Atmosfera wokół piotrkowskiego samorządu robi się coraz bardziej gęsta. Podczas ostatniej sesji Rady Miasta Piotrkowa Trybunalskiego radny Łukasz Janik próbował zadawać pytania dotyczące powiązań spółki audytorskiej wynajętej przez miejskie MZK z posłem Adrianem Witczakiem. Temat od początku budził polityczne emocje, bo relacje pomiędzy środowiskiem obecnego prezydenta miasta Juliusza Wiernickiego, parlamentarzystą KO oraz zatrudnionym w spółce Pawłem Jabłońskim są w Piotrkowie szeroko komentowane.
Sam przebieg sesji – jak twierdzą uczestnicy obrad – bardziej przypominał polityczny pojedynek niż spokojną debatę samorządową. Radnemu przerywano wypowiedzi, odbierano głos i wyłączano mikrofon. Dla wielu obserwatorów był to obraz dobrze znany z innych samorządowych konfliktów, w których niewygodne pytania stają się problemem większym niż same wątpliwości dotyczące działania instytucji publicznych.
Najbardziej zaskakujący okazał się jednak dalszy ciąg sprawy. Odpowiedzi na pytania radny nie uzyskał, ale – jak wynika z opublikowanego przez niego wpisu – pojawiły się za to działania przedsądowe i groźby prawne.
„Radny ma kontrolować władzę, a nie klaskać”
Łukasz Janik w mocnym wpisie przypomniał, czym w istocie powinien być mandat radnego.
„W demokratycznym samorządzie radny ma kontrolować władzę i miejskie spółki. Nie klaskać. Nie milczeć. Kontrolować. Taka jest istota mandatu” – napisał.
To zdanie trafia dziś w samo sedno problemu, z którym mierzy się coraz więcej samorządów. Coraz częściej bowiem pytania zadawane przez radnych opozycji traktowane są nie jako element demokratycznej kontroli, ale jako polityczny atak, który należy zdusić, najlepiej przy pomocy kancelarii prawnych i pozwów.
Janik zwraca uwagę na jeszcze jeden niezwykle ciekawy aspekt całej sprawy. Podczas sesji – jak podkreśla – nie padła nazwa prywatnej firmy. Tymczasem w piśmie procesowym sama miejska spółka miała szczegółowo opisać podmiot i jego powiązania.
„Trudno więc nie zadać pytania: czyim interesem dziś zajmuje się miejska spółka? Interesem mieszkańców czy ochroną polityczno-biznesowego komfortu konkretnych osób?” – pyta radny.
Publiczne pieniądze i prywatna wojna?
To właśnie ten fragment budzi dziś największe emocje. Bo jeśli spółka komunalna utrzymywana z pieniędzy mieszkańców angażuje prawników i środki finansowe po to, by ścigać radnego za zadawanie pytań dotyczących przejrzystości działania, pojawia się fundamentalne pytanie o granice samorządowej władzy.
W samorządzie demokracja nie kończy się przecież w dniu wyborów. Kontrola społeczna i prawo do zadawania niewygodnych pytań są jej podstawowym elementem. Szczególnie wtedy, gdy chodzi o przetargi, audyty, relacje personalne i wydatkowanie publicznych pieniędzy.
W swoim wpisie Janik zauważa, że od czasu objęcia urzędu przez nowego prezydenta miasta scenariusz zaczyna wyglądać bardzo podobnie.
„Najpierw straszenie prokuraturą, potem zawiadomienia, następnie wielkie oburzenie, a na końcu kolejne sprawy przegrywane przed sądami i kolejne uchwały uchylane przez sądy administracyjne” – napisał.
To niezwykle mocny polityczny zarzut, który pokazuje skalę napięcia pomiędzy częścią rady miasta a obecnym obozem władzy.
Samorząd czy atmosfera zastraszenia?
Cała sprawa wywołuje coraz większą dyskusję nie tylko w Piotrkowie. Bo problem jest znacznie szerszy i dotyczy pytania o standardy debaty publicznej w polskich samorządach.
Czy radny ma dziś realne prawo kontrolować miejskie spółki? Czy może zadawać pytania dotyczące powiązań personalnych i procedur? Czy też każda niewygodna interpelacja będzie kończyć się groźbami prawnymi?
Janik przekonuje, że samorząd nie może działać w atmosferze zastraszania.
„Samorząd nie polega na tym, żeby mieszkańców i radnych wychowywać pozwami. Samorząd polega na tym, żeby umieć odpowiadać na trudne pytania bez nerwowych reakcji i bez budowania atmosfery zastraszenia” – podkreśla.
Trudno nie zauważyć, że podobne konflikty coraz częściej pojawiają się także w innych miastach. Mikrofony wyłączane podczas sesji, odbieranie głosu radnym, nerwowe reakcje przewodniczących i wojny prawne zaczynają zastępować rzeczową debatę o problemach mieszkańców.
„Granice krytyki wobec władzy są szersze”
Radny przypomina również argument, który wielokrotnie podkreślały polskie sądy i Europejski Trybunał Praw Człowieka – osoby sprawujące władzę publiczną oraz podmioty publiczne muszą godzić się z ostrzejszą krytyką niż osoby prywatne.
„Jeśli radny nie może zadawać niewygodnych pytań o miejską spółkę, to po co w ogóle mieszkańcy wybierają radnych?” – pyta Janik.
To pytanie wybrzmiewa dziś szczególnie mocno. Bo mieszkańcy oczekują od samorządu nie tylko inwestycji i konferencji prasowych, ale przede wszystkim przejrzystości, odpowiedzialności i gotowości do odpowiadania na trudne pytania.
W przeciwnym razie demokracja lokalna zaczyna przypominać teatr, w którym jedni mają prawo mówić wszystko, a drudzy jedynie słuchać i przytakiwać.































































Napisz komentarz
Komentarze