Na pożółkłej pierwszej stronie „Expressu Mazowieckiego” z 14 kwietnia 1933 roku między informacją o śmierci ministra poczt i telegrafów a wiadomościami z Londynu i Waszyngtonu znajduje się tekst, który dla tomaszowian ma dziś wartość niemal dokumentu społecznego.
Nagłówek nie pozostawiał wątpliwości:
„Włoski strajk w Tomaszowie. 2200 robotników nie opuszcza fabryki”.
Nie chodziło oczywiście o robotników z Włoch. Tak ówczesna prasa określała protest, podczas którego pracownicy pozostawali na terenie zakładu. Z dzisiejszej perspektywy wydarzenia należałoby raczej nazwać strajkiem okupacyjnym.
Nasz artykuł w skrócie
- 12 kwietnia 1933 roku około 2200 pracowników Tomaszowskiej Fabryki Sztucznego Jedwabiu rozpoczęło protest i pozostało w zakładzie.
- Bezpośrednią przyczyną była planowana 12-procentowa obniżka płac, ale robotnicy domagali się również poprawy warunków pracy, odzieży ochronnej, lepszej wentylacji i uznania swoich przedstawicieli.
- Kwietniowy protest okazał się jedynie początkiem. W maju konflikt wybuchł ponownie, doszło do głodówki i starć z policją, a sprawą zainteresował się przebywający w Spale prezydent Ignacy Mościcki.
Dwanaście procent, które przelało czarę
Informacja wysłana 13 kwietnia 1933 roku z Łodzi mówiła wprost, że spór pomiędzy dyrekcją a pracownikami trwał już od kilku tygodni. Jego osią była zapowiedziana redukcja płac o 12 procent.
Były to czasy wielkiego kryzysu gospodarczego. Bezrobocie, spadek płac i strach przed utratą zatrudnienia należały do codzienności. W mieście takim jak Tomaszów, którego rytm wyznaczały fabryczne syreny, decyzja jednego wielkiego zakładu mogła uderzyć nie tylko w kilka tysięcy pracowników, ale w całe rodziny, sklepy i drobnych rzemieślników.
A Tomaszowska Fabryka Sztucznego Jedwabiu nie była zwykłą fabryką.
Przedsiębiorstwo powstało w 1910 roku, produkcję uruchomiło w 1912 roku i stało się jednym z najważniejszych zakładów przemysłowych miasta. Cztery lata po opisywanym strajku, w 1937 roku, zatrudniało już 6364 osoby. Jego wyroby trafiały nie tylko na rynek polski, lecz także m.in. do Chin, Indii, Palestyny, Ameryki Północnej, Szwajcarii i Egiptu.
W kwietniu 1933 roku właśnie tutaj zapalił się lont.
Pierwsza i druga zmiana zostały w środku
Według „Expressu Mazowieckiego” na terenie fabryki pozostała pierwsza i druga zmiana — około 2200 pracowników. Trzecia zmiana nie została już wpuszczona.
Wcześniejsze rozmowy z dyrekcją nie przyniosły rezultatu.
Gazeta podkreślała jeszcze jeden ciekawy szczegół: pracownicy zakładu mieli być wcześniej w dużej mierze niezorganizowani związkowo. Dopiero przed konfliktem zaczęli przystępować do związku zawodowego „Praca”.
I wtedy lista postulatów zaczęła wykraczać daleko poza same pieniądze.
Robotnicy chcieli odzieży ochronnej i mleka dla osób zatrudnionych w oddziałach zagrażających zdrowiu. Domagali się lepszej wentylacji, zmian dotyczących kar i przymusowych urlopów oraz uznania delegatów robotniczych.
Inna ówczesna gazeta, „Ilustrowana Republika”, również informowała, że jednym z podstawowych żądań było cofnięcie 12-procentowej obniżki zarobków, a wśród pozostałych postulatów znajdowały się trepy, ubrania i mleko dla osób pracujących w szczególnie trudnych warunkach.
To ważny szczegół. Konflikt nie był wyłącznie walką o kilka groszy więcej w kopercie. Był również sporem o coś, co dzisiaj nazwalibyśmy po prostu bezpieczeństwem i higieną pracy.
O ubranie, wentylację i zdrowie
Po niemal stu latach żądanie wydawania pracownikom odzieży ochronnej może wydawać się czymś oczywistym. Wówczas nie było.
Produkcja sztucznego jedwabiu wiązała się z procesami chemicznymi i kontaktem z substancjami niebezpiecznymi. Późniejsze materiały dotyczące tomaszowskiego zakładu wspominały m.in. o problemach z wentylacją w oddziałach chemicznych i zagrożeniu zatruciami.
Co ciekawe, postulaty z kwietnia nie zniknęły wraz z zakończeniem pierwszego protestu.
W porozumieniu zawartym 1 czerwca 1933 roku pomiędzy Tomaszowską Fabryką Sztucznego Jedwabiu a związkiem zawodowym „Praca”, przy udziale przedstawicieli Ministerstwa Opieki Społecznej, bardzo szczegółowo zapisano kwestie odzieży ochronnej. Wymieniono nawet konkretne stanowiska, na których miały zostać wydane fartuchy, spodnie, komplety odzieży czy drewniane obuwie. Inspekcja pracy miała również skontrolować zabezpieczenie rąk osób pracujących przy substancjach żrących. Minimalną stawkę ustalono na 45 groszy za godzinę.
Dziś podobne kwestie nie zależą już wyłącznie od wyniku negocjacji pomiędzy załogą a przedsiębiorcą. Art. 237⁶ Kodeksu pracy nakłada na pracodawcę obowiązek nieodpłatnego dostarczania środków ochrony indywidualnej zabezpieczających przed niebezpiecznymi i szkodliwymi czynnikami, a art. 237⁷ reguluje obowiązek zapewnienia odzieży i obuwia roboczego.
To pokazuje, jak wiele rzeczy, które obecnie traktujemy jako oczywisty standard prawa pracy, kiedyś trzeba było wywalczyć.
W mieście „panował spokój”. Na razie
Relacja „Expressu Mazowieckiego” kończyła się uspokajająco. Wieczorem odbył się wiec robotników pozostających poza terenem fabryki. W Tomaszowie miało być spokojnie, a policja i służby bezpieczeństwa podjęły działania, by taki stan utrzymać.
Brzmi niemal jak ostatnie spokojne ujęcie filmu przed zmianą muzyki.
Bo kwietniowy strajk nie zakończył konfliktu.
Badania historyczne wskazują, że pierwszy protest trwał od 12 do 15 kwietnia 1933 roku i zakończył się podpisaniem porozumienia. Jednak już 6 maja pracownicy ponownie rozpoczęli strajk okupacyjny. Powodem miało być niewykonywanie wcześniejszych ustaleń oraz ograniczanie zatrudnienia.
Tym razem sytuacja była znacznie poważniejsza.
Głodówka, dzwony i nocne starcie z policją
18 maja część strajkujących rozpoczęła głodówkę. Według opracowań w proteście uczestniczyło w kolejnych jego fazach od około 2600 do nawet 3800 osób.
Prawdziwe przesilenie nastąpiło wieczorem 20 maja 1933 roku.
Około godziny 22.30 w Tomaszowie i okolicach zaczęły bić kościelne dzwony. Rozeszła się wiadomość, że policja atakuje robotników znajdujących się w fabryce. Pod zakład ruszyli mieszkańcy miasta oraz ludzie z okolicznych wsi.
Doszło do starć z policją, które według opisów trwały około trzech godzin. Policja nie użyła broni palnej, lecz m.in. pałek.
Historia, która w połowie kwietnia mieściła się w niewielkiej kolumnie gazety, miesiąc później stała się wydarzeniem o znaczeniu ogólnopolskim.
Prezydent był kilka kilometrów dalej
Całej historii dodatkowego dramatyzmu dodaje fakt, że w tym czasie w pobliskiej Spale przebywał prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki.
21 maja jego wysłannik pojawił się w Tomaszowie. Robotnicy chcieli rozmawiać z głową państwa i wysłali do Spały delegację. Początkowo Mościcki nie chciał jej przyjąć, dopóki protest nie zostanie zakończony.
Robotnicy przerwali strajk 22 maja. Tego samego dnia ich przedstawiciele spotkali się z prezydentem. Mościcki mówił o trudnym położeniu pracowników i deklarował „wsparcie moralne”. Kilka dni później, 25 maja, strajk symbolicznie zakończyła msza święta w Tomaszowie. Ostateczny protokół podpisano 1 czerwca w Ministerstwie Opieki Społecznej.
Tomaszowski strajk trafił nawet do Tuwima
Jest jeszcze jeden niezwykły epilog.
Badacz literatury prof. Tomasz Cieślak z Uniwersytetu Łódzkiego wskazuje, że wydarzenia w Tomaszowskiej Fabryce Sztucznego Jedwabiu mogły stać się bezpośrednią inspiracją dla Juliana Tuwima do napisania w czerwcu 1933 roku utworu „Powody. Piosenka na majową melodię”.
Nie byłoby w tym nic dziwnego. Tomaszów nie był dla Tuwima anonimowym punktem na mapie. Z miastem związana była jego żona Stefania, a sam poeta doskonale znał Tomaszów. W wierszu pojawiają się policja, posiłki i ironiczne „miarodajne czynniki rządowe” — obrazy, które badacz łączy właśnie z majowymi wydarzeniami pod fabryką.
Jedna mała gazeta, wielka historia miasta
Na zdjęciu pierwszej strony „Expressu Mazowieckiego” wszystko wygląda niepozornie. Kilkadziesiąt wierszy złożonych drobną czcionką. Obok śmierć ministra, wiadomości ze świata, polityka.
A jednak za zdaniem „2200 robotników nie opuszcza fabryki” kryły się tysiące konkretnych ludzkich historii.
Ktoś miał do wykarmienia dzieci. Ktoś bał się utraty pracy. Ktoś dzień po dniu wdychał opary na źle wentylowanym oddziale. Ktoś po raz pierwszy zapisał się do związku zawodowego. Ktoś został w fabryce, choć wiedział, że za bramą czeka policja.
Wiosną 1933 roku Tomaszów Mazowiecki przez kilka tygodni znalazł się w centrum jednego z najgłośniejszych konfliktów pracowniczych tamtych lat.
I choć od tamtych wydarzeń minęło ponad dziewięćdziesiąt lat, ich echo brzmi zaskakująco współcześnie. Bo zmieniają się fabryki, nazwy przedsiębiorstw i przepisy. Pytania o godną zapłatę, bezpieczeństwo pracy i cenę, jaką człowiek płaci za swój etat, pozostają właściwie te same.




Napisz komentarz
Komentarze