Głównym bohaterem tej międzywojennej sensacji był 40-letni obywatel ziemski, pan Wacław D., postać doskonale znana „na bruku warszawskim”. Jak pisała gazeta, jego ostatni wyczyn „postawił go w kolizji z prawem” i rozpalił wyobraźnię bywalców stołecznych kawiarni.
Od toru wyścigowego do sali sądowej
Pan D. był namiętnym hodowcą koni arabskich. Po ojcu przejął stajnię wyścigową, a jego konie jeszcze niedawno ścigały się na warszawskim torze. Miłość do rumaków nie zawsze jednak prowadziła go na podium – czasem raczej na ławę oskarżonych.
Jedna z głośniejszych historii dotyczyła klaczy o wdzięcznym imieniu „Aendrja”. Koń został ubezpieczony, po czym… wkrótce padł. Problem w tym, że – jak ustaliło towarzystwo ubezpieczeniowe – klacz miała zginąć jeszcze przed podpisaniem polisy. Sprawa trafiła do sądu, a reputacja pana D. zaczęła galopować w niewłaściwym kierunku.
Do tego doszedł rewolwerowy zatarg w klubie hodowców koni arabskich, zakończony wymianą strzałów z pewnym rotmistrzem. Jak na standardy międzywojennej Warszawy – był to już solidny zestaw „atrakcji”.
Zakazana stajnia i ucieczka na prowincję
Gdy Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Warszawie, na wniosek organizacji z Lublina, zdyskwalifikowało pana D. i zakazało mu prowadzenia stajni wyścigowej, bohater tej opowieści uznał najwyraźniej, że czas zmienić scenerię. Wycofał się do swego majątku „Laski” w gminie Młociny pod Warszawą.
I właśnie tam historia nabrała jeszcze bardziej sensacyjnego – i zdecydowanie mniej romantycznego – charakteru.
Miłość jak z taniego romansu… albo kryminału
Podczas jednej z przejażdżek konnych pan D. natknął się na młodą i bardzo urodziwą zakonnicę z pobliskiego Zakładu dla Ociemniałych. Od tej chwili – jak relacjonował „Express” – stała się ona „ofiarą zapędów zakochanego obywatela”.
Zakochanego na tyle, że:
- śledził ją podczas wizyt w okolicznych wsiach,
- próbował dostać się do zakładu, by ją zobaczyć,
- a gdy to nie przyniosło efektu… zagroził porwaniem.
Zakonnica, wykazując się zdrowym rozsądkiem, poinformowała przełożonych. Ci zalecili jej nie opuszczać murów zakładu i – co okazało się kluczowe – zawiadomili policję.
Finał: areszt i powrót do stolicy
Sprawa przestała być plotką, a stała się oficjalnym dochodzeniem. Policja ustaliła, że pan D. faktycznie dzielił się z kilkoma znajomymi planami porwania. To wystarczyło, by wydać polecenie jego aresztowania.
Obywatel ziemski trafił do Warszawy, gdzie po przesłuchaniu w kancelarii sędziego śledczego został co prawda zwolniony do czasu procesu, ale jego legenda – delikatnie mówiąc – już wtedy miała się znakomicie.
Polska lubiła takie historie
Z dzisiejszej perspektywy ta opowieść brzmi jak scenariusz filmu: trochę romansu, trochę sensacji, szczypta absurdu i solidna dawka obyczajowej pikanterii. W 1933 roku była jednak poważnym skandalem, którym żyła cała stolica.
Jedno jest pewne: międzywojenna Warszawa potrafiła dostarczyć historii, przy których współczesne kroniki kryminalne wydają się wręcz przewidywalne. A pan Wacław D.? Cóż – zapisał się w prasie jako bohater, który zdecydowanie nie potrafił jeździć ani konno, ani życiowo… z zachowaniem umiaru.




































































Napisz komentarz
Komentarze