Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
wtorek, 11 sierpnia 2026 08:06
Z OSTATNIEJ CHWILI:
Reklama
Reklama

Z cyklu: "Okrakiem" - Kuba - wyspa jak wulkan gorąca

„Kuba wyspa jak wulkan gorąca, aja-jaj, aja-jaj!” – śpiewał kiedyś Tercet Egzotyczny, a ja razem z nim czasami podśpiewywałem sobie dla rozgrzewki. Tyle wiedziałem o Kubie. Ja na Kubę poleciałem dla kaprysu, nawet nie dla wypoczynku, gdyż wypoczęty byłem znakomicie. Po prostu przyleciałem do Kanady na Święta Bożego Narodzenia i po wspaniałych doznaniach świątecznych w domu mojej córki pozostał mi czas przełomu roku, pusty, bez planów. Nikt za bardzo nie kwapił się żeby mnie zaprosić na Sylwestra, może dlatego, że sam nie przejawiałem zbyt wielkiego entuzjazmu do pocenia się w lokalach w rytmach disco polo wśród pijących rodaków, co z kolei mogło być spowodowane tym, że sam nie piję i nie za bardzo chętnie tańczę. Postanowiłem więc, że zrobię sobie prezent noworoczny i wykupię wycieczkę na Kubę. Niestety, nie udało mi się polecieć tam na Sylwestra, ale za to już od trzeciego dnia Nowego Roku miałem załatwioną wycieczkę gwarantującą mi rozkosze grzania ciała na tej wspaniałej wyspie. Przygoda zapowiadała się znakomicie, tym bardziej, że polecała ją moja od dawnych lat znajoma z pewnego biura podróży w Mississaudze. Polecieliśmy w grupie przyjaciół na siedmiodniowy pobyt, liniami Sunwing. Koszt „all inclusive” – 900 dolarów.

 

Lot przebiegał normalnie, miłe stewardessy serwowały całkiem przyjemne i nad podziw obfite jak na zaledwie 3,5 – godzinny rejs, napoje i przekąski. Wylądowaliśmy na lotnisku w miasteczku Santa Clara, po czym zeszliśmy na kubańską ziemię po schodkach (trapie) i od razu okazało się, jak bardzo są prawdziwe słowa wspomnianej piosenki. Było bardzo duszno, poczuliśmy się jak w letnim Ontario. „Humid” zaczął nam towarzyszyć już podczas tak zwanej odprawy, którą uraczono nas w następnej kolejności. W środku baraku lotniska Santa Clara zostaliśmy ustawieni w kolejce do dosyć przytulnie prezentujących się zielonych boksów. W każdym z nich posiadywała na oko miła pani w zielonym mundurku. Przede mną moja znajoma została już w kolejce zaczepiona przez kubańską panią oficer, która zaczęła jej zadawać masę głupich pytań. Do boksu podszedłem więc razem z tą panią, jako obstawa. Natychmiast padł rozkaz, żebym wrócił do swojego miejsca w kolejce, co też uczyniłem przyjmując tak zwana postawę zasadniczą. Po kilku chwilach jednakże ta sama żołnierka z boksu przywołała mnie ruchem dłoni, bym pomógł rozwiązać pewne niuanse językowe. Potem znowu wycofałem się na z góry upatrzoną pozycję, a moja znajoma została energicznie zaproszona by przypozować do okolicznościowej fotografii. Szczęka opadła mi ze zdziwienia, ale tylko na chwilę, gdyż zaraz potem sam dostąpiłem zaszczytu wciągnięcia mojej podobizny do kartoteki wywiadu „wolnego” kraju o nazwie Republica de Cuba, a po mnie reszta kolejki. Przyjemne to nie było, przysięgam.  Tym bardziej, że oblicza pań „oficerek” były z rodzaju więcej marsowych, przez co nieprzystępnych, przez to - nieprzyjemnych. Ale udało się, wszyscy przedostaliśmy się na drugą stronę, gdzie rosły optymistycznie nastrajające, wyczekiwane przeze mnie autentyczne palmy, i w tym pięknym otoczeniu załadowano nas do nieźle prezentujących się autokarów produkcji chińskiej.

 

Tam już wzięła się za nas bardzo miła załoga w osobach: kierowcy, pana sprzedającego napoje (mikroskopijna butelczyna wody – 1 dolar kanadyjski lub1peso kubańskie) oraz bardzo miłej pani przewodniczki, która dobrym angielskim zaczęła komentowanie trasy, która miała mieć długość około stu kilometrów. Szukam właściwych słów, które opisać mogą wiernie to, co ujrzały ciekawe nowych wrażeń oczy turysty kanadyjskiego, w końcu nawykłego do oglądania rzeczy przeróżnych, z przewagą niezwykłych. Bez dłuższego namysłu pcha mi się na usta jedno słowo: nędza. Prymitywizm mijanych lepianek udających domy, gruchotów udających pojazdy, ścieżek udających drogi, szkieletów udających zwierzęta hodowlane, oraz robiących wrażenie, jakby na to wszystko miały zaraz spaść wielką chmarą przy koszmarnym poszumie skrzydeł – bardzo licznie krążących i szybujących po niebieskim jak farbka do płukania pościeli niebie jastrzębi, wyglądających całkiem jak sępy. Mijaliśmy stare Fordy i Chevrolety, ale zdarzały się Maluchy i Łady, ustępowaliśmy pierwszeństwa przejazdu rowerom i rikszom, a także nędznie odzianym ludziom na osiołkach oraz na małych, wyglądających na zagłodzone konikach (przewodniczka poinformowała, że to kubańscy kowboje), wreszcie nielicznym pieszym. Wszystko to poruszało się z godnością, bez pośpiechu, dwukierunkową, kiedyś chyba asfaltową drogą, do złudzenia przypominającą niektóre ulice w moim Tomaszowie Mazowieckim. Dowiedzieliśmy się o dwóch erach procesu motoryzacji na Kubie – amerykańskiej do 1959 roku i tej późniejszej, radzieckiej. Gruchoty z obydwu tych okresów skrzętnie naprawiane i malowane, służą do dziś ku chwale ojczyzny Kubańczyków. 

 

Z mijanych miast pamiętam dwa: Remedios i Caibarien. Pierwsze wyglądało na senne. Nieliczni mężczyźni pozbijani w grupki na skrzyżowaniach wąskich ulic grali w domino. Drugie też nie wyróżniało się niczym szczególnym, może tylko pomnik monstrualnego kraba zatrzymywał wzrok. Mijaliśmy olbrzymie, do osiemdziesięciu metrów wysokie palmy królewskie, naprawdę imponujące, oraz porozrzucane bezładnie domki kryte dachówką, falistą blachą lub palmowymi liśćmi. Wokół domostw plątały się kozy, kury, psy oraz jakieś dziwne ptaki przypominające ni to kaczki, ni to gęsi. Na polach z czerwonawą ziemią dawały się zauważyć uprawy warzyw, drzewka bananowe i palmy kokosowe. Widok bydła rogatego, o zapadniętych bokach, niskiego coś, nie wróżył smacznych steków, i rzeczywiście – nie wywróżył, gdyż steki podawane później w resorcie przypominały podeszwę kowbojskiego buta lub stary sweter polany szarym sosem. Liczne nieużytki z dołami porośniętymi trawą nie budziły naszego entuzjazmu. Mijaliśmy bloki mieszkalne w okropnym stanie, osiedla mieszkaniowe przypominające najgorsze slumsy z najlepszych filmów amerykańskich. Wśród tych budowli spokojna ludność niespiesząca się w różnych kierunkach, tylko pogłębiała wrażenie nijakości. Ogólnie: wszystko co mogło na Kubie wyspie zardzewieć – już zardzewiało, wszystko co było pomalowane – już obeszło z farby. Tak to ja widziałem Kubę patrząc z okna autobusu. Zaznaczam, że opinia ta jest mało obiektywna i może wprowadzić w błąd, proszę więc o wzięcie poprawki na moje nieobycie – po raz pierwszy na tej wyspie.

 

W pewnym momencie dojechaliśmy do budki strażniczej, check point, jak nam objaśniono. Kierowca coś pozałatwiał z policjantem, a przewodniczka oznajmiła: żegnamy Kubę i wjeżdżamy na drogę prowadzącą do Cajo Santa Maria, czyli na wyspę, gdzie zlokalizowany był nasz „resort” czyli Memories Asul Beach Resort. Droga ta jest wyjątkową drogą, gdyż prowadzi przez ocean na odcinku aż czterdziestu dziewięciu kilometrów. Sukces Fidela Castro, który dawał ludziom pracę przez dziesięć lat – taki był łaskawy - zachwycała się wyglądająca mi przedtem na całkiem normalną przewodniczka - a wszystko w dobie kryzysu na Kubie - dodawała z dumą (jakby już się ten kryzys skończył, a nie trwał spokojnie już ładne pięćdziesiąt cztery lata i nie widać jego końca). Droga (Cross Road) jest rzeczywiście imponująca. Właściwie jest to droga zbudowana na grobli. Szkoda, że uszkodzona w kilku miejscach przez huragan, jeszcze większa szkoda, że uszczerbki naprawiane są tak, jak nasze polskie drogi, czyli nie są naprawiane. Za to świetnie w tych miejscach oznaczone znakami informującymi o objazdach. Moja znajoma na wszystkich tych objazdach wzywała wszystkich świętych o zmiłowanie. Udało się nie tylko jej, ale nam wszystkim, jako że kierowca był OK i dawał radę. Za każdym razem prostował w ostatniej chwili kierunek jazdy autokaru, jak nic zmierzającego prosto w wody oceanu.

 

Jeszcze minęliśmy delfinarium i już byliśmy w resorcie. Inny świat, nie będę ukrywał. Od tego czasu wszystko co miało być - było piękne, zgodnie z informacjami zawartymi w umowie i na folderach. Przez siedem dni mieszkałem w wielkim klimatyzowanym apartamencie wyposażonym w telewizję o czterdziestu kanałach, z dużym balkonem wychodzącym na ocean. I zobaczyłem prawdziwy lazur pieniącej się ślicznie słonej wody, tuż prawie pod moimi stopami, jako że zapobiegliwie wykupiłem za dwadzieścia pięć dolarów apartament z tak zwanym „ocean view”. Warto było każdego ranka przeciągnąć się na tym balkonie.

 

Plaża była bielutka jak mąka i o takiej samej konsystencji piaseczku. Woda cieplutka, fala nie za duża, a w sam raz, żeby można było spokojnie popływać. I pływałem pośród srebrzących się rybek o mieczykowatych kształtach, których starsze chyba, bo dużo większe siostry, zaledwie parę kroków ode mnie, wyciągane były z ogłupiałym rybim zdziwieniem na rybich pyszczkach przez zadowolonych z każdego brania wędkarzy. A co rzucili wędkę, to mieli branie.

 

Jedzonko było znakomite, takoż picie. Picie, to osobny rozdział. Pić można było zawsze i wszędzie. Cały czas musiałem uciekać przed natarczywością (w sensie pozytywnym) barmanów i kelnerów serwujących dzień i noc drinki: w jadalniach, na plażach, na basenie, w teatrze – wszędzie można było się napić. Ja nie piłem, bo nie piję, ale z radością obserwowałem ludzi, którzy wcale nie przesadzali z ilościami, za to z zadowoleniem na obliczach konsumowali kolorowe drinki. Nie zapomnę tylko młodego chłopaka, który wprowadzony w euforię przez wypicie zbyt wielkiej ilości jak na swój młody wiek alkoholu, przy plażowym barku namawiał mnie na drinka wykrzykując ochoczo: ja stawiam!

 

Obsługa była bardzo fachowa i nie mniej ugrzeczniona. Śliczne dziewczyny i przystojni chłopcy mieli jedną wadę, tylko zaznaczę, że może to nie była do końca ich wina. Po prostu przyzwyczajeni są przez turystów nieco przesadnie do napiwków, przez co są moim zdaniem wręcz nimi zdemoralizowani. Zaraz na początku wszystkowiedzące panie poinformowały mnie, że każdego dnia należy zostawiać na poduszce dolara i coś z ciuchów dla sprzątaczki. Dolara zostawiałem bez żalu, natomiast trudniej było mi się, nieprzygotowanemu na taki obrót sprawy rozstawać z częściami garderoby, przeto rozstałem się tylko w jednym przypadku, zostawiając na łożu koszulkę z orzełkiem i napisem „Euro 2012”, całkiem bez żalu za wspomnieniem niezbyt miłym dla Polaka. Natomiast o tym, że sprawiłem zawód  mojej uroczej sprzątaczce, dowiedziałem się na sam koniec, kiedy podbiegła do mnie opuszczającego bungalow z walizeczką, powąchała, i powiedziała, że chciałaby dostać ode mnie moją wodę kolońską, bo jej się podoba zapach. Odrzekłem, że to męska woda, poza tym bardzo jestem do niej przywiązany, co akurat było prawdą, no bo jakże nagle miałem się rozstać z piękną jak sztabka złota Paco Rabanne 1 Million, którą dostałem od szefa na gwiazdkę. Pięć dolarów wciśnięte w spoconą dłoń nie załatwiło sprawy, co było widać po zawiedzionej mince dziewczęcia.

 

 

 

 

Udawaliśmy się na lotnisko, z żalem spoglądając za siebie, żegnając raj nasz, jak myśleliśmy – utracony. Życie jest pełne niespodzianek, jak mawiają nie tylko poeci. Dwie i pół godziny drogi już opisywanej, przy takim samym jak przedtem komentarzu przewodniczki, przeżyliśmy drzemiąc. Na lotnisku w Santa Clara okazało się, że należy przerwać już rozpoczęta odprawę bagażową i udać się z powrotem do resortu.  Okazało się, że nie przyleci po nas samolot firmy Sunwing, ponieważ utknął w burzy śnieżnej na lotnisku w Regina, skąd miał przywieźć grupę turystów z Saskatchewan i zabrać nas do Toronto. Wracaliśmy jak zbite psy, niektórzy w głos przeklinając Kubę, Fidela i wspomniane linie lotnicze i swoją naiwność, szukając dziury w całym i wynajdując wciąż nowe mankamenty pobytu, zapominając, że przed niespełna godziną wychwalali wszystko ciurkiem. A przewodniczka znowu opowiadała wyuczone opowiadanko. Wracaliśmy do raju, jak już myśleliśmy – utraconego.

 

Na miejscu bardzo szybko wręczono nam karty-klucze do całkiem innych apartamentów i zaoferowano dinner, czyli w tym przypadku kolację, jako że była godzina dwunasta w nocy. Po raz pierwszy od siedmiu dni moje usta wyrzucały wszystkie znane mi przekleństwa, a znam ich sporo w różnych językach świata, kiedy musiałem po ciemku szukać mojego nowego miejsca do spania. Nikt nic nie wiedział, budynki były nieoznaczone numerami, poza tym wiadomo – w nocy wszystkie koty są czarne. W końcu znalazłem. Na kolację serwowano całkiem znośną baraninę. Następnego dnia znowu zawieziono nas do Santa Clara (przewodniczka wciąż opowiadała to samo) i po wielu trudnych do opisania perypetiach zabrał nas samolot, który rzeczywiście przywiózł zgłodniałych wrażeń turystów kanadyjskich z Regina o trzeciej po południu, żeby zabrać nas „wypoczętych doszczętnie” już za godzinę , w całkiem przyjemny lot do Kanady.

 

I byłoby wszystko gites, gdybyśmy nie musieli przez półtorej godziny wyczekiwać na nasze rodzone bagaże. Lotnisko w Toronto jest bardzo okazałe, może nowoczesne nawet, tylko posiada jedną wadę. Jest bardzo nieprzytulne i niesprzyjające turystom. Powiedziałbym nawet, że jest wrogie tym turystom. Informacja jest skandaliczna. Usługi na nim podzielone są na maleńkie „działki” i porozdzielane chyba po znajomości ludziom o narodowości hinduskiej (nie jestem rasistą) i nie przyprawiają o zachwyt, mówiąc oględnie. Skutek – nikt nie wie o co chodzi i nie można znaleźć osoby odpowiedzialnej za bałagan, całkiem podobnie zresztą, jak w pewnym kraju nad Wisłą. W końcu tylko i wyłącznie dzięki naszej polskiej zapobiegliwości znaleźliśmy bagaże krążące na taśmie z napisem (nomen omen i o zgrozo) ”Warsaw”, zamiast na oczekiwanej o pięćset metrów dalej taśmie z napisem „Santa Clara”.

 

Ale co tam, fajnie było!

 

 

 

 

 


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Edek W. 02.02.2013 21:38
Do Melomana: zgadza się, śpiewał Janusz Gniatkowski z Zespołem Jazzowym Fryderyka Górkiewicza i Juliusza Skowrońskiego. Tytuł: "Piosenka kubańska", autor tekstu Zbigniew Sztaba. Gniatkowski, nazywany był "Polskim Deanem Martinem" i "Wielkim Gniadym". Tercet miał w repertuarze wprawdzie "Pieśń o mojej wyspie" ale to inna piosenka. Gratuluję wiedzy i refleksu, Czytelników przepraszam za błąd. Autor.

Meloman 02.02.2013 17:03
Sprawdziłem na 100% tylko , że Gniatkowski pisze się przez "t". Przepraszam.

Meloman 02.02.2013 08:28
Coś mi się wydaje, że piosenkę "Kuba wyspa jak wulkan gorąca..." śpiewał Janusz Gniadkowski.

Tomaszowianka 02.02.2013 06:14
Bardzo podobał mi się pański artykuł.Czytałam z zaciekawieniem. :)

Edek Wójciak 01.02.2013 15:28
Zdanie kończące artykuł ("...fajnie było") oddaje moje ogólne odczucia, a opisane historie to fakty, opisy - subiektywne, jak zaznaczyłem w tekście. Ilu ludzi, tyle opinii. A Kubę polubiłem i polecę tam na pewno jeszcze co najmniej raz.

T 01.02.2013 08:18
Szanowny panie Edwardzie,uwazam ,ze przesadzil pan z ta Kuba,spedzialam w grudniu urlop na Kubie-Varadero i mam inna opinie-pozytywna.jesli chodzi o mieszkancow to w innych krajach ameryki poludniowej nie widzeduzej roznicy w codziennym zyciu (jestem w szoku jak pan pisze o pracownicy osrodka-o perfumach-bylam na wielu takich wyjazdach i nigdy nie spotkalam sie z taka sytuacja ani znajomi ??? )

Opinie

Mariusz Strzępek Mariusz Strzępek

🔥 Wszyscy patrzą na fotel prezesa „Przodownika”. My patrzymy tam, gdzie może być znacznie ciekawiej.Kto ma dostęp do informacji o zadłużonych mieszkańcach? Kto wie, że ktoś właśnie znalazł się pod finansową ścianą? Jak chronione są dane ludzi zagrożonych egzekucją? I co się dzieje, gdy świat spółdzielni, komorniczych licytacji, rynku nieruchomości i lokalnej polityki mieszkaniowej zaczyna się niebezpiecznie zbliżać?Nie stawiamy wyroków. Stawiamy pytania. I są to pytania bardzo niewygodne.Bo zadłużony lokator to nie „okazja inwestycyjna”. A informacja o jego problemach może być warta więcej niż niejedno mieszkanie.👉 Kto wie, kto tonie? Czy system naprawdę chroni mieszkańców, czy opiera się wyłącznie na wierze, że nikt posiadanej wiedzy nie wykorzysta?

Wszyscy patrzą dziś na wojnę o władzę w SM „Przodownik”. Na nazwiska, głosy, kandydatów i przyszłego prezesa. Być może patrzymy w niewłaściwą stronę. Bo w spółdzielni mieszkaniowej istnieje coś znacznie cenniejszego niż gabinet, sekretariat i służbowy fotel. To wiedza. Wiedza o tym, kto płaci, kto przestał płacić, kto tonie w długach i kto za kilka miesięcy może znaleźć się o krok od utraty mieszkania. I właśnie dlatego warto zadać pytanie, którego dotychczas w tomaszowskiej dyskusji prawie nie było: jak szczelna jest granica między taką wiedzą, egzekucją komorniczą, prywatnym rynkiem nieruchomości i lokalną polityką mieszkaniową?

Od Monte Cassino po „Ghostbusters”. 11 sierpnia w historii, muzyce i dzisiejszej polityce

Są takie daty, które nie dają się zamknąć w kilku linijkach kalendarza. 11 sierpnia należy właśnie do nich. Tego dnia papież Urban IV ustanawiał święto, które na trwałe wpisało się w polski pejzaż religijny, rodził się Władysław Anders, Armia Czerwona stawała nad Wisłą, a Warszawa przeżywała kolejny dramatyczny dzień Powstania. W muzycznym kalendarzu spotykają się Eric Carmen, Joe Jackson, The Knack i „Ghostbusters”, a współczesność dopisuje własne rozdziały: pomoc dla poszkodowanych w programie „Czyste Powietrze”, wielki kontrakt dotyczący śmigłowców Apache w Łodzi i wybór nowego prezydenta Węgier po zakończeniu ery rządów Viktora Orbána. Data dodania artykułu: 11.08.2026 05:24
Od Monte Cassino po „Ghostbusters”. 11 sierpnia w historii, muzyce i dzisiejszej polityce

Poniedziałek pod znakiem napięć i katastrof. Trump chce pieniędzy od Iranu, Rosja gromadzi rakiety, Kolumbia liczy ofiary

Poniedziałek, 10 sierpnia 2026 roku, przyniósł wiadomości jak kadry z kilku różnych filmów rozgrywających się jednocześnie. Donald Trump zaostrza retorykę wobec Iranu, Rosja zwiększa produkcję rakiet, w Moskwie ludzie wychodzą przed Sąd Najwyższy w obronie opozycji, a w Kolumbii ratownicy przeszukują ruiny po potężnym trzęsieniu ziemi. W Polsce mowa przede wszystkim o kolejnych miliardach z KPO, finansach partii politycznych i postępowaniu dotyczącym pomocy dla powodzian. Oto najważniejsze informacje poniedziałku. Data dodania artykułu: 10.08.2026 22:10
Poniedziałek pod znakiem napięć i katastrof. Trump chce pieniędzy od Iranu, Rosja gromadzi rakiety, Kolumbia liczy ofiary

Kaczyński zapowiada zmianę władzy i „nowe instytucje”. Sondaże są dla Tuska złe, ale to jeszcze nie wyrok

Plac Piłsudskiego po raz kolejny stał się sceną dramatu, w którym pamięć o ofiarach katastrofy smoleńskiej spotkała się z najbardziej gorącym językiem bieżącej polityki. Jarosław Kaczyński uznał słabe notowania gabinetu Donalda Tuska za zapowiedź zmiany władzy. Mówił o tworzeniu nowych instytucji, zatrzymaniach i surowych karach. Najdalej poszedł jednak w sprawie Smoleńska, przekonując o rosyjskiej zbrodni i możliwym udziale polskich współpracowników. To pozostaje tezą prezesa PiS, a nie ustaleniem prawomocnego wyroku ani zakończonego śledztwa. Data dodania artykułu: 10.08.2026 13:07
Kaczyński zapowiada zmianę władzy i „nowe instytucje”. Sondaże są dla Tuska złe, ale to jeszcze nie wyrok

Kradzieży sklepowych jest mniej, ale rośnie udział przestępstw. Co naprawdę oznacza próg 800 zł?

W pierwszym półroczu 2026 roku liczba ujawnionych kradzieży sklepowych spadła niemal o jedną piątą. Na pierwszy rzut oka to bardzo dobra wiadomość. Statystyka ma jednak konstrukcję dobrego kryminału: najważniejszy szczegół pojawia się dopiero w drugim akcie. Ubywa przede wszystkim drobnych wykroczeń, podczas gdy liczba poważniejszych czynów maleje znacznie wolniej. Problem nie tyle znika, ile zmienia swoją twarz. Data dodania artykułu: 10.08.2026 09:22
Kradzieży sklepowych jest mniej, ale rośnie udział przestępstw. Co naprawdę oznacza próg 800 zł?

10 sierpnia: Wawel w ogniu, Dyzma na salonach, Pilch przy biurku. Biało-czerwoni ruszają po medale

Historia 10 sierpnia nie mówi jednym głosem. Raz trzaska ogniem nad Wawelem, innym razem szepcze z kart Jerzego Pilcha i Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Potrafi zabrzmieć fletem Iana Andersona, soulowym głosem Roberty Flack, ale też hukiem niemieckich pocisków nad powstańczą Warszawą. Data dodania artykułu: 10.08.2026 08:45
10 sierpnia: Wawel w ogniu, Dyzma na salonach, Pilch przy biurku. Biało-czerwoni ruszają po medale

Kosmiczny gość minie Ziemię. Planetoida 2019 NY2 przeleci 2,5 mln km od nas

W nocy z niedzieli na poniedziałek w pobliżu Ziemi przemknie planetoida 2019 NY2. Obiekt może mieć około 150–330 metrów średnicy, a w chwili największego zbliżenia znajdzie się około 2,5 miliona kilometrów od naszej planety. Brzmi jak początek „Armageddonu”, ale tym razem Bruce Willis może spokojnie zostać w domu. Astronomowie podkreślają: nie ma zagrożenia zderzeniem. Data dodania artykułu: 09.08.2026 09:14
Kosmiczny gość minie Ziemię. Planetoida 2019 NY2 przeleci 2,5 mln km od nas

9 sierpnia. Od Jasnej Góry i Dmowskiego po Watergate, Whitney Houston i ostatni koncert Queen

9 sierpnia to jedna z tych dat, przy których historia nie pozwala się nudzić. Tego dnia na częstochowskim wzgórzu pojawili się paulini, urodził się Roman Dmowski, polscy czołgiści ruszyli do walk pod Studziankami, Richard Nixon opuszczał Biały Dom, a kilka dekad później Freddie Mercury po raz ostatni stanął przed publicznością jako koncertowy frontman Queen. Do tego Whitney Houston, Bee Gees, AC/DC, Jerry Garcia i „San Francisco” Scotta McKenziego. A w niedzielę 9 sierpnia 2026 roku historia spotyka się z teraźniejszością również w Małopolsce, Janowie Podlaskim i na trasie Tour de Pologne. Data dodania artykułu: 09.08.2026 07:48
9 sierpnia. Od Jasnej Góry i Dmowskiego po Watergate, Whitney Houston i ostatni koncert Queen

Marta Nawrocka zaprasza młode Polki do Juraty. „O jakiej Polsce marzycie?”

Nie sala konferencyjna w Warszawie, nie pałacowe korytarze i nie kolejna debata prowadzona zza mównicy. Tym razem rozmowa o Polsce ma przenieść się nad Bałtyk. Marta Nawrocka zwróciła się bezpośrednio do młodych Polek, zapraszając je na spotkanie w Juracie. W ostatni weekend wakacji, 29 i 30 sierpnia, młodzi ludzie mają spotkać się tam z parą prezydencką i rozmawiać o swoich oczekiwaniach, pomysłach oraz o tym, jak widzą przyszłość kraju. Data dodania artykułu: 09.08.2026 00:08
Marta Nawrocka zaprasza młode Polki do Juraty. „O jakiej Polsce marzycie?”

Polecane

Od Monte Cassino po „Ghostbusters”. 11 sierpnia w historii, muzyce i dzisiejszej polityce

Od Monte Cassino po „Ghostbusters”. 11 sierpnia w historii, muzyce i dzisiejszej polityce

Są takie daty, które nie dają się zamknąć w kilku linijkach kalendarza. 11 sierpnia należy właśnie do nich. Tego dnia papież Urban IV ustanawiał święto, które na trwałe wpisało się w polski pejzaż religijny, rodził się Władysław Anders, Armia Czerwona stawała nad Wisłą, a Warszawa przeżywała kolejny dramatyczny dzień Powstania. W muzycznym kalendarzu spotykają się Eric Carmen, Joe Jackson, The Knack i „Ghostbusters”, a współczesność dopisuje własne rozdziały: pomoc dla poszkodowanych w programie „Czyste Powietrze”, wielki kontrakt dotyczący śmigłowców Apache w Łodzi i wybór nowego prezydenta Węgier po zakończeniu ery rządów Viktora Orbána. Data dodania artykułu: Dzisiaj, 05:24
Od Monte Cassino po „Ghostbusters”. 11 sierpnia w historii, muzyce i dzisiejszej polityce Ostatni tydzień letnich ślizgawek. W sierpniu można jeszcze wskoczyć na lód Sportowy poniedziałek: Schilder ze złotem, Kuchta w Legii i mocny front przeciw FIFA Wybuch gazu na Zawadzkiej pod lupą prokuratury. Biegły zbada przyczynę, w tle kara do 10 lat Akcja „Prędkość” w powiecie tomaszowskim. 99 przypadków przekroczenia limitu Jazz nad Zalewem Sulejowskim i łemkowskie brzmienia w regionie PILNE. Zaginął 37-letni Michał Szczepaniak z Tomaszowa. Policja prosi o pomoc 33 stopnie, potem grad i wiatr do 80 km/h. IMGW ostrzega Tomaszów i powiat Kradzieży sklepowych jest mniej, ale rośnie udział przestępstw. Co naprawdę oznacza próg 800 zł? 10 sierpnia: Wawel w ogniu, Dyzma na salonach, Pilch przy biurku. Biało-czerwoni ruszają po medale Ponad 100 osób odwiedziło tomaszowską porodówkę. Oddział, który odzyskał zaufanie pacjentek „NPL to nie SOR”. Dyskusja o chorym dziecku w TCZ pokazała, że pacjenci wciąż nie wiedzą, gdzie szukać pomocy
Wózek inwalidzki elektryczny z amortyzowaną ramą

Wózek inwalidzki elektryczny z amortyzowaną ramą

W naszej ofercie dostępny jest wózek inwalidzki o napędzie elektrycznym, zaprojektowany z myślą o wygodzie, bezpieczeństwie i większej samodzielności użytkownika. To sprzęt, który może realnie poprawić komfort codziennego funkcjonowania – w domu, podczas spaceru, wizyty u lekarza czy załatwiania codziennych spraw.Model posiada amortyzowaną ramę z dwoma amortyzatorami kół tylnych, co zwiększa komfort jazdy na nierównym podłożu. Wózek wyposażono w szarą, oddychającą i demontowalną tapicerkę oraz poduszkę siedziska. Dostępne szerokości siedziska to 16” i 18”.Dla wygody użytkownika zastosowano regulowany kąt nachylenia oparcia, regulowane i demontowalne podłokietniki, możliwość odchylenia joysticka oraz uchylne, demontowalne podnóżki z regulacją długości. Bezpieczeństwo podczas jazdy zapewniają hamulce elektromagnetyczne, regulowane tylne kółka przeciwwywrotne oraz pełne oświetlenie drogowe LED.Wózek posiada kontroler VS/PG50A, koła przednie 9”, koła tylne 14”, prześwit 8 cm, a jego waga bez akumulatorów wynosi 49 kg.To urządzenie przeznaczone jest dla osób, które potrzebują wsparcia w mobilności i chcą zachować możliwie największą niezależność. Przeciwwskazaniem do użytkowania są przeciwwskazania do pozycji siedzącej.Z pełną ofertą można zapoznać się w naszym punkcie zaopatrzenia medycznego:Twój Sklep MedycznyTomaszów Mazowiecki, ul. Słowackiego 4Oferujemy atrakcyjne rabaty dla stałych klientów. Honorujemy Tomaszowską Kartę Seniora. Na terenie miasta zapewniamy transport gratis.
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Wasze komentarze

Autor komentarza: rwd Treść komentarza: Jak zawsze winny pacjent, który przychodzi, nic nie wie i tylko przeszkadza w pracy i rządzeniu ( jak się okazuje każdej władzy). Źródło komentarza: „NPL to nie SOR”. Dyskusja o chorym dziecku w TCZ pokazała, że pacjenci wciąż nie wiedzą, gdzie szukać pomocy Autor komentarza: Ajdejano Treść komentarza: Chłopie: 100 % racji. Ta cała, tzw. "służba zdrowia" , to w rzeczywistości jest kolejne dojne koryto dla różnych, debilowatych samorządowców, dla różnych, debilowatych lekarzy i innych debilowatych, samorządowych przygłupów. To jest istny świat matrixu, szkodliwy dla tych chorych, którzy się (niestety) znajdą się w tym debilowatym świecie. P.S. Pacjent? Dla tego, debilowatego towarzystwa, to jest tylko jednostka chorobowa, na której trzeba na maska zarobić. A, że tego pacjenta nie wyleczyliśmy i zszedł z tego świata?! A co to, kur.., kogokolwiek obchodzi ..... Źródło komentarza: „NPL to nie SOR”. Dyskusja o chorym dziecku w TCZ pokazała, że pacjenci wciąż nie wiedzą, gdzie szukać pomocy Autor komentarza: Figo-fago Treść komentarza: Ten materiał powyżej dosyć szczegółowo i fachowo pokazuje, że ta spółdzielnia, to firma, która bardzo łatwo może stać się zwykła mafią, decydującą o losach ludzi, będących członkami tej spółdzielczej mafii. I rzeczywiście, ten stołek prezesa i szefa rady nadzorczej, tak "na oko", nie wydają się najważniejsze, jednak, tak, jak w każdej mafii, to są najważniejsze stołki, bo te stołki kierują tym mafijnym procederem wykorzystywania informacji o ludziach ze spółdzielni. Stad wzięła się i nadal trwa burza o szefostwo w tej spółdzielczej mafii. Źródło komentarza: Nie chodzi tylko o fotel prezesa. Chodzi o wiedzę wartą mieszkania Autor komentarza: Opiekun Treść komentarza: A z innej beczki. Musiałem z tatą - mającym problem z poruszaniem się, udać się do jednej z poradni przy TCZ. Aby do niej dojść, musieliśmy przejć przez mocno zniszczony plac ( między innymi wyrwy w płytach chodnikowych). Dla mojego taty, było to arcytrudne i od budki przy bramie, do drzwi - trwało z przerwami, około 15 minut. No i przy drzwiach wyrwana klamka i karteczka z napisem, że remont, a wejście drzwiami głównymi do szpitala. Kolejne około 15 minut w drugą stronę i niebotyczne zmęczenie osoby chorej i opiekuna. Z pomocy tych poradni raczej nie korzystają ludzie zdrowi, często są to pacjenci neurologiczni, ortopedyczni z urazami kończyn. Czy naprawdę trzeba uświadamiać ludzi odpowiedzialnych, za to że konieczne jest oznakowanie od strony bramy i furtki którędy teraz wiedzie droga do określonych poradni? Po wejściu na hol główny to samo. Nikogo w punkcie informacyjnym, rozumiem, że może pani poszła do toalety, ma prawo. Tylko nie każdy zna od lewa do prawa topografię szpitala, wystarczyłyby oznaczenia przyklejone na ścianach... Wydrukowanie czarnym tuszem i ofoliowanie kilku kartek, nie będzie finansowym gwoździem do trumny, już i tak zadłużonego szpitala, a zdecydowanie pomoże osobom chorym. Źródło komentarza: „NPL to nie SOR”. Dyskusja o chorym dziecku w TCZ pokazała, że pacjenci wciąż nie wiedzą, gdzie szukać pomocy Autor komentarza: Ajdejano Treść komentarza: Jak czytam tego gniota powyżej, to scyzoryk sam otwiera mi się w kieszeni. Ten materiał powyżej, to, co to, do kur.. nędzy, jest?! Publiczna scysja pomiędzy p. Strzępkiem i pozostałymi podmiotami tzw. "służby zdrowia" czy może to jest jakiekolwiek wyjaśniania dla zwykłych ludzi, którzy są zainteresowania takimi sytuacjami - co ?! Szanowna Redakcjo: nie traktujcie Waszych Czytelników jak zwykłych debili!!! Ten materiał powyżej, to jest zwykły bełkot, które nic nam nie wyjaśnia. Źródło komentarza: „NPL to nie SOR”. Dyskusja o chorym dziecku w TCZ pokazała, że pacjenci wciąż nie wiedzą, gdzie szukać pomocy Autor komentarza: Figo-fago Treść komentarza: Wpisy tej dziewuchy z dnia 06.08.2026 r. z następujących godzin: 17:06, 17:10, 17:15, 17:42, 17:48. Dziewczyno: te Twoje wpisy, to jedna , wielka kakofonia, czy pomieszanie z poplątaniem, a inaczej: syf, kiła i mogiła. Mam wątpliwości, czy Ty sama siebie zrozumiesz z tych swoich wpisów. A może ktoś Cię wcześniej skrzywdził, albo po prostu Ci nie dogodził - co? Źródło komentarza: Demokracja odwołana z powodu upału. Co naprawdę dzieje się w SM „Przodownik”?
Reklama
Reklama

Napisz do nas

Zachęcamy do kontaktu z nami za pomocą formularza. Możecie dołączyć zdjęcia i inne załączniki. Podajcie swojego maila ułatwi to nam kontakt z Wami
Reklama