I choć Urząd Wojewódzki wprost zaznacza, że wojewoda co do zasady nie udziela „wyjaśnień” ani nie wydaje wiążących opinii prawnych, bo nadzór ma charakter następczy (czyli reaguje na naruszenia po fakcie), to w tej sprawie – ze względu na „szczególne okoliczności” – wskazuje jasno jedno: jeżeli termin na wybór Zarządu upływa 28 lutego 2026 r., to właśnie ten dzień jest ostatnim, w którym wybór musi nastąpić. Koniec. Kropka.
I tu zaczyna się problem, który mieszkańców powinien interesować bardziej niż partyjne przepychanki.
Przerwa „bo to ostatni termin”? Tylko że przerwa jest… po terminie
Wniosek o przerwę w obradach złożył radny Kazimierz Mordaka, uzasadniając go tym, że to „ostatni możliwy termin” na powołanie nowego Zarządu. Tymczasem termin wznowienia obrad – jak wynika z harmonogramu przyjętego przez Radę – wykracza poza datę 28 lutego, czyli poza granicę, którą dziś potwierdza urząd wojewódzki.
To oznacza, że argument, którym karmiono opinię publiczną (i część radnych), rozsypuje się przy pierwszym kontakcie z papierem urzędowym. Jeśli 28 lutego jest „ostatnim dniem”, to ogłaszanie przerwy tak długiej, że wypycha Radę poza tę datę, nie jest już „porządkiem”, „uspokojeniem emocji” ani „czasem na analizę”. To jest gra na zwłokę – z pełną świadomością ryzyka.
Wojewoda nie jest od dawania alibi
W piśmie pada też rzecz ważna w kontekście działań przewodniczącego Rady Michała Jodłowskiego: oczekiwanie, że wojewoda „powie, czy można zwołać sesję w czasie przerwy”, jest z punktu widzenia sensu i kompetencji nadzoru – mówiąc delikatnie – chybione. Skoro nadzór jest następczy, to wysyłanie zapytań w stylu „proszę o opinię, czy wolno” nie może być żadnym usprawiedliwieniem dla bezczynności. Zwłaszcza gdy prawo nakłada konkretne obowiązki na przewodniczącego.
Bo ustawa mówi wprost: na wniosek zarządu lub co najmniej 1/4 ustawowego składu rady przewodniczący ma obowiązek zwołać sesję w ciągu 7 dni.
Jeżeli więc grupa radnych złożyła wniosek o kolejną sesję w celu wyłonienia Zarządu i przyjęcia budżetu, a przewodniczący go nie realizuje – to nie jest „spór proceduralny”. To jest działanie na szkodę mieszkańców, bo blokuje podstawowe funkcjonowanie powiatu.

Co grozi powiatowi, jeśli termin zostanie uwalony?
Tu nie ma miejsca na bajki o „nic się nie stanie”. Ustawa przewiduje twarde skutki: jeżeli rada nie dokona wyboru zarządu w terminie – ulega rozwiązaniu z mocy prawa, a następnie przeprowadza się wybory przedterminowe.
Do czasu, aż nowa rada wybierze zarząd, Prezes Rady Ministrów wyznacza osobę, która pełni funkcję organów powiatu.
A jeżeli powtórzy się sytuacja, że rada wybrana w wyborach przedterminowych znów nie wybierze zarządu, wówczas zadania i kompetencje rady i zarządu przejmuje komisarz rządowy (bez kolejnych wyborów przedterminowych – do następnej regularnej kadencji).
Dodatkowo – jeśli cała sytuacja wynika z odwołania lub rezygnacji całego zarządu – rada ma zasadniczo 3 miesiące na wybór nowego; w razie niedotrzymania terminu stosuje się mechanizm rozwiązania z art. 29.
„Będziemy brać pensje i diety dalej” – nie. To mit, który komuś jest wygodny
W przestrzeni powiatowej krąży narracja, że „nawet jak będzie komisarz i wybory, to radni i zarząd przecież i tak będą coś pobierać”. To opowieść dla naiwnych.
Diety przysługują radnemu z tytułu wykonywania mandatu.
Jeżeli rada ulega rozwiązaniu z mocy prawa, to nie ma „rady”, nie ma „radnych” – a więc nie ma podstaw do wypłacania diet (to logiczna konsekwencja samego mechanizmu rozwiązania i przejęcia kompetencji przez osobę wyznaczoną przez premiera/komisarza).
Podobnie z „wynagrodzeniami zarządu”: skoro kompetencje organów przejmuje osoba wyznaczona przez premiera albo komisarz, to nie jest to „dodatkowa nakładka na dotychczasowy zarząd”, tylko zastępstwo organów powiatu.
A teraz najważniejsze: rachunek płaci mieszkaniec
Wybory przedterminowe i/lub zarząd komisaryczny to nie jest „reset polityczny”, tylko realny koszt:
- paraliż decyzyjny i przeciąganie kluczowych uchwał (w tym budżetowych),
- ryzyko rocznego poślizgu inwestycji (bo przetargi, wkłady własne, harmonogramy – wszystko jest spięte uchwałami i stabilnością organów),
- osłabienie zdolności do pozyskiwania środków w tym roku – bo instytucje finansujące patrzą na ciągłość zarządzania, zabezpieczenia i tempo procedur.
„Komu to jest na rękę?”
Użytkowo wygląda to tak: część radnych PiS i KO, a także sam radny Mordaka, prowadzą działania, które mogą doprowadzić do scenariusza „komisarz/wybory”. Pojawiają się też spekulacje, że w takim układzie łatwiej byłoby wprowadzić osobę „wskazywaną” politycznie (w kuluarach pada np. nazwisko Michała Jodłowskiego i powiązania z posłem Witczakiem). To jednak pozostaje w sferze domysłów – formalnie decyzje kadrowe w trybach nadzwyczajnych wynikają z ustawowych procedur i rozstrzygnięć na poziomie rządowym.
Natomiast fakty są już dziś wystarczająco ostre: jest pismo z urzędu wojewódzkiego, które przypomina o granicznej dacie, a jednocześnie jest przerwa i brak realnego działania przewodniczącego, mimo wniosku radnych o zwołanie sesji.
Jeśli ktoś naprawdę chce „ratować powiat” – ma prostą drogę: zwołać sesję zgodnie z ustawą i doprowadzić do wyboru Zarządu oraz przyjęcia budżetu. Każda kolejna doba zwłoki to nie „polityka”. To ryzyko, że mieszkańcy dostaną rachunek za cudze gierki.





























































Napisz komentarz
Komentarze