Temat mostu na ul. Legionów wraca w Tomaszowie jak bumerang. Jedni mówią: „wreszcie”, inni: „za późno”. Teraz jednak wreszcie widać konkret. Zarząd Dróg Powiatowych otworzył oferty w przetargu na zadanie nazwane wprost: rozbudowa drogi powiatowej 4339E wraz z rozbiórką i budową mostu w ciągu ul. Legionów. Ogłoszenie pojawiło się 2 lutego 2026 r. w BZP.
Z otwarcia ofert wynika, że chętnych do roboty nie brakuje. Wpłynęło szesnaście propozycji i to od firm z całej Polski. Najniższą cenę zaproponował BUDREM-1 z Radomia: 6 671 520 zł brutto. Najwyżej wyceniły zadanie Żelbety Matysek: 11 950 000 zł. Różnica jest ogromna, a środek stawki mocno „zagęszczony” w okolicach 6,8–7,6 mln zł. Inwestycja ma być dużo większa niż doraźna naprawa. Chodzi o rozbiórkę starego obiektu i postawienie nowego oraz przebudowę fragmentu drogi w jego otoczeniu. W praktyce to ma oznaczać normalne parametry, normalną nośność i przede wszystkim koniec „tymczasowości”, która przez lata była w tym miejscu codziennością. Lokalnie podkreślano, że to jedna z ważniejszych przepraw na Wolbórce i że bez przebudowy problem tylko narasta.
Po stronie finansów padają wreszcie liczby, które tłumaczą, dlaczego powiat w ogóle mógł ruszyć z taką robotą. Samorząd województwa informował jesienią, że na tę inwestycję trafi 10,2 mln zł unijnego wsparcia. W dokumentach i publikacjach lokalnych pojawia się też szczegół: wartość projektu ok. 12 mln zł oraz dofinansowanie na poziomie ponad 10,2 mln zł, z umową zawartą 13 października 2025 r. To właśnie te pieniądze są dzisiaj argumentem numer jeden: „albo robimy teraz, albo za chwilę będzie to kosztowało znacznie więcej”.
Tyle że w Tomaszowie sama inwestycja to jedno, a emocje wokół zamknięcia to drugie. I te emocje nie zniknęły. Mieszkańcy od miesięcy żyją objazdami, korkami i wydłużonym dojazdem do pracy, a część z nich do dziś ma poczucie, że wszystko odbyło się „po cichu”, bez przekonującego wytłumaczenia. W lutym opisywaliśmy zaskoczenie radnych po komisji, na której miało paść, że nie było profesjonalnej ekspertyzy nakazującej całkowite zamknięcie mostu i że rozważane były warianty z ograniczeniem dla cięższych pojazdów. W komentarzach internetowych wracał jeden ton: „miesiące utrudnień, a teraz wychodzi, że można było inaczej”. Ten klimat dobrze oddaje post, który krążył w socialach pod hasłem „miesiące korków, objazdów i frustracji”.
Do tego dochodzi praktyczny aspekt, który uderzył w ludzi niezależnie od poglądów. Zamknięcie przejazdu odbiło się nawet na komunikacji miejskiej. Miasto informowało o objazdach linii 39 i zmianach w obsłudze przystanków od października 2025 r., co dla części mieszkańców było pierwszym „namacalnym” sygnałem skali problemu.
No i jest jeszcze trzeci wątek, który dziś słychać coraz częściej: polityczna odpowiedzialność za to, że temat mostu tak długo się ślimaczył. W rozmowach kuluarowych i w sieci wiele osób uderza w poprzednie kierownictwo powiatu, w tym w poprzedniego starostę, zarzucając mu zwlekanie i brak planu na komunikacyjny chaos. To nie jest już tylko narzekanie „bo stoję w korku”, ale pretensja o styl zarządzania: że przez długi czas nie było jasnego harmonogramu, czytelnej informacji i sensownego przygotowania mieszkańców na skutki zamknięcia. W lokalnych publikacjach wprost przewija się obraz zamieszania i nerwów wokół decyzji o całkowitym wyłączeniu przeprawy.
Teraz piłka jest po stronie zamawiającego. Sam fakt, że ofert jest szesnaście, wygląda jak dobra wiadomość: większa konkurencja zwykle oznacza większą szansę na realną cenę i sprawną realizację. Ale w Tomaszowie mało kto żyje samą tabelką. Ludzie chcą prostych odpowiedzi. Kiedy faktycznie ruszą prace, jak długo potrwa paraliż, czy da się zrobić cokolwiek, by ulżyć objazdom — i czy ktoś wreszcie weźmie na siebie odpowiedzialność za to, że ten temat tak długo był zamiatany pod dywan.































































Napisz komentarz
Komentarze