Podczas konferencji prasowej nieopodal wioski olimpijskiej w stolicy Lombardii, kiedy przedstawiciele Polskiego Związku Łyżwiarstwa i dziennikarze chcieli sfotografować 23-letniego zawodnika z medalem, zaskoczony spytał: „To trzeba go było przynieść?”.
Nawet nie wiem, czy będę chciał go w domu zostawić, może oddam go do jakiegoś muzeum, może będzie wisiał w moim klubie. W klubie byłoby fajnie, bardzo mnie wspierał, pomagał mi. Pomyślę o tym jeszcze. Chcę bardziej robić coś nowego niż cieszyć się tym, co już mam. Złoty medal może potrzymałbym o tydzień dłużej, żeby się wszystkim pochwalić, żeby wszyscy zobaczyli - stwierdził reprezentant Polski.
Perspektywa pokazywania się w medalu w programach telewizyjnych czy na spotkaniach z kibicami zupełnie go nie pociąga.
Właśnie dlatego chcę go gdzieś zostawić. Bo jak będą prosili, żebym pokazał, to będę wszystkim mówił: idźcie sobie tam, tam można go zobaczyć - żartował.
Pierwsze kroki na łyżwach Semirunnij stawiał w rodzinnym Jekaterynburgu na Syberii, gdzie jego mama uczy matematyki, a tata pracuje w sklepie ze sprzętem komputerowym. Pewnego dnia do jego klasy przyszedł trener i zapytał, kto chce spróbować. Zgłosił się wraz z kilkoma kolegami, ale ostatecznie został tylko on.
Przygotowania do piątkowego sukcesu zaczynał na otwartym torze w regionie, gdzie zimy słyną ze srogości.
Teraz mówią, jak jest minus 10, że zimno, a jak byłem dzieckiem, to jeździłem przy minus 30. Trzeba było brać trzy rękawiczki: dwie na ręce i trzecią... rozumiecie, gdzie. Byłem przyzwyczajony. Przy minus 40 bardziej bolało. Nawet nie było zimno, tylko po prostu bolało. A przy minus 30 najważniejsze było to, żeby się dobrze ubrać. Szło się pojeździć, później grało się w piłkę albo w hokeja, super było. Wchodziłem na ten tor jeszcze do 16. roku życia. Ale jak zdobyłem młodzieżowe mistrzostwo Rosji, to zacząłem mieć więcej obozów w Czelabińsku czy w Kołomnie - wspominał.
O przeprowadzce zaczął myśleć od 2022 roku, kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, w której wojenne działania prowadzi do dziś. Semirunnij chciał uniknąć poboru do wojska i rozwijać sportową karierę. Nie bez przeszkód pomogli mu w tym działacze Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego, dzięki którym już poprzedniej zimy Rosjanin mógł startować pod polską flagą w Pucharze Świata. W sierpniu 2025 roku otrzymał polskie obywatelstwo, które umożliwiło występ w igrzyskach Mediolan–Cortina d'Ampezzo.
Po wywalczeniu srebra na 10 000 m zapewnił, że to jest medal dla Polski. - Jak inaczej mogę się odwdzięczyć? - pytał retorycznie. Pytany o to, który kraj jest jego domem, mówi natychmiast: Polska.
Rozmawiałem z przyjaciółmi z Rosji, z byłej kadry, powiedzieli mi: "Czy ty wiesz, co ty zrobiłeś? Jechałeś gdzieś w ciemno, nie wiedziałeś, co na ciebie czeka, a teraz patrz, gdzie jesteś". Po takiej rozmowie sam zrozumiałem, czego dokonałem - oznajmił.
Jego trener Roland Cieślak przyznał, że ze wszystkich zaangażowanych w historię Semirunnija „zeszło ciśnienie”, gdy start w igrzyskach był już oficjalnie możliwy. Sam zawodnik poczuł się pewniej już przed ubiegłorocznymi mistrzostwami świata, w których wywalczył srebro na 10 000 m i brąz na 5000 m.
Miałem rok spokojnych przygotowań, a teraz, po tych igrzyskach, będę miał cztery lata, w czasie których można wypróbować coś nowego z trenerem. Ten medal daje więcej spokoju w planie przygotowań do następnych igrzysk. Ale nie daje do końca spokoju w głowie, bo zawsze chcę wygrywać - podkreślił sportowiec.
W północnych Włoszech Semirunnij wystartuje jeszcze na 1500 m w czwartek oraz w biegu ze startu wspólnego dwa dni później. Jego trener Roland Cieślak przyznał, że zdecydowana większość treningów przygotowywana była z myślą o dystansie 10 000 m.
Jeżeli będzie jakieś wysokie miejsce, to będzie super niespodzianka. (...) Jest w stanie pojechać bardzo dobrze, ale to nie był główny cel przygotowań do igrzysk – tonował szkoleniowiec.
Z Mediolanu Maciej Machnicki (PAP)




























































Napisz komentarz
Komentarze