List Piotra Stochły do redakcji w sprawie śmierci brata po złamaniu nogi
Szanowny Panie Redaktorze!
W poczytnym piśmie Szanownego Pana został swego czasu umieszczony artykuł pod tytułem: „Od szpitala do szpitala wędrował kmiotek ze złamaną nogą”.
Otóż i ja, jako stały czytelnik pisma, bardzo proszę Szanownego Pana Redaktora o umieszczenie podobnego, lecz o wiele groźniejszego wypadku, bo zakończonego śmiercią.
Dnia 18 lipca roku bieżącego mój brat, osiemnastoletni młodzieniec, spadł z drzewa i złamał nogę. Siostra, będąca w Europie, natychmiast odwiozła chorego do szpitala w Rzeszowie, oddalonego o 10 kilometrów od wioski, w której wydarzył się wypadek.
Już przy wejściu czyniono jej trudności z przyjęciem chorego. Dopiero po usilnych prośbach i płaczu zgodzono się wreszcie przyjąć mojego brata do szpitala.
Wtedy jednak okazało się, że nie ma lekarza, który mógłby dokonać złożenia nogi. Chirurg szpitalny odmówił wykonania operacji, mówiąc, że jest obecnie na urlopie, a w szpitalu znajduje się tylko przypadkowo. Oświadczył przy tym, że operacji dokona jego zastępca, doktor M., który przebywa w swoim prywatnym mieszkaniu.
Tam też udała się siostra z ponowną prośbą o pomoc. Doktora jednak nie zastała. Jego żona oświadczyła, że mąż znajduje się na mieście, a złamana noga „nie stanowi żadnego niebezpieczeństwa”. Dodała, że jeśli zajdzie konieczna potrzeba, sprowadzi męża telefonicznie.
Cóż miała robić siostra? Z bólem serca i łzami w oczach wróciła do szpitala, aby powiedzieć bratu, że będzie musiał cierpieć do następnego dnia. Po powrocie dowiedziała się jednak, że pierwszego opatrunku dokonał felczer — były posługacz szpitalny.
Dopiero następnego dnia, nie wiem dokładnie o której godzinie, dokonano pod narkozą operacji złożenia nogi. Trzeciego dnia mój brat zakończył życie.
Siostrze wydano zwłoki ze słowami:
„Gdyby się kto pytał, to proszę powiedzieć, że w drodze umarł”.

Nie mogąc pogodzić się z tym, co wyżej opisałem, napisałem do szpitala w Rzeszowie z prośbą o przysłanie mi sprawozdania z leczenia i śmierci mojego brata.
Takie sprawozdanie otrzymałem, lecz nie ma w nim wzmianki, kiedy i jaki lekarz dokonał operacji. Tego pan dyrektor szpitala nie podaje.
Nie mogąc zgodzić się z przesłanym mi sprawozdaniem, napisałem drugi list. Wysłałem go jako polecony, dołączając znaczek na odpowiedź, i prosiłem o dokładniejsze dane dotyczące leczenia chorego. Do tej pory jednak — a mija już trzeci tydzień — nie otrzymałem żadnej odpowiedzi.
Chciałem więc zapytać: czy mamy zakłady samarytańskie, które winny nieść chorym pomoc, czy też zakłady uśmiercania ludzi swoją niedbałością i kamiennymi sercami?
Z poważaniem,
Piotr Stochła




























































Komentarze