Radny Piotr Kucharski odkrył bowiem metodę niemal genialną w swej prostocie: jak stworzyć pracę dla dziesiątek, a może i setek ludzi – bez inwestycji, bez strategii, bez planu gospodarczego. Wystarczy… interpelacja.
Nie byle jaka, oczywiście. Taka, która obejmuje wszystkie możliwe jednostki: urząd miasta, spółki miejskie, szkoły, przedszkola, domy kultury, USC i zapewne, gdyby tylko się dało, także lokalne gołębie pocztowe. Każda z tych instytucji ma teraz jedno zadanie: sporządzić szczegółowe zestawienie sprzętu elektronicznego z ostatnich 24 miesięcy. Laptopy, ultrabooki, tablety, telefony – najlepiej z metryką, rodowodem i życiorysem.
I to nie byle jak! Z nazwą jednostki, modelem, specyfikacją, datą zakupu, kosztem, przeznaczeniem, uzasadnieniem zakupu, zasadami wyboru, weryfikacją sensowności, kosztami dodatkowymi i – rzecz jasna – pełną dokumentacją odbioru.
Krótko mówiąc: ma być wszystko. Może poza DNA urządzenia.
Najpiękniejsze w tej historii jest jednak to, że – jak wskazują wszelkie znaki na niebie i ziemi – sama interpelacja powstała przy pomocy sztucznej inteligencji. Kilka minut, może kwadrans, kawa jeszcze ciepła.
Natomiast odpowiedź? To już zupełnie inna historia.
Tu zaczyna się prawdziwy program zatrudnienia. Dziesiątki instytucji, setki pracowników, godziny przekopywania się przez faktury, arkusze, maile, magazyny, a pewnie i szuflady z kablami „bo może gdzieś tu jest ten tablet z 2024”. Każdy dział administracji dostaje swoją cegiełkę do tej monumentalnej budowli absurdu.
Efekt? Kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset roboczogodzin. Czas ludzi, którzy mogliby w tym czasie robić rzeczy rzeczywiście potrzebne: zajmować się mieszkańcami, rozwiązywać realne problemy, usprawniać działanie instytucji.
Ale nie. Teraz będą ustalać, czy telefon kupiony dla referenta był „premium”, czy tylko „średniopółkowy”.
Można by zapytać: jaki jest cel tej operacji? Czy chodzi o poprawę gospodarności? O audyt? O transparentność? Być może.
Ale forma każe podejrzewać raczej coś innego: pokaz siły w najczystszej, biurokratycznej postaci. Demonstrację, że jednym podpisem można uruchomić machinę, która mieli czas, energię i zasoby – bez względu na sens.
To trochę jak zamówić w restauracji danie dla całej sali tylko po to, żeby sprawdzić, czy kuchnia działa.
Paradoks polega na tym, że sztuczna inteligencja miała nas uwolnić od bezsensownej pracy. Tymczasem została wykorzystana do jej masowej produkcji.
Radny użył zapewne AI, żeby zaoszczędzić swój czas. Reszta miasta właśnie ten czas traci. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość administracji, to rzeczywiście – bezrobocie nam nie grozi. Grozi nam co najwyżej nadmiar pracy, która nikomu nie jest potrzebna.




























































Napisz komentarz
Komentarze