To jedno z tych świąt państwowych, które nie powinno rozpływać się w kalendarzu między letnimi wyjazdami, festynami i niedzielnym obiadem. Za jego nazwą kryją się bowiem tysiące spalonych domów, przymusowe kontyngenty, wywózki, egzekucje oraz rodziny, które znikały w ogniu całymi pokoleniami.
Michniów – wieś zamieniona w stos
Data 12 lipca nie została wybrana przypadkowo. Nawiązuje do rozpoczętej 12 lipca 1943 roku pacyfikacji Michniowa na Kielecczyźnie. Niemieckie oddziały otoczyły miejscowość i rozpoczęły mordowanie mieszkańców podejrzewanych o wspieranie polskiego podziemia.
Ludzi rozstrzeliwano, zabijano bagnetami i palono żywcem w stodołach oraz zabudowaniach gospodarczych. Tylko pierwszego dnia zamordowano 102 osoby. Terror trwał również następnego dnia. Michniów został niemal całkowicie spalony, a jego mieszkańcom zakazano odbudowy wsi.
Wieś stała się symbolem losu setek podobnych miejscowości. Symbolem Polski, która walczyła nie tylko w wielkich bitwach, ale także za płotem gospodarstwa, przy leśnej drodze i w stodole, gdzie nocą ukrywali się partyzanci.
Chleb dla podziemia, schronienie dla prześladowanych
Mieszkańcy wsi podczas okupacji dostarczali żywność oddziałom partyzanckim, ukrywali żołnierzy podziemia, Żydów, uciekinierów z transportów oraz osoby ścigane przez gestapo. Była to pomoc udzielana ze świadomością, że wykrycie choćby bochenka chleba przeznaczonego dla partyzantów mogło oznaczać śmierć całej rodziny.
Polska wieś była jednocześnie bezwzględnie eksploatowana przez okupanta. Rolników zmuszano do oddawania płodów rolnych i zwierząt w ramach kontyngentów. Za niewykonanie narzuconych obowiązków groziły konfiskaty, więzienie, pobicie, deportacja, a nawet egzekucja.
Według danych przywoływanych przez instytucje państwowe niemiecki terror dotknął tysiące polskich miejscowości. Co najmniej 817 wsi zostało spacyfikowanych, a ich mieszkańców mordowano, wysyłano do obozów koncentracyjnych, na roboty przymusowe oraz pozbawiano całego dobytku.
Święto ustanowione przez Sejm
Dzień Walki i Męczeństwa Wsi Polskiej został ustanowiony przez Sejm w 2017 roku. Ma być wyrazem hołdu dla mieszkańców polskich wsi za ich patriotyczną postawę podczas II wojny światowej, udział w walce z okupantem, pomoc udzielaną prześladowanym oraz zapewnianie żywności mieszkańcom miast i oddziałom podziemia.
Warto przy tym pamiętać, że pełna, ustawowa nazwa święta brzmi: Dzień Walki i Męczeństwa Wsi Polskiej. Nie chodzi zatem wyłącznie o cierpienie i ofiarę. Chodzi również o opór. O tysiące często anonimowych ludzi, którzy bez mundurów i odznaczeń uczestniczyli w wojnie, karmiąc partyzantów, przenosząc meldunki i udostępniając własne domy jako punkty kontaktowe.
Ziemia tomaszowska także zapłaciła wysoką cenę
Historia okupacji nie ominęła Tomaszowa Mazowieckiego ani okolicznych wsi. Utworzony przez Niemców powiat tomaszowski znalazł się w granicach Dystryktu Radomskiego Generalnego Gubernatorstwa. Obejmował rozległy teren, w tym setki wsi poddanych polityce kontyngentów, pracy przymusowej i represji.
Dokumenty zachowane w Archiwum Państwowym pokazują, że mieszkańców powiatu masowo wywożono na roboty do Rzeszy. Niemieckie władze prowadziły również rabunkową politykę aprowizacyjną, ograniczały przydziały żywności i bezwzględnie egzekwowały obowiązkowe dostawy płodów rolnych.
Tutejsze lasy i wsie były jednocześnie naturalnym zapleczem konspiracji. Pomoc udzielana żołnierzom podziemia oznaczała jednak nieustanne ryzyko. Każda nocna wizyta, przekazany meldunek czy posiłek mogły sprowadzić na gospodarstwo niemiecką obławę.
Pamięć o ofiarach okupacji jest w naszym regionie obecna w mogiłach, pomnikach i rodzinnych opowieściach. Archiwalne materiały dotyczą także egzekucji członków ruchu oporu dokonanej przez Niemców w listopadzie 1943 roku przy murze tomaszowskiego browaru.
Pamięć nie może być tylko rytuałem
Dzień Walki i Męczeństwa Wsi Polskiej przypomina historię ludzi, którzy bardzo często nie trafili na pierwsze strony podręczników. Nie dowodzili armiami, nie przemawiali przez radio, nie podpisywali traktatów.
Orali ziemię, wychowywali dzieci i próbowali przeżyć. A kiedy przyszła wojna, ich domy stały się szpitalami, magazynami żywności, punktami konspiracyjnymi i schronieniem dla ściganych.
Za tę pomoc płacili najwyższą cenę.
Dlatego 12 lipca warto zatrzymać się choć na chwilę. Nie tylko przed pomnikiem czy tablicą. Także przy starym gospodarstwie, przy wiejskiej mogile i przy opowieści dziadków, której kiedyś mogliśmy słuchać nieuważnie.
Bo historia polskiej wsi nie była historią stojącą na uboczu wielkiej wojny. To właśnie przez jej podwórza, pola i lasy przechodził jeden z najważniejszych frontów walki o przetrwanie narodu.



Napisz komentarz
Komentarze