Fala fałszywych alarmów, internetowe grupy „nakręcające się” przemocą, dzieci wykorzystywane do działań destabilizujących państwo, a wszystko to w świecie komunikatorów, gier online i algorytmów. - Jeszcze nigdy w historii dostęp do młodych ludzi nie był tak łatwy – powiedział PAP dr Konrad Ciesiołkiewicz, kierownik Centrum Analiz Społeczeństwa Informacyjnego Uczelni Korczaka, psycholog i politolog zajmujący się wpływem środowiska cyfrowego na dzieci i młodzież, a także autor nowego raportu pt. „Weaponizacja osób małoletnich i młodych dorosłych. Nowe zagrożenia dla bezpieczeństwa wewnętrznego”. Ostrzegł, że coraz częściej nie chodzi już o ideologię, ale o „fascynację destrukcją, szokiem i sianiem chaosu”.
PAP: W ostatnich tygodniach obserwowaliśmy falę fałszywych alarmów i działań destabilizujących pracę służb. Czy to już przejaw zjawiska, które opisuje pan w swoim raporcie?
Dr Konrad Ciesiołkiewicz: Z opisów medialnych wynikałoby, że tak. To spełnia szerokie kryteria tego, co określa się dziś mianem „com” – sieciowych grup funkcjonujących całkowicie online. Często te osoby nawet się fizycznie nie znają, ale działają według określonej logiki medialnej: sieciują się, budują relacje zależności, nakręcają się wzajemnie.
W takich środowiskach status rośnie wraz z „odwagą”. Im większy „dym” ktoś zrobi, im większy wywoła szok społeczny, tym bardziej zyskuje w oczach grupy. Bardzo często mamy też do czynienia z czymś w rodzaju toksycznej grywalizacji – użytkownicy wymieniają się „dobrymi praktykami”, mówią sobie: „to zadziałało”, „to dało większy efekt”, „to przestraszyło więcej ludzi”. To jest już pewna filozofia funkcjonowania w mediach cyfrowych – pod show, pod medialność, pod wywołanie szoku.
PAP: Czyli chodzi nie tylko o sam czyn, ale też o spektakl?
K.C.: Dokładnie. W tych środowiskach ważny jest efekt społeczny. To ma być głośne, spektakularne, ma wywołać panikę, chaos, reakcję służb, mediów, opinii publicznej. Oczywiście sprawcy nie zawsze będą się tym publicznie chwalić, bo wiedzą, że mogłoby to przyspieszyć ich zatrzymanie. Ale sam mechanizm działania – wzajemne nakręcanie się, budowanie pozycji w grupie, relacja sieciowa – jest bardzo charakterystyczny.
PAP: Na ile istotne jest to, że w takich grupach działają bardzo młodzi ludzie?
K.C.: To jest kluczowe. Instytucje europejskie alarmują o tym od kilku lat. Mówimy już nie tylko o młodych dorosłych, ale wręcz o dzieciach. W Europie zatrzymywane są 12-, 13-, 14-latki wykonujące działania dywersyjne czy przestępcze. To jest nowe zjawisko i właśnie dlatego od 2025 roku zaczęto mówić o „weaponizacji” młodych ludzi – ich wykorzystywaniu jako broni, narzędzi siania terroru i chaosu.
PAP: Jak wygląda taki mechanizm?
K.C.: Najpierw trzeba znaleźć osobę podatną. Takie osoby są namierzane w sieci – na grupach wsparcia, platformach społecznościowych, forach. Często są to młodzi ludzie w kryzysie zdrowia psychicznego, samotni, odrzuceni, z depresją, ADHD, w spektrum autyzmu, po doświadczeniu bullyingu. Potem buduje się z nimi relację, czasem wręcz relację emocjonalną czy romantyczną. A później następuje wciąganie w coraz bardziej destrukcyjne działania.
PAP: W swoim raporcie używa pan pojęcia „nihilistycznie zorientowanej przemocy”. Co ono właściwie oznacza?
K.C.: To jest nowa kategoria radykalizacji. Różni się od klasycznego ekstremizmu tym, że ideologia jest tam drugorzędna. Celem samym w sobie staje się destrukcja: wywołanie szoku, chaosu, cierpienia, destabilizacji. To jest fascynacja przemocą jako taką.
PAP: Trudno to zrozumieć.
K.C.: Bo tutaj rzeczywiście wyobraźnia trochę wysiada. Ale wspólnym mianownikiem jest samotność. To są bardzo często osoby szukające uznania, przynależności, poczucia znaczenia. Nawet jeśli ta wspólnota jest całkowicie iluzoryczna i istnieje wyłącznie online, daje poczucie akceptacji i wzmacnia ego.
PAP: Czyli samotność staje się paliwem?
K.C.: Tak. To jest chyba najważniejszy komponent. Im większa izolacja społeczna, tym większe ryzyko poszukiwania uznania w sieci. Oczywiście internet może dawać też dobre wspólnoty i wsparcie. Problem polega na tym, że grupy destrukcyjne bardzo skutecznie wykorzystują podatność młodych ludzi.
PAP: Wspominał pan o fascynacji przemocą.
K.C.: Tak. Wiele zatrzymanych osób funkcjonowało wcześniej w tzw. gore communities – społecznościach epatujących brutalnością, krwią, śmiercią. Następuje coś, co psychologia nazywa desensytyzacją, czyli odwrażliwieniem. Krok po kroku przemoc przestaje szokować.
PAP: Jak to wygląda w praktyce?
K.C.: Najpierw są brutalne filmy, później zachęcanie do okrucieństwa wobec zwierząt, potem kolejne wyzwania. „Zrób to, pokaż to, nagraj to” - to działa jak spirala. I trzeba pamiętać, że mówimy o osobach, których aparat emocjonalny, moralny i społeczny dopiero się rozwija. Jeśli ktoś przez wiele miesięcy funkcjonuje niemal wyłącznie w świecie przemocy, to nie ma możliwości, żeby nie wpływało to na jego postawy.
PAP: Z jednej strony terror staje się formą chorej rozrywki, ale jest też możliwość wykorzystywania młodych ludzi przez państwa prowadzące działania hybrydowe, aby osłabiać ich przeciwników.
K.C.: Tak. O tym mówią już wprost Europol i przedstawiciele NATO. Po wybuchu wojny w Ukrainie bardzo wzrosła skala takich działań. Młodzi ludzie bywają wykorzystywani, głównie przez Rosję, ale też inne kraje, do siania chaosu i destabilizacji. I często nawet nie wiedzą, że są narzędziami w czyichś rękach.
PAP: Jak to możliwe?
K.C.: Bo ten system jest wielowarstwowy. Są rekruterzy, pośrednicy, osoby zapewniające logistykę, a na końcu ktoś zlecający zadanie. Młody człowiek może dostać komunikat: „zrób zdjęcie”, „przenieś paczkę”, „wyślij alarm”. I nawet nie mieć świadomości, że uczestniczy w działaniach przestępczych czy destabilizacyjnych.
PAP: Europol mówi już o „przemocy jako usłudze”.
K.C.: Tak, „violence as a service”. To bardzo technologiczny model przestępczości. Zadania są zlecane przez komunikatory, często za mikropłatności. Ktoś dostaje pieniądze za wykonanie konkretnego działania. To może być przewiezienie paczki, nagranie określonego miejsca, wywołanie alarmu. Czasem okazuje się później, że w przesyłce były np. zapalniki, jak niedawno w Polsce, albo materiały służące do działań przestępczych.
PAP: A wszystko dzieje się na platformach, z których korzystają miliony ludzi.
K.C.: Właśnie dlatego problem jest tak poważny. Jeszcze nigdy w historii dostęp do młodych ludzi nie był tak łatwy. Kiedyś istniała bariera geografii, rodziny, szkoły, społeczności lokalnej. Dziś każdy ma smartfon i jest stale online.
PAP: Czy państwo jest wobec tego bezradne?
K.C.: W dużej mierze tak. Potrzebujemy regulacji i odzyskania części suwerenności państwa w przestrzeni cyfrowej. Tymczasem nawet ustawa wdrażająca unijny Akt o Usługach Cyfrowych została zawetowana. A przecież chodziło m.in. o możliwość szybszego reagowania na treści przestępcze.
PAP: Przeciwnicy takich regulacji mówią jednak o ograniczaniu wolności.
K.C.: Dziś widzimy, czym naprawdę jest brak kontroli. Państwo praktycznie nie ma narzędzi działania. A przecież mówimy o ochronie dzieci, o przeciwdziałaniu przemocy, groomingowi, wykorzystywaniu seksualnemu czy destabilizacji państwa.
PAP: Same regulacje wystarczą?
K.C.: Nie. Druga noga to edukacja i budowanie refleksyjności. Musimy o tym rozmawiać – w szkołach, w rodzinach, w samorządach, w miejscach pracy. Nie chodzi o moralizowanie, ale o uczenie dystansu, krytycznego myślenia, odpowiedzialności za innych.
PAP: Czy społeczeństwo rozumie skalę zagrożenia?
K.C.: Mam wrażenie, że wciąż za mało o tym rozmawiamy. Tymczasem pierwszą linią obrony są dziś nie tylko służby specjalne, ale nauczyciele, psychologowie, pedagodzy, pracownicy socjalni, urzędnicy samorządowi.
PAP: Do czego może nas doprowadzić brak reakcji?
K.C.: Obawiam się, że największym zagrożeniem XXI wieku może stać się nie konkretna ideologia, ale pokolenie wychowane w kulturze przemocy, chaosu i cyfrowej alienacji. Pokolenie odwrażliwione na cierpienie, żyjące w świecie permanentnego szoku i radykalizacji. I to jest scenariusz, którego naprawdę nie powinniśmy lekceważyć.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)
mir/ agz/









Komentarze