Przewodniczący Rady Miejskiej, Zenon Łaski, skierował to pismo do wszystkich komisji problemowych. Pomimo faktu, że uzasadnienie było mocno kontrowersyjne, radni zajęli się „problemem”.
Na początek przedyskutowano możliwe koszty takiej operacji (podejście ekonomiczne). Następnie spróbowano podejść do zagadnienia merytorycznie, krótko mówiąc zbadać: „czy Oskar Lange złym człowiekiem był?”
Po dyskusji stwierdzono, że wiedza radnych w tej sprawie jest zbyt mała, by móc rozsądzić ten problem natury historyczno-politycznej. Rada zaaprobowała złożony przeze mnie wniosek, by skierować zapytanie o osobę Oskara Langego do najbardziej – jak się może wydawać – kompetentnej instytucji w tym kraju, czyli do Instytutu Pamięci Narodowej.
Odpowiedź nadeszła szybko. Już 6 listopada otrzymaliśmy pismo podpisane przez dr Sławomira M. Nowinowskiego – Naczelnika Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Łodzi.
W piśmie tym pan dr Nowinowski informuje Radę Miejską w Tomaszowie, że ze względów zasadniczych nie zamierza odnosić się do pisma Stowarzyszenia PONS-GAULI.
Za swój obowiązek uważa natomiast poinformować, że O. Lange był nie tylko wybitnym przedstawicielem nauk ekonomicznych, ale również wysokim funkcjonariuszem partyjnym i państwowym PRL-u.
Na tym jednak pan doktor nie poprzestał. Za najzabawniejsze stwierdzenie z pisma można chyba uznać, że „istnieją także przesłanki, aby sądzić, iż przebywając podczas II wojny światowej w USA, kontaktował się z pracownikami sowieckich służb specjalnych”. Dalej następuje przytoczenie notki biograficznej – typowo encyklopedycznej.
Nie chcę w tej chwili rozwijać wątku celowości i racjonalności zmian nazw ulic jako takich. W tym konkretnym przypadku chciałbym zastanowić się nad sensem istnienia instytucji IPN w takim kształcie jak obecnie.
Instytucja naukowa powołana do prac nad przeszłością narodu polskiego, w szczególności zaś do spraw związanych z poprzednim systemem komunistycznym, pisze w oficjalnym piśmie do Rady Miejskiej, że „istnieją przesłanki, żeby sądzić”. No, żesz ty…! Tak to opowiadać sobie mogą przekupnie na bazarze albo Lepper na mównicy, a nie poważny historyczny instytut naukowy.
Rodzi się więc pytanie: po co ten cały IPN? Po to, żeby pisać książeczki na temat niewygodnych polityków? Po to, aby w odpowiednim czasie wyciągać nagle „rewelacje” na potrzeby tej czy innej partii politycznej?
Powyższy przykład pokazuje, że na pewno nie spełnia swoich zadań jako placówka naukowa, zbierająca i udostępniająca wiedzę historyczną o czasach PRL-u.
Moje zdanie na ten temat jest takie, że nie może być tak, aby wiedza zawarta w dokumentach przechowywanych przez archiwa IPN była dostępna tylko bardzo wąskiej grupie osób (historycy i dziennikarze). Rodzi to takie patologie, jakie już niejednokrotnie mogliśmy u nas obserwować.
W mojej opinii są dwa rozwiązania.
Pierwsze to takie, że rola IPN-u powinna sprowadzać się do ściśle określonych funkcji porządkowo-administracyjnych. Pracownicy instytutu powinni jak najszybciej wprowadzać całe zasoby archiwum do internetu. Dostęp do nich powinien być na równych prawach dla każdego.
Drugie rozwiązanie to zamknąć te archiwa na 50–60 lat (oczywiście również je elektronicznie zarchiwizować). Po tym czasie nie będą już wzbudzać żadnych emocji i nie będą mogły być użyte w bieżącej walce politycznej.
Oczywiście jest to moje zdanie na ten temat. Być może są inne, lepsze rozwiązania.
Jedno jednak jest pewne: IPN w dzisiejszej postaci to nieporozumienie. To użycie dobrej idei w złej sprawie.




























































Napisz komentarz
Komentarze