Mecz o ligowy oddech
To nie był zwykły majowy mecz, w którym piłkarze odliczają minuty do wakacji. Widzew i Piast wciąż musiały walczyć o pozostanie w Ekstraklasie, a stawka od pierwszego gwizdka Karola Arysa wisiała nad boiskiem jak ciężka chmura.
Łodzianie wiedzieli jedno: zwycięstwo daje im spokój. Remisy, kalkulatory, telefony sprawdzające wynik w Niecieczy — wszystko można było wyrzucić za burtę, jeśli tylko Widzew zrobi swoje. Piast miał sytuację nieco lepszą, bo przed ostatnią kolejką posiadał dwa punkty przewagi, ale porażka przy niekorzystnym układzie innych wyników mogła jeszcze otworzyć drzwi do katastrofy.
Na trybunach zasiadło 17 661 widzów. I trudno się dziwić, bo takie mecze zapisują się w klubowej pamięci mocniej niż spokojne zwycięstwa w środku sezonu. To są spotkania, w których każdy aut, każdy rzut rożny i każda strata piłki brzmią jak werbel przed wyrokiem.
Baena otworzył wynik. Widzew szybko złapał tlen
Pierwsze minuty były nerwowe. Obie drużyny grały ostrożnie, jakby bały się wykonać pierwszy fałszywy ruch. Ale już w 11. minucie gospodarze zadali cios.
Po dobrym zgraniu Sebastiana Bergiera w polu karnym odnalazł się Angel Baena. Hiszpan nie został należycie upilnowany i wykorzystał sytuację, dając Widzewowi prowadzenie 1:0. Stadion eksplodował, a łodzianie przez moment mogli poczuć, że lina, na której balansowali przez ostatnie tygodnie, stała się odrobinę szersza.
Piast nie zamierzał jednak pogodzić się z rolą statysty. Najgroźniejszy w pierwszej połowie był Jason Lokilo. W 21. minucie jego strzał zza pola karnego zatrzymał się na poprzeczce, a kilka minut później — po interwencji Bartłomieja Drągowskiego — piłka odbiła się od słupka. Dla kibiców Widzewa były to chwile jak z kina Hitchcocka: najpierw napięcie, potem jeszcze większe napięcie.
Słupek ratował Piasta, Drągowski ratował Widzew
Widzew też miał swoje okazje. W 36. minucie blisko gola był Przemysław Wiśniewski po rzucie rożnym. Chwilę później Grzegorz Tomasiewicz w ostatniej chwili uprzedził Baenę, który znów znalazł się w dogodnym miejscu. W końcówce pierwszej połowy Piast uratował słupek po szybkim rozegraniu rzutu wolnego i sytuacji Marcela Krajewskiego.
Do przerwy było 1:0, ale wynik mógł być wyższy. Mógł być też remis. Taki właśnie był ten mecz: nieczysty, nerwowy, szarpany, ale pełen napięcia. Bardziej bitwa o przetrwanie niż elegancki koncert.
Fornalczyk z golem na wagę utrzymania
Po zmianie stron lepiej zaczęli gliwiczanie. Zespół trenera Daniela Myśliwca próbował przyspieszyć, szukał gry kombinacyjnej, a jedną z najlepszych szans miał Oskar Leśniak. Strzał z dobrej pozycji był jednak niecelny.
W futbolu za takie niewykorzystane momenty często płaci się podwójnie. I Piast zapłacił.
W 56. minucie piłkę przejął Mariusz Fornalczyk, ruszył indywidualnie i podwyższył prowadzenie Widzewa na 2:0. Był to jego pierwszy gol w barwach łódzkiego klubu — i od razu taki, który może być wspominany długo. Nie tylko ze względu na urodę akcji, ale przede wszystkim ze względu na jej ciężar gatunkowy. To była bramka, po której Widzew mógł już niemal dotknąć utrzymania.
Vallejo dał Piastowi nadzieję
Piast odpowiedział osiem minut później. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego najwyżej wyskoczył Hugo Vallejo i głową pokonał Bartłomieja Drągowskiego. Od 64. minuty było 2:1, a mecz wrócił na krawędź.
Gliwiczanie mieli więcej z gry w końcówce, ale Widzew bronił się konsekwentnie. Nie było w tym wielkiej finezji, ale była determinacja. Taka, która w meczach o utrzymanie bywa ważniejsza niż wszystkie taktyczne rysunki na tablicy.
W doliczonym czasie gry Widzew mógł jeszcze zamknąć spotkanie, lecz Bartłomiej Pawłowski w dobrej sytuacji źle trafił w piłkę. To jednak nie zmieniło najważniejszego: po ostatnim gwizdku gospodarze mogli odetchnąć.
Widzew i Piast zostają w Ekstraklasie
Widzew Łódź wygrał 2:1 i utrzymał się w Ekstraklasie. Piast, mimo porażki, również pozostaje w najwyższej klasie rozgrywkowej. Dla obu klubów ten sezon kończy się więc bez spadku, choć w Łodzi radość była znacznie bardziej wyrazista. Gospodarze sami wyrwali sobie bezpieczeństwo, nie czekając na łaskę innych boisk.
W sporcie takie wieczory mają swoją szczególną dramaturgię. Nie zawsze rodzą legendy, czasem po prostu ratują sezon. Ale dla kibiców Widzewa to zwycięstwo miało smak czegoś więcej niż trzech punktów. Miało smak powietrza po długim zanurzeniu.
Widzew Łódź – Piast Gliwice 2:1 (1:0)
Bramki:
1:0 Angel Baena 11’
2:0 Mariusz Fornalczyk 56’
2:1 Hugo Vallejo 64’
Żółte kartki: Marcel Krajewski — Widzew; Jakub Lewicki — Piast.
Sędzia: Karol Arys ze Szczecina.
Widzów: 17 661.
Widzew Łódź: Bartłomiej Drągowski — Marcel Krajewski, Przemysław Wiśniewski, Steve Kapuadi, Samuel Kozlovsky /88. Christopher Cheng/ — Angel Baena, Juljan Shehu /81. Mateusz Żyro/, Lindon Selahi, Fran Alvarez /94. Stelios Andreou/, Mariusz Fornalczyk /81. Bartłomiej Pawłowski/ — Sebastian Bergier /88. Andi Zeqiri/.
Piast Gliwice: Dominik Holec — Filip Borowski /46. Emmanuel Twumasi/, Juande Rivas, Igor Drapiński, Jakub Lewicki — Jason Lokilo, Patryk Dziczek, Grzegorz Tomasiewicz /46. Oskar Leśniak/, Hugo Vallejo /89. Michał Chrapek/ — Jorge Felix /79. Andreas Katsantonis/, Gierman Barkowskij /58. Leandro Sanca/.































































Komentarze