Artykuł w skrócie
- Tomaszów przedwojennym zagłębiem krawatowym – dawna prasa wskazywała miasto jako ważny ośrodek chałupniczego szycia tanich krawatów ze sztucznego jedwabiu.
- Groszowe stawki za ciężką pracę – za uszycie jednej sztuki płacono chałupnikom zaledwie 5–7 groszy, podczas gdy gotowy produkt w sklepie kosztował około 1,50 zł.
- Równowartość 5 kilogramów chleba – tyle wynosiła w 1935 roku rynkowa cena jednego gotowego krawata, co obrazuje ówczesne realia ekonomiczne.
- Idealne zaplecze przemysłowe miasta – tomaszowski trop nie był przypadkowy; miasto dysponowało silnym włókiennictwem, rzemiosłem oraz prężną Fabryką Sztucznego Jedwabiu.
„Może szanowny pan krawacik?” — miał zaczepiać przechodnia uliczny sprzedawca. Z teczki wyciągał cały pęk: kolorowe desenie, połysk, pozór elegancji. Dopiero z bliska wychodziło na jaw, że materiał się gniecie, krawaty są źle skrojone i równie źle się wiążą.
Towar był jednak tani i znajdował wielu nabywców.
Przepytywany przez gazetę hurtownik tłumaczył, że krawaty powstają ze sztucznego jedwabiu, a ich szycie odbywa się chałupniczo. I wtedy pada najważniejsze dla nas zdanie:
„Centralizuje się głównie w Warszawie, w północnej dzielnicy miasta, Kutnie i Tomaszowie”.
To krótka wzmianka, ale otwiera ciekawy fragment historii naszego miasta.
Pięć groszy za sztukę
Chałupnik otrzymywał 5–7 groszy za uszycie jednego krawata i — według rozmówcy gazety — potrafił wykonać nawet sto sztuk dziennie. Oznaczałoby to 5–7 zł dziennego zarobku, choć nie wiemy, ile godzin trwała taka praca ani czy sto sztuk było normą, czy rekordem.
Znacznie więcej mówi porównanie z ceną detaliczną. Krawat kosztował około 1,50 zł. Wynagrodzenie za jego uszycie stanowiło więc zaledwie około 3,3–4,7 proc. ceny sprzedaży.
Inaczej mówiąc: za cenę jednego krawata można było opłacić szycie od około 21 do 30 takich samych sztuk.
W 1935 roku kilogram chleba żytniego kosztował około 30 groszy, litr mleka około 25 groszy. Krawat za 1,50 zł odpowiadał więc mniej więcej wartości 5 kilogramów chleba albo 6 litrów mleka. Pięć groszy zapłaty dla chałupnika pozwalało kupić zaledwie około jednej szóstej kilograma chleba.
Elegancja schodzi z salonów
W artykule pojawia się także urzędnik zarabiający 200 zł miesięcznie. Krawat za 10 zł był dla niego znacznym wydatkiem. Tani, kosztujący 1,50 zł, stawał się już dostępny.
Sprzedawcy przychodzili z towarem nawet do biur i pozwalali spłacać zakup po złotówce tygodniowo. Mechanizm brzmi zaskakująco współcześnie: produkt, którego klient nie kupiłby od razu, stawał się osiągalny dzięki rozłożeniu płatności.
Krawat przestawał więc być wyłącznie symbolem zamożności. Stawał się elementem codziennego stroju urzędnika, sprzedawcy czy pracownika biurowego. Stąd tytuł prasowego materiału: „Dziś krawat nie świadczy już o burżujstwie”.
Dlaczego Tomaszów?
W przypadku Tomaszowa wzmianka o sztucznym jedwabiu nie brzmi przypadkowo. Miasto było jednym z ważniejszych ośrodków włókienniczych w kraju, a Tomaszowska Fabryka Sztucznego Jedwabiu należała do największych zakładów tego typu. W 1937 roku zatrudniała ponad 6300 osób, a jej wyroby trafiały również na eksport.
Nie mamy dowodu, że krawaty opisane w artykule szyto właśnie z materiału wyprodukowanego w TFSJ. Nie należy tego dopowiadać. Wiadomo jednak, że Tomaszów posiadał zaplecze włókiennicze, krawieckie i handlowe, które sprzyjało takiej produkcji.
W 1935 roku w mieście działało 14 cechów zrzeszających około 420 rzemieślników. Silne było również środowisko krawieckie. Źródła wymieniają m.in. mistrzów Mariana Chęcińskiego, Jana Rzęcikowskiego, Stefana Goździka, Ludwika Szuberta i Bronisława Ujmę.
Z kolei we wspomnieniach Michała Piaseckiego, syna tomaszowskiego krawca Mordki Pessesa, pojawia się sklep pana Lenge. W jego witrynie wisiały różnokolorowe krawaty, apaszki i koszule — towary, które autor wspomnień zapamiętał jako drogie, „chyba tylko dla bogaczy”.
Mamy więc dwa światy tego samego miasta. Z jednej strony elegancka witryna i krawat dla zamożnego klienta. Z drugiej — tani sztuczny jedwab, chałupnik pracujący za kilka groszy od sztuki i masowy towar sprzedawany na ulicy.
Historia zapisana w pięciu groszach
Przedwojenne państwo znało zjawisko pracy chałupniczej. Ustawa z 28 marca 1933 roku o ubezpieczeniu społecznym wprost wymieniała chałupników jako osoby wykonujące we własnym mieszkaniu lub innym miejscu przedmioty zamówione przez fabrykanta, kupca, majstra czy pośrednika.
Opis niemal idealnie pasuje do historii tomaszowskich krawatów.
Gdzieś był materiał, gdzieś pośrednik i zamówienie. Na końcu łańcucha znajdowało się mieszkanie, maszyna do szycia i człowiek, któremu za gotową sztukę płacono kilka groszy.
Wielką historię przemysłu opowiada się zwykle liczbą kominów, fabryk i robotników. Czasami jednak więcej mówi drobiazg.
W tym przypadku — pięć groszy.
Tyle kosztowała praca człowieka, dzięki któremu kawałek materiału zamieniał się w symbol elegancji. Krawat przestawał świadczyć o „burżujstwie”, bo stawał się dostępny dla coraz szerszej grupy klientów.
Ale cenę tej taniej elegancji płacił często ktoś, kogo później nie było widać.
Ktoś, kto siedział przy maszynie do szycia w Warszawie, Kutnie — albo właśnie w Tomaszowie Mazowieckim.
Ta wersja jest moim zdaniem wyraźnie lepsza portalowo: szybciej dochodzi do Tomaszowa, liczby pracują na historię, a tekst nie rozchodzi się na poboczne wątki.



Napisz komentarz
Komentarze