Przed kilku dniami, przy sposobności omawiania nowych ograniczeń, jakie czekają ubezpieczonych z racji najbliższej „reformy” Kas Chorych, poruszyliśmy pokrótce dziwne stosunki, jakie w instytucji tej panują. Podkreśliliśmy szczegół dla wszystkich niezrozumiały, że wówczas, gdy zaprowadza się najdalej posunięty system oszczędnościowy w stosunku do ubezpieczonych, pozbawiając ich niemal całkowicie należnych im świadczeń w postaci szeroko pojętej pomocy lekarskiej, równocześnie nie czyni się nic, aby zacieśnić olbrzymie, a mimo to rosnące z dnia na dzień wydatki na dział administracyjny Kas Chorych.
Tej to właśnie „administracji” Kas Chorych pragniemy dziś poświęcić nieco więcej uwagi.
Nie chodzi już o to, że zgłaszający się po poradę lekarską ubezpieczony traktowany jest przez pierwszego lepszego funkcjonariusza Kasy Chorych jako zwykły „numerek”, jako osobnik zabierający tylko „drogi czas” personelowi administracyjnemu. Jest to już objaw na terenie każdej Kasy Chorych tak powszechny, że stał się niemal regułą i zdążyliśmy się z nim jako tako oswoić. Pragniemy sięgnąć głębiej w tajniki administracji tej instytucji.
Okazuje się, że dla ratowania finansów Kas Chorych nie wystarczają nawet i te szalone ograniczenia, jakie zastosowane będą w najbliższym czasie wobec ubezpieczonych. Postanowiono bowiem dobrać się także do lekarzy.
Stanowisko lekarza Kasy Chorych nie jest bynajmniej synekurą — jakby się na pozór zdawało. Już teraz na jednego lekarza wypada przeciętnie około sto porad i zabiegów dziennie, a płaca nie jest królewska. Lecz nawet i to stosunkowo tak skromne wynagrodzenie lekarzy jest solą w oku administracji. Postanowiła je więc „ukrócić”, a że szanowna administracja Kas Chorych ma rękę lekką, gdy chodzi nie o nią samą, więc postanowiła pójść od razu „na całego”.

Powołując się na malejące swe dochody, wskutek zalegania przez pracodawców z opłatą świadczeń, Kasa Chorych zaproponowała lekarzom honorarium w wysokości 11 proc. swoich dochodów. I to dochodów rzeczywistych.
Oznaczałoby to redukcję płac lekarskich o jakieś 44 proc., czyli że płaca lekarza wynosiłaby 350–400 zł. Pensja ostatecznie nie do pogardzenia w tych ciężkich czasach, gdyby nie okoliczność, że odchodzą od niej jeszcze różne opłaty — na podatki i wszelakie świadczenia — w kwocie łącznej do 100 zł, tak że na czysto pozostawałoby lekarzowi 280–320 zł, a więc 20–30 groszy za jedną poradę względnie zabieg lekarski.
Ale i to nie wszystko jeszcze. Jak zaznaczyliśmy, owe 11 proc., przeznaczone przez administrację na pensje lekarzy, dotyczyć ma wyłącznie dochodów rzeczywistych, gotówkowych. Ponieważ zaś wielu pracodawców wnosi należności nie tylko gotówką, ale i wekslami, które administracja zalicza również do rubryki wpływów gotówkowych, przeto o ile dany pracodawca takiego weksla nie wykupi (co bynajmniej nie jest rzadkością) — ucierpią na tym przede wszystkim lekarze. Kasa bowiem ściągnie mu z najbliższej pensji odpowiednią kwotę, której dany pracodawca nie wpłacił.
Lekarze Kas Chorych mają więc otrzymywać pensje nie tylko zredukowane potężnie, ale i ruchome. Nawet bardzo ruchome, bo kto wie, czy jakiegoś miesiąca — zgłaszając się po wypłatę swoich poborów — nie dowie się pan doktor, że należy mu się zaledwie kilka złotych, gdyż większość pracodawców weksli swych nie wykupiła.
Gdybyż to jeszcze Kasa Chorych tę samą miarę stosowała do personelu administracyjnego. Byłoby to przykre, ale przynajmniej sprawiedliwe. Ale nie! Płace uprzywilejowanej administracji Kas Chorych są nietykalne.
I rzecz najdziwniejsza, a zarazem najbardziej oburzająca: oto wówczas, gdy ogranicza się świadczenia na rzecz ubezpieczonych, gdy — niezależnie od wnoszonych stałych opłat przymusowych — każe im się płacić oddzielnie niemal za każdy zabieg, za każde podłego gatunku lekarstwo, gdy redukuje się płace lekarzy — tych filarów instytucji — nie wspomina się ani słowem o jakichś najmniejszych bodaj oszczędnościach w dziale administracji, choć wszystkim wiadomo, jak kolosalne i niewspółmierne do wydatków na lecznictwo sumy pochłania w Kasach Chorych ten właśnie dział administracji.
Powołując się na „ciężkie czasy”, odbiera się ubezpieczonym te korzyści, jakie słusznie i prawnie im się należą, zmusza się lekarzy do pracy za półdarmo — ale personel administracji nieustannie się powiększa, bez względu na to, czy zachodzi potrzeba czy nie. W sprawach tych decydują zazwyczaj wpływy zakulisowe i one to sprawiają, że na miejsce jednego zredukowanego pod pozorem oszczędności urzędnika przyjmuje się od razu trzy inne siły, niewykwalifikowane, ale za to wsparte o silne „plecy”.
W takich warunkach dziwić się nie można, że społeczeństwo traci szybko tę resztkę zaufania do instytucji Kasy Chorych, że ściągane przymusowo na jej cel opłaty uważa za krzywdzący haracz, zwłaszcza że i ta, tak ograniczona pomoc lecznicza wymaga coraz to uciążliwszych zachodów, a jest bardzo wątpliwej wartości.


































































Napisz komentarz
Komentarze