Tekst z „Expressu Mazowieckiego” z 10 grudnia 1933 roku czyta się dziś jak wiadomość wysłaną w butelce. Autor opisuje Kasę Chorych jako instytucję, w której oszczędności zaczynają się zawsze od tych najsłabszych: ubezpieczonych i lekarzy, podczas gdy „dział administracyjny” ma rosnąć, puchnąć i pozostawać nietykalny. Minęły dekady, zmieniły się nazwy, paragrafy i technologia, ale sam mechanizm, o którym pisał dziennikarz, wciąż potrafi wywołać u współczesnego czytelnika znajome ukłucie.
W 1933 roku autor uderza przede wszystkim w poczucie niesprawiedliwości. Z jednej strony system „zaprowadza najdalej posunięty system oszczędnościowy w stosunku do ubezpieczonych”, pozbawiając ich pomocy lekarskiej, z drugiej – „równocześnie nie czyni się nic, aby zacieśnić olbrzymie, a mimo to rosnące z dnia na dzień wydatki na dział administracyjny”. Ten język jest stary, ale sens aż nazbyt aktualny. Współczesny pacjent nie usłyszy zwykle wprost, że „pomocy prawie nie będzie”. Usłyszy coś bardziej miękkiego: że najbliższy termin jest „za kilka miesięcy”, że „limit został już wyczerpany”, że „potrzebne jest kolejne skierowanie”, że „proszę próbować w przyszłym tygodniu”. Formalnie prawa pacjenta istnieją, ale dostęp do nich bywa reglamentowany czasem, procedurą i cierpliwością. Gdy ktoś przez to przechodzi, może mieć wrażenie podobne do tego sprzed niemal wieku: że oszczędności robi się na nim, a nie na mechanizmie.
Drugim filarem tego tekstu jest obraz lekarza jako człowieka obciążonego pracą, którego mimo to próbuje się „ukrócić”. W artykule pojawia się dramatyczny szczegół: przeciętnie „około sto porad i zabiegów dziennie” i zarazem presja na obniżenie wynagrodzeń. Dziś liczby i modele rozliczeń są inne, ale napięcie nadal jest znajome: personel medyczny jest wąskim gardłem całego systemu, a jednocześnie to właśnie na nim najłatwiej „dokręcać śrubę”, bo jest na pierwszej linii. Jeśli nie starcza pieniędzy, jeśli rosną koszty, jeśli brakuje wydolności – najczęściej nie czuje tego najpierw gabinet ministerialny, tylko kolejka w poradni i dyżur na oddziale. W efekcie rodzi się frustracja po obu stronach: pacjent czuje, że jest przepychany jak numer w systemie, a lekarz – że stał się częścią taśmy produkcyjnej, na której i tak ma odpowiadać za wszystko.
Bardzo współcześnie brzmi też wątek przerzucania ryzyka „w dół”. W 1933 roku autor opisuje pomysł procentowego honorarium zależnego od „rzeczywistych dochodów” Kasy, co w praktyce mogło oznaczać, że jeśli pracodawcy nie płacą, lekarz dostanie mniej. Dziś nie ma dokładnie takiego mechanizmu, ale istnieje jego duch: niedoszacowane wyceny procedur, limity, ryczałty, kontrakty, które każą świadczeniodawcy „zmieścić się w systemie”. W przypadku wielu placówek napięcie między rachunkiem ekonomicznym a potrzebą leczenia bywa codziennością, tyle że ujętą w nowoczesne arkusze, sprawozdania i kody świadczeń. Kiedy to pęka, pacjent widzi tylko skutek: brak dostępności albo przerzucenie go do prywatnej ścieżki.
I tu dochodzimy do najbardziej gorzkiej puenty z 1933 roku: momentu, w którym składka przestaje być postrzegana jako wspólny fundusz bezpieczeństwa, a zaczyna przypominać przymus. Autor pisze, że społeczeństwo traci zaufanie, a opłaty uważa za „krzywdzący haracz”, bo pomoc jest „bardzo wątpliwej wartości”. Współczesny odpowiednik tego zdania słyszymy w wielu domach: „Płacę, a i tak muszę iść prywatnie”. To doświadczenie podwójnego kosztu – formalnego i realnego – jest dziś jednym z głównych źródeł erozji zaufania do publicznej ochrony zdrowia. Nie dlatego, że ludzie nie chcą się składać na wspólnotę, tylko dlatego, że nie widzą przełożenia składki na dostęp.
Ktoś mógłby powiedzieć: przecież dzisiaj mamy nieskończenie lepszą medycynę niż w 1933 roku. I to prawda. Mamy diagnostykę, leki, chirurgię, ratownictwo, standardy, o których przed wojną nawet nie śniono. Ale tekst z „Expressu Mazowieckiego” nie jest o medycynie. Jest o instytucji. O tym, że system psuje się nie tylko wtedy, gdy brakuje pieniędzy, lecz także wtedy, gdy brakuje poczucia uczciwości: że ciężar trudnych decyzji rozkłada się równomiernie, a nie zawsze spada na pacjenta i tych, którzy go leczą.
Autor sprzed niemal wieku uderza jeszcze w jeden strunę: w „wpływy zakulisowe” i etaty „wsparte o silne plecy”. To temat, który w Polsce nie ma daty ważności. Każda epoka ma swoje wersje „układów” – czasem realne, czasem wyobrażone – ale efekt społeczny bywa ten sam: gdy pacjent widzi nową warstwę stanowisk, koordynatorów, procedur i ludzi od papierów, a równocześnie słyszy, że „brakuje miejsc” i „brakuje lekarzy”, pojawia się pytanie nie o to, czy administracja jest potrzebna, tylko czy jest proporcjonalna. W 1933 roku to pytanie wybrzmiewało wprost. Dziś często wybrzmiewa w półsłówkach, ale wraca w każdej dyskusji o reformach.
Jeśli więc próbować opisać aktualność artykułu z 10 grudnia 1933 roku jednym zdaniem, brzmiałoby ono tak: system ochrony zdrowia najbardziej cierpi nie wtedy, gdy jest biedny, ale wtedy, gdy przestaje być zrozumiały i sprawiedliwy dla tych, którzy go utrzymują. Wtedy nawet najlepsze hasła o „reformie” budzą podejrzenie, a każda kolejna zmiana zaczyna wyglądać jak powtórka tego samego filmu – tylko z inną scenografią.
I może właśnie dlatego warto do takich tekstów wracać. Bo one pokazują, że prawdziwe pytanie nie brzmi: „ile jeszcze utnąć”. Tylko: „komu i dlaczego każemy dźwigać koszt systemu”. Jeśli odpowiedź zawsze jest taka sama, to nawet po stu latach będziemy czytać podobne felietony z tym samym poczuciem, że ktoś kiedyś już to wszystko opisał — i niczego na dobre nie domknęliśmy.
oryginalny tekst na kolejnej stronie



































































Napisz komentarz
Komentarze