Z analiz przedstawianych podczas debat o opłatach wynika, że przy dotychczasowych stawkach wpływy w 2026 r. miałyby sięgnąć ok. 12,2 mln zł, podczas gdy koszty systemu szacowano na ponad 18 mln zł. W praktyce oznacza to presję na podwyżki oraz zmiany sposobu naliczania opłat – zwłaszcza w budynkach wielolokalowych.
„Od osoby” kontra „od wody”
W projekcie zmian, szeroko opisywanym w lokalnych mediach, pojawiły się dwie ścieżki: dla domów jednorodzinnych stawka liczona „od osoby”, a dla bloków – uzależnienie opłaty od zużycia wody. W materiałach dotyczących nowych zasad padały kwoty rzędu 29,90 zł od osoby (zabudowa jednorodzinna) oraz 11,10 zł za 1 m³ wody (zabudowa wielolokalowa), przy czym brak segregacji oznaczałby stawki podwojone.
Zwolennicy zmiany przekonują, że to próba „uszczelnienia” systemu – bo część mieszkańców ma nie ponosić opłat, a koszty i tak wracają do tych, którzy płacą regularnie. Krytycy obawiają się jednak, że metoda „od wody” uderzy także w gospodarstwa, które zużywają jej więcej nie dlatego, że „produkują więcej śmieci”, lecz np. ze względów zdrowotnych czy rodzinnych.
Problem, który wraca jak bumerang: gdzie wozić odpady?
W tle sporu o stawki jest rzecz bardziej podstawowa: gdzie finalnie trafiają tomaszowskie odpady. Z końcówki 2025 r. płynęły informacje, że miasto szukało miejsca zagospodarowania odpadów na 2026 r., a pierwszy przetarg zakończył się fiaskiem – oferty miały być znacząco droższe od założeń. Wskazywano też, że odpady są wywożone m.in. na składowisko w okolicach Rawy Mazowieckiej.
Im dalej trzeba odpady transportować i im droższe są usługi ich zagospodarowania, tym łatwiej o skok kosztów – zwłaszcza gdy rosną ceny paliwa, energii oraz samego procesu recyklingu.
Składowisko sprzed lat: ambicja, protesty i „spółka, której już nie ma”
Dziś w Tomaszowie często słyszy się argument: „miasto nie ma własnego wysypiska”. To hasło ma jednak swoją historię. Lokalne publikacje przypominają, że w latach 90. powołano spółkę związaną ze składowiskiem w rejonie Lubochnia Górki – przedsięwzięcie, które od początku budziło emocje, w tym protesty przeciwko lokalizacji.
Z rejestrów firm wynika, że działał podmiot Zakład Zagospodarowania Odpadów Lubochnia Górki sp. z o.o., w którym udziałowcami byli Solucom Polska oraz Gmina Miasto Tomaszów Mazowiecki (w dostępnych zestawieniach pojawia się także informacja o późniejszym wykreśleniu spółki z rejestru).
W uproszczeniu: powstał projekt, który miał dać miastu stabilność na lata, ale w pewnym momencie ciągłość zarządzania i odpowiedzialności zaczęła się rozmywać – i to właśnie ta „instytucjonalna luka” wraca dziś w rozmowach o kosztach.
Rekultywacja: rachunek odłożony w czasie
Składowisko nie kończy się w dniu, w którym zabraknie na nim miejsca. Po wypełnieniu zaczyna się etap, który potrafi trwać latami: rekultywacja, zabezpieczenie terenu, kontrola odcieków i gazów składowiskowych, monitoring środowiskowy. W wielu miastach to właśnie ten długi „ogon kosztów” staje się problemem – zwłaszcza gdy zmieniają się właściciele, operatorzy albo gdy dokumentacja sprzed dekad okazuje się niepełna.
W lokalnych opisach wprost pojawia się też drugi wątek: stare wysypisko, którego rekultywacja – według relacji – przewija się w planach od bardzo dawna, a temat wraca falami przy kolejnych dyskusjach o odpadach i środowisku.
Co dalej?
Na dziś widać trzy kierunki, które – niezależnie od politycznych sporów – będą decydować o tym, ile mieszkańcy zapłacą za odpady:
- koszt zagospodarowania odpadów poza miastem (przetargi i odległość transportu),
- system naliczania opłat i to, czy faktycznie ograniczy „ucieczkę” od płacenia,
- stan i przyszłość infrastruktury – w tym długofalowe koszty rekultywacji oraz rozliczeń za decyzje sprzed lat.
W praktyce Tomaszów Mazowiecki mierzy się z typowym dylematem wielu polskich miast: jak utrzymać system, który ma się bilansować, kiedy rosną koszty, a najdroższe elementy łańcucha – składowanie i przetwarzanie – zależą od zewnętrznego rynku i dawnych decyzji infrastrukturalnych.
Co wiemy / czego nie wiemy – w skrócie
Co wiemy: według danych prezentowanych publicznie system odbioru odpadów w Tomaszowie ma rosnącą lukę między wpływami a kosztami, a miasto szukało wykonawców zagospodarowania odpadów na 2026 r. po nieudanym pierwszym przetargu. W tle jest też spór o sposób naliczania opłat (od osoby vs. od zużycia wody) oraz argument władz, że brak własnego składowiska zwiększa koszty transportu i obsługi.
Czego nie wiemy: jaka dokładnie część wzrostu kosztów wynika z transportu, a jaka z cen samego zagospodarowania odpadów; jakie są realne koszty „długiego ogona” – czyli rekultywacji i wieloletniego monitoringu terenów po składowiskach; i czy w perspektywie kilku lat miasto ma szansę wrócić do bardziej lokalnych rozwiązań, czy będzie na stałe uzależnione od instalacji poza Tomaszowem.
O co pytają mieszkańcy: dlaczego miasto utraciło kontrolę nad dawnymi planami składowiskowymi, kto poniesie koszty rekultywacji po wypełnieniu obiektów, oraz czy nowe zasady naliczania opłat będą „sprawiedliwe” dla rodzin i mieszkańców bloków – zwłaszcza tych, którzy nie mają wpływu na to, ile osób jest faktycznie zameldowanych lub mieszkających w sąsiednich lokalach.


























































Napisz komentarz
Komentarze