Bo Dzień Spaghetti oznacza jedno: można tą przepyszną potrawą zajadać się na śniadanie, obiad i kolację. A jeśli ktoś zapyta, czy to na pewno rozsądne – odpowiadasz z godnością: to tradycja. W końcu są ludzie, którzy jedzą owsiankę trzy razy dziennie i nikt im nie robi konferencji prasowej. Spaghetti ma przynajmniej wdzięk, dramat i ten moment, kiedy jedna nitka ucieka, a ty już wiesz, że za chwilę będziesz wyglądać jak uczestnik konkursu „Sos na czas”.
Spaghetti na śniadanie? Oczywiście!
Poranek w Dniu Spaghetti zaczyna się od ważnego pytania: klasyka czy wariant „co lodówka dała”? Jeśli klasyka, to idziemy w proste smaki – pomidory, czosnek, oliwa i trochę ziół. Jeśli „co lodówka dała”, to witamy w świecie, gdzie spaghetti spotyka resztki pieczonego kurczaka, pół papryki, zagubiony ogórek konserwowy i ser, który „jeszcze wczoraj był dobry”. I wiesz co? W Dniu Spaghetti to też jest legalne. Święto ma swoje prawa.
Obiad: włoska dyplomacja w praktyce
W południe spaghetti wchodzi na salony. To wtedy pojawiają się najpoważniejsze debaty domowe:
- czy sos powinien być gęsty jak argument teściowej,
- czy raczej lekki i elegancki jak kelner w Neapolu,
- oraz czy łamać makaron przed gotowaniem (uwaga: temat wywołujący napięcia międzynarodowe).
Jedni mówią: „nie łam, bo to profanacja”. Inni: „łamię, bo mam garnek z IKEA i nie będę udawał, że jestem w serialu o kuchni włoskiej”. Prawda jest taka, że w Dniu Spaghetti najważniejsze jest, żeby było smacznie, a nie żeby ktoś dostał dyplom za długość nitki.
Kolacja: makaronowa poezja i domowy teatr
Wieczorem spaghetti staje się doświadczeniem emocjonalnym. To wtedy wchodzą w grę wersje „na bogato”: z klopsikami, owocami morza, a nawet te odważne, które zaczynają się od słów „zrobię carbonarę”. I wtedy wszyscy patrzą, czy będzie prawdziwa, czy „śmietanowa”, i czy w domu nie rozpocznie się dyskusja o tradycji, która potrwa dłużej niż gotowanie makaronu.
A najlepszy moment? Ten, kiedy ktoś próbuje elegancko nawinąć spaghetti na widelec, a wychodzi mu… dekoracja stołu. Nagle nitka ma własne zdanie, sos ma własną trajektorię, a ty zaczynasz podejrzewać, że makaron jest istotą żywą.
Niektórzy jadą do kolebki spaghetti
Są też tacy, którzy z tej okazji udają się do kolebki spaghetti, żeby spróbować dania w tradycyjnej odsłonie. I to jest piękne. Jedni świętują w Rzymie, inni w kuchni w dresie, ale idea jest ta sama: spaghetti łączy ludzi. Nieważne, czy siedzisz w trattorii z widokiem na uliczkę, czy przy stole w domu – jeśli masz przed sobą talerz pełen makaronu, nagle życie jest trochę prostsze. I zdecydowanie smaczniejsze.
Jak świętować Dzień Spaghetti bez spiny (ale z sosem)
- Zrób porcję większą, niż planowałeś – i tak zniknie.
- Nie walcz z plamami w trakcie jedzenia. To część ceremonii.
- Jeśli ktoś mówi, że „makaron to same węglowodany”, odpowiedz: „a radość to co?”.
- A jeśli coś pójdzie nie tak, pamiętaj: spaghetti wybacza. Zawsze można dorzucić sera.
Bo w Dniu Spaghetti najważniejsze jest to, żeby nitki były długie, sos był szczodry, a humor jeszcze lepszy. Smacznego – i powodzenia w starciu z tą jedną, zdradliwą nitką, która zawsze ucieka jako pierwsza. 🍝





























































Napisz komentarz
Komentarze