od tego, czy jest w pracy, czy na urlopie – ma obowiązek natychmiast zareagować i zgłosić sprawę odpowiednim służbom. Tymczasem ten obowiązek został przerzucony na mnie. Gdybym nie odebrał telefonu albo nie zareagował na czas, mogło dojść do tragedii”.
To jeden z tych cytatów, po których wszelkie urzędnicze formułki o „potrzebie dalszego dialogu” brzmią po prostu groteskowo. Jeśli w tego typu placówce pracownik publicznie mówi o sytuacji, w której — jego zdaniem — mogło dojść do tragedii, to nie rozmawiamy już o sporze personalnym. Rozmawiamy o odpowiedzialności.
Do tego dochodzi kolejna relacja, tym razem o uczestniczce, która miała usłyszeć, że swoją próbą samobójczą albo samą deklaracją „popsuła urlop” dyrektorce. Tu również dyrektorka miała przedstawiać inną wersję wydarzeń, ale sam fakt, że takie słowa padają w przestrzeni publicznej, pokazuje, jak daleko zaszła degeneracja relacji w tej placówce.
Węgrzynowski widzi politykę. Problem w tym, że polityka za długo zasłaniała problem
Były starosta Mariusz Węgrzynowski próbował przesunąć środek ciężkości debaty w stronę konfliktu politycznego. Zamiast zmierzyć się z opowieściami pracowników, zasugerował, że po zmianie zarządu powiatu trzeba było „ustawić” pewne osoby w odpowiednim świetle, by wykazać błędy poprzedników.
– „Pytanie jest konkretne: czy jest to kwestia polityczna?” – mówił.
– „W ramach zmiany zarządu powiatu przyjęliście pewną zasadę, że trzeba teraz innych ludzi postawić w takiej, a nie innej sytuacji, żeby też udowodnić, że pewne kwestie, decyzje poprzedniego zarządu były nietrafione”.
To wygodna narracja. Problem polega na tym, że nie odpowiada ona na najważniejsze pytania. Czy pracownicy zmyślają? Czy relacje o chaosie organizacyjnym, o arbitralnych decyzjach, o złej komunikacji i o kryzysach z udziałem uczestników są elementem politycznej gry? Czy może raczej polityka przez długi czas była parasolem, pod którym nie chciano tych problemów zobaczyć? To jest tym bardziej prawdopodobne, że Marzanna Popławska, to działaczka PiS, radna miejska i bliska osoba dla Mariusza Węgrzynowskiego.
Węgrzynowski poszedł dalej, sugerując, że część pracowników od początku nie chciała rozmawiać, tylko dążyła do zwolnienia dyrektorki.
– „Przynieśliście już konkretne swoje wnioski, że trzeba zwolnić dyrektora. Nie chcieliście dyskutować”.
Tyle że z perspektywy pracowników sprawa wygląda inaczej: oni twierdzą, że przez wiele miesięcy rozmawiali, zgłaszali, alarmowali, uczestniczyli w mediacjach, a efektów nie było. Zamiast tego czuli się mobbingowani. To właśnie dlatego dziś tak otwarcie mówią o utracie wiary w dalsze przeciąganie tego procesu.
Prawda jest taka, że polityczny kontekst tej historii jest oczywisty, ale nie w taki sposób, jak chciałby to przedstawić były starosta. Polityka nie stworzyła kryzysu sama z siebie. Mogła natomiast przez długi czas skutecznie opóźniać reakcję na to, co działo się w placówce.
To nie zaczęło się wczoraj. Od początku „nie było wesoło”
Geneza konfliktu sięga początku kadencji dyrektorki Marzanny Popławskiej. Według pracowników niemal od razu pojawiły się napięcia, problemy z przepływem informacji, brak zaufania i poczucie, że decyzje zapadają ponad zespołem, bez konsultacji z ludźmi, którzy od lat pracują z uczestnikami i znają ich potrzeby.
Dyrektorka odpowiada, że problem pojawił się dlatego, że zaczęła egzekwować obowiązki i porządkować placówkę. To klasyczna linia obrony każdego przełożonego w konflikcie z zespołem: nie chodzi o moje błędy, tylko o opór wobec zmian.
Być może w każdej takiej historii jest ziarno prawdy po obu stronach. Ale w tej sprawie szczególnie istotne jest jedno: mówimy o domu samopomocy dla osób chorych psychicznie, a nie o zwykłym wydziale administracji. Tutaj sposób komunikacji, przewidywalność działań i elementarne poczucie bezpieczeństwa nie są dodatkiem do pracy. Są jej sednem.
To właśnie dlatego tak mocno wybrzmiały słowa pracowników o potrzebie ostrożności w rozmowach z uczestnikami.
– „Jeżeli mówimy, że gdzieś pojedziemy, to musimy pojechać, bo oni traktują to dosłownie”.
To zdanie powinno wisieć nad wejściem do każdej tego typu placówki. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, nie powinien zarządzać takim miejscem.
Dlaczego sprawa wróciła? Bo nowy zarząd napisał wprost to, o czym wcześniej mówiono półgłosem
Powodem powrotu tematu pod obrady komisji było sprawozdanie z działalności placówki za ubiegły rok. I właśnie ten dokument okazał się dla dyrektorki szczególnie niewygodny, bo nowy Zarząd Powiatu zrobił coś, czego wcześniej najwyraźniej brakowało: rozdzielił ocenę pracy zespołu od oceny sposobu zarządzania placówką.
Zespół został oceniony dobrze. Dyrektorka — już nie.
W sprawozdaniu wskazano m.in. na brak jasnego przepływu informacji, arbitralność decyzji i chaos organizacyjny wpływający na pracowników. Popławska zaprotestowała, uznając to za atak personalny.
– „Odbieram to, że to jest atak na moją osobę” – mówiła.
Ale Michał Czechowicz odpowiedział jasno i bez dyplomatycznych uników:
– „Jeśli chodzi o całość funkcjonowania placówki, ocena jest bardzo dobra. Wynika to z ogromnego wkładu pracy pracowników zespołu aktywizująco-wspierającego. Natomiast zupełnie odrębną kwestią była ocena pracy pani dyrektor Popławskiej”.
I właśnie w tym tkwi sedno. ŚDS działa nie dlatego, że konflikt został rozwiązany, lecz dlatego, że pracownicy — mimo napięcia — wykonują swoją robotę. To oni, według zarządu i według przebiegu komisji, podtrzymują tę placówkę przy życiu.
Problem w tym, że taka sytuacja nie może trwać wiecznie.
Mediator: jest „wentylacja”, ale nie ma przełomu
W całej tej historii szczególnie wymowny jest głos mediatora. Z jednej strony zachowuje on formalny dystans i przypomina, że mediacje są poufne. Z drugiej — sam przyznaje, że ich powodzenie zależy od realnej woli wszystkich stron.
I tu dochodzimy do najbardziej gorzkiego podsumowania całej sprawy. Bo pracownicy mówią wprost:
– „Wyraziliśmy opinię, że mediacje nam coś dają i chcemy dalej je prowadzić. Dlaczego? Dlatego, że przede wszystkim jest wentylacja. Udało nam się dużo spraw powiedzieć i wyjaśnić. Pan mediator wychodzi, no i już nie idzie dobrze”.
Trudno o bardziej dobitny obraz. Mediacje stały się wentylem bezpieczeństwa, ale nie narzędziem realnej zmiany. Pozwalają się wygadać, rozładować emocje, nazwać problemy. Ale kiedy mediator wychodzi, wraca stara rzeczywistość.
To znaczy, że konflikt nie został przepracowany. On został jedynie opakowany w procedurę.
Ile jeszcze?
Na komisji padła propozycja, by dać mediacjom jeszcze miesiąc i równolegle przygotować rozwiązania awaryjne. To brzmi rozsądnie — o ile rzeczywiście za tym pójdzie decyzja, a nie kolejne odsuwanie problemu w czasie. Obserwujemy to już ponad rok.
Bo dziś najuczciwiej trzeba powiedzieć jedno: Środowiskowy Dom Samopomocy w Tomaszowie Mazowieckim jest zakładnikiem konfliktu, którego nikt nie umiał albo nie chciał przeciąć w odpowiednim momencie. Za długo zasłaniano go polityką, procedurami, ocenami, protokołami i ostrożnymi sformułowaniami.
Tymczasem pracownicy mówią o chaosie, o gaszeniu pożarów, o sytuacjach zagrażających bezpieczeństwu uczestników i o całkowitym braku wiary, że same mediacje wystarczą. A gdy ludzie pracujący najbliżej podopiecznych zaczynają mówić takim językiem, każdy kolejny dzień zwłoki staje się współudziałem w tym kryzysie.
W tej sprawie naprawdę nie chodzi już o ambicje dyrektorki, frustrację pracowników czy polityczne połajanki byłego starosty. Chodzi o to, czy osoby chore psychicznie, oddane pod opiekę powiatowej placówki, są w miejscu stabilnym, przewidywalnym i bezpiecznym.
Po tej komisji odpowiedź wcale nie brzmi uspokajająco.

























































Napisz komentarz
Komentarze