Są takie lekcje historii, których nie da się zamknąć w podręczniku. Nie pachną kredą ani szkolnym korytarzem, lecz kurzem starych fotografii, chłodem kamiennych tablic, szelestem archiwalnych dokumentów i cichym głosem ludzi, którzy pamiętają jeszcze to, czego nie zdążyły zapisać kroniki. Właśnie taką lekcję odrobili uczestnicy ogólnopolskiego projektu historyczno-edukacyjnego „Pamięć miejsca, miejsca pamięci”, realizowanego przez Instytut Pileckiego.
W finale projektu, który odbył się w piątek 12 czerwca w warszawskiej siedzibie Instytutu Pileckiego, znalazło się aż 10 zespołów z Tomaszowa Mazowieckiego. To wynik, który trudno potraktować jako przypadek. Na 39 grup z całej Polski, które zaprezentowały efekty kilku miesięcy pracy, tomaszowska reprezentacja była jedną z najliczniejszych. I mówi to wiele nie tylko o szkołach, nauczycielach i młodzieży, ale również o samym mieście — o miejscu, w którym historia nie leży spokojnie pod muzealną gablotą, lecz wciąż domaga się rozmowy.
Tomaszowska reprezentacja w Warszawie
W finale wzięły udział grupy reprezentujące: ZSP nr 1, Szkołę Podstawową nr 1 im. Aleksandra Kamińskiego, ZSP nr 10, Szkołę Podstawową nr 8, ZSP nr 7, Szkołę Podstawową nr 11, Szkołę Podstawową nr 6, ZSP nr 2, Szkołę Podstawową nr 14 im. Orła Białego oraz 41. Tomaszowską Drużynę Harcerską „Astrum”.
To mocna, wielopokoleniowa i różnorodna reprezentacja. Są tu szkoły podstawowe, zespoły szkolno-przedszkolne, szkoły ponadpodstawowe i harcerze — czyli środowiska, które z natury swojej działalności potrafią łączyć edukację, pracę zespołową, służbę i odpowiedzialność za lokalną wspólnotę.
Projekt nie był konkursem w klasycznym sensie. Nie chodziło o prostą rywalizację, o podium, puchar i pamiątkowe zdjęcie. Chodziło o coś trudniejszego: o wydobycie z lokalnej przestrzeni historii, które czasem są znane tylko nielicznym, czasem przykryte warstwą codzienności, a czasem tak kruche, że wystarczy odejście ostatniego świadka, by zniknęły bezpowrotnie.
Pamięć zaczyna się blisko domu
Instytut Pileckiego zaproponował uczestnikom zadanie pozornie proste: odnaleźć lokalne miejsce pamięci, zbadać jego historię, udokumentować ją i opowiedzieć innym. W praktyce oznaczało to kilka miesięcy pracy: poszukiwania źródeł, rozmowy, porządkowanie faktów, budowanie narracji, przygotowanie prezentacji i finałowego stoiska.
Od lutego do końca maja zespoły pracowały nad wybranymi tematami, korzystając ze wsparcia ekspertów. W czerwcu przedstawiciele grup, które ukończyły projekt i przesłały sprawozdania, spotkali się w Warszawie, by zaprezentować efekty swoich działań podczas finałowej „giełdy projektów”.
To piękna nazwa — „giełda projektów” — bo przypomina, że pamięcią można się dzielić. Nie sprzedawać, nie zamykać w szufladzie, nie trzymać jak rodzinny sekret, ale właśnie wymieniać się nią, opowiadać, pokazywać, porównywać doświadczenia. Każde stoisko było małą sceną, na której lokalna historia wychodziła z cienia.
Andrzej Poczobut: pamięć jako zobowiązanie
Gościem honorowym finału był Andrzej Poczobut — dziennikarz, działacz polskiej mniejszości na Białorusi, człowiek, którego biografia w ostatnich latach stała się jednym z najbardziej poruszających symboli walki o wolność słowa i godność człowieka. Jego obecność wśród młodych ludzi badających miejsca pamięci miała wymiar szczególny. Nie był to gość „od protokołu”, lecz człowiek, który sam doświadczył ceny, jaką płaci się za wierność prawdzie.
Witając gości, p.o. dyrektora Instytutu Pileckiego Karol Madaj powiedział o Poczobucie, że to człowiek, który udowodnił, iż „wolność sumienia nie da się zamknąć w więziennej celi”. Trudno o zdanie bardziej pasujące do spotkania poświęconego pamięci. Bo pamięć, jeśli jest uczciwa, też bywa niepokorna. Nie pozwala wygładzić przeszłości, przemilczeć ofiar, zamienić dramatu w wygodną dekorację.
Andrzej Poczobut, zwracając się do uczestników, przypomniał, że ci, którzy przeżyli doświadczenie obu totalitaryzmów, w większości nie mogą już opowiedzieć swojej historii. Została po nich pamięć. I dlatego — mówił — jeśli chcemy, by pamiętano o nas, sami powinniśmy pamiętać o tych, którzy byli przed nami.
To zdanie mogłoby być mottem całego projektu. Brzmi jak echo Herberta, który w „Przesłaniu Pana Cogito” kazał iść „wyprostowanym wśród tych, co na kolanach”. Ale brzmi też jak zwykła, codzienna instrukcja dla lokalnej wspólnoty: zobacz, co masz pod stopami; zapytaj, kto mieszkał tu przed tobą; sprawdź, dlaczego ta tablica wisi właśnie tu; nie przechodź obojętnie.
Tomaszów ma swoją trudną mapę pamięci
Dla Tomaszowa Mazowieckiego taki projekt nie jest abstrakcją. Miasto ma własną, bolesną topografię XX wieku. Są miejsca związane z okupacją niemiecką, z historią tomaszowskich Żydów, z likwidacją getta, z działalnością konspiracyjną, z egzekucjami i represjami. Są nazwiska, które powinny wracać nie tylko przy okazji rocznic.
Jedną z takich postaci jest Karolina Juszczykowska, tomaszowianka skazana przez Niemców na śmierć za ukrywanie Żydów. Jej historia została przywrócona pamięci w ramach programu „Zawołani po imieniu” Instytutu Pileckiego. To opowieść niełatwa, daleka od spiżowego patosu. Jest w niej bieda, strach, dramat okupacyjnej codzienności i decyzja, która kosztowała życie. Właśnie takie historie najczęściej uczą najmocniej, bo pokazują, że wielka historia nie zawsze przychodzi w mundurze i z fanfarami. Czasem schodzi do piwnicy, puka do drzwi i pyta, czy człowiek pozostanie człowiekiem.
Tomaszów pamięta również o zagładzie swojej społeczności żydowskiej. Getto tomaszowskie zostało utworzone przez Niemców w czasie II wojny światowej, a jego likwidacja pod koniec 1942 roku oznaczała śmierć wielu osób na miejscu i deportacje do obozów zagłady. To rana w historii miasta, która nie powinna zarastać milczeniem. Każdy projekt, każda szkolna prezentacja, każda rozmowa z mieszkańcami jest więc czymś więcej niż zadaniem edukacyjnym. Jest próbą przywrócenia twarzy ludziom, których totalitaryzm próbował sprowadzić do liczby.
Historia nie kończy się na dyplomie
Podczas warszawskiego finału zespoły prezentowały swoje prace na indywidualnych stoiskach. Odwiedzali je inni uczestnicy, eksperci i zaproszeni goście. Rozmawiano o metodach dokumentacji, sposobach opowiadania historii i o tym, co zrobić, by projekty nie skończyły się wraz z wręczeniem dyplomów.
To szczególnie ważne. Lokalna pamięć bardzo często przegrywa nie dlatego, że ktoś z nią walczy. Przegrywa ciszej — przez zaniedbanie, brak czasu, brak dokumentów, brak przekazania opowieści dalej. Przegrywa, gdy tablica rdzewieje, zdjęcia lądują na strychu, a świadek odchodzi, zanim ktokolwiek włączy dyktafon.
Dlatego sens takich działań polega na kontynuacji. Dokumentacja powinna trafić tam, gdzie będą mogli z niej korzystać kolejni mieszkańcy: do bibliotek, szkół, muzeów, izb pamięci, lokalnych archiwów. W idealnym świecie każda grupa po powrocie z Warszawy mogłaby pokazać efekty swojej pracy także w Tomaszowie — rodzicom, rówieśnikom, seniorom, radnym, nauczycielom, mieszkańcom osiedli, których te historie dotyczą.
Wyróżnienie dla grupy ze Zgorzelca
Podczas finału przyznano specjalne wyróżnienie zwycięzcom plebiscytu na najciekawsze stoisko „giełdy projektów”. Otrzymała je grupa „Poszukiwacze historycznych śladów” z Liceum Ogólnokształcącego Cogito z Oddziałami Dwujęzycznymi ze Zgorzelca, pracująca pod opieką nauczycielki języka polskiego Aleksandry Pietrańczyk.
Zespół zajął się tematem niemieckiego przejściowego obozu dla Żydów w Prędocicach. To przykład pracy, która wymagała nie tylko przygotowania prezentacji, ale prawdziwego śledztwa historycznego. Uczestnicy musieli zmierzyć się między innymi z ustaleniem położenia dawnego obozu. Właśnie takie działania pokazują, że edukacja historyczna może być fascynująca jak reportaż, wymagająca jak dochodzenie i przejmująca jak najlepsze kino dokumentalne.
Eksperci, którzy pomagali czytać ślady
W finale uczestniczyli eksperci związani z Instytutem Pileckiego i instytucjami pamięci. Wśród nich znaleźli się m.in. Karolina Kolbuszewska, dyrektorka Muzeum Domu Pileckich w Ostrowi Mazowieckiej, Karol Madaj, p.o. dyrektora Instytutu Pileckiego, Łukasz Mieszkowski, zastępca dyrektora Instytutu, Wojciech Saramonowicz, kierownik Działu Historii Mówionej i Produkcji Filmowych, Jacek Staniszewski, Anna Stróż-Pawłowska, Marcin Urbanek oraz Jadwiga Wędrychowicz, opiekunka miejsc pamięci w Bieczu związanych z historią jej dziadka, Józefa Pruchniewicza, upamiętnionego w programie „Zawołani po imieniu”.
To ważne, bo młodzi uczestnicy dostali nie tylko pochwały, ale też rozmowę z ludźmi, którzy zawodowo zajmują się pamięcią: dokumentowaniem, filmem, historią mówioną, muzealnictwem, projektowaniem upamiętnień. Innymi słowy — zobaczyli, że pamięć to nie tylko emocja. To także warsztat, odpowiedzialność, metoda i uczciwość wobec faktów.
Prawo chroni miejsca, ale pamięć chronią ludzie
Warto przy tej okazji przypomnieć, że część miejsc pamięci może podlegać formalnej ochronie prawnej — choćby na podstawie przepisów dotyczących ochrony zabytków i opieki nad zabytkami, a w przypadku grobów wojennych także regulacji o grobach i cmentarzach wojennych. Prawo jest jednak dopiero ostatnią linią obrony. Pierwszą są mieszkańcy.
To oni zauważają, że tablica wymaga odnowienia. To oni pamiętają, że pod tym domem kogoś aresztowano. To oni wiedzą, że za pozornie zwyczajną nazwą ulicy kryje się dramat, bohaterstwo albo zapomniana biografia. I to oni mogą sprawić, że młodzi ludzie nie będą traktować własnego miasta jak przypadkowego punktu na mapie, lecz jak opowieść, którą warto czytać uważnie.
Tomaszów zdał ważny egzamin
Udział aż 10 tomaszowskich grup w finale ogólnopolskiego projektu Instytutu Pileckiego jest powodem do dumy. Ale jeszcze bardziej — zobowiązaniem. Bo skoro młodzi ludzie, nauczyciele i harcerze wykonali tę pracę, warto teraz zadbać, by jej efekt nie zniknął po jednym wydarzeniu w Warszawie.
Tomaszów Mazowiecki potrzebuje takich działań. Nie po to, by żyć wyłącznie przeszłością, ale by lepiej rozumieć teraźniejszość. Miasto bez pamięci staje się dekoracją. Miasto z pamięcią — nawet trudną, bolesną, nie zawsze wygodną — staje się wspólnotą.
A jeśli w tej wspólnocie uczniowie potrafią szukać śladów, rozmawiać ze świadkami, pracować z dokumentami i opowiadać historię innym, to znaczy, że pamięć nie jest martwym kamieniem. Jest żywym ogniem. Trzeba tylko pilnować, by nie zgasł.




Komentarze