Po tygodniach politycznego chaosu, przepychanek i sesji, które bardziej przypominały reality show niż pracę samorządu, Rada Powiatu Tomaszowskiego wreszcie domknęła to, co powinna była zrobić dawno temu: wybrała pozostałych członków Zarządu Powiatu (w tym wicestarostę) i przyjęła budżet na bieżący rok.
Do starosty Dariusza Kowalczyka dołączyli: Sławomir Żegota (wicestarosta), Krzysztof Biskup, Grzegorz Glimasiński i Michał Czechowicz. Formalnie – porządek wraca. Politycznie – rachunek krzywd i straconego czasu zostaje.
Przerwa „na półtora miesiąca” jako narzędzie paraliżu
W normalnym powiecie wybór zarządu po odwołaniu poprzedniego jest kwestią sprawności i odpowiedzialności. U nas zamieniono to w polityczną grę na wyniszczenie, w której mieszkańcy stali się widownią, a urząd – zakładnikiem.
Symbol tej destrukcji? Wniosek o półtoramiesięczną przerwę w obradach, złożony przez Kazimierza Mordakę, który – jak wskazywano w przestrzeni publicznej – miał prowadzić do terminu ryzykownie bliskiego (a nawet przekraczającego) granice dopuszczalne dla kluczowych decyzji. To nie była „przerwa na oddech”. To była próba wciśnięcia samorządu w proceduralne bagno, gdzie każdy dzień zwłoki pracuje przeciw powiatowi.
Bo kiedy rada nie pracuje, nie stoją w miejscu radni. Stoją w miejscu sprawy: inwestycje, umowy, decyzje, zadania, pieniądze.
Scenariusz komisaryczny: polityczna kalkulacja ponad interesem powiatu
W tle pojawiał się jeszcze groźniejszy wątek: rozwiązanie rady i wejście zarządu komisarycznego. Dla powiatu oznaczałoby to praktycznie katastrofę organizacyjną – długie miesiące administracyjnego dryfu i zamrożenia normalnych działań. Samorząd w komisarycznym trybie nie jest „remedium”. To jest kara dla mieszkańców za polityczne wojny dorosłych ludzi.
A mimo to – według relacji z kuluarów i komentarzy – właśnie w tę stronę miały iść działania obozu określanego jako koalicja KO–PiS w układzie Witczak–Węgrzynowski: dopchnąć sytuację do ściany i potem udawać, że „samo się stało”.
Ucieczka od odpowiedzialności: nieobecności i demonstracyjna bierność
Dzisiejsza sesja pokazała jeszcze jeden wymiar tej historii: ucieczkę od odpowiedzialności. Radni utożsamiani z obozami Witczaka i Węgrzynowskiego – poza Martyną Wojciechowską, która nie chciała brać udziału w głosowaniach – nie pojawili się, gdy trzeba było postawić kropkę nad „i”.
To jest właśnie ta polityka w najgorszym wydaniu:
najpierw rozpętać burzę, potem wyjść z sali, żeby nie musieć tłumaczyć się z konsekwencji.
Tymczasem 12 radnych zrobiło to, co powinno być standardem: wybrało zarząd i przyjęło budżet. I to jest najważniejsza informacja dla mieszkańców – bo budżet to nie jest papier dla księgowych. To są realne decyzje o tym, czy powiat działa, czy stoi w korku własnej kompromitacji.
Wniosek po tej historii jest brutalnie prosty
Powiat nie potrzebował „politycznych strategów” od destabilizacji. Potrzebował radnych, którzy rozumieją, że mandat to obowiązek, a nie narzędzie do gier.
Dziś udało się ugasić pożar. Ale mieszkańcy mają prawo zapytać: kto ten pożar podkładał, kto dolewał benzyny proceduralnymi sztuczkami i kto chciał, żeby samorząd wjechał w ślepy zaułek.
Bo jeśli ktoś w samorządzie uprawia destrukcję jako metodę, to nie jest „opcja polityczna”. To jest problem – i to problem, za który płacą wszyscy.






























































Napisz komentarz
Komentarze