Składka zdrowotna: obietnice „na korzyść podatników”, a w tle powrót rozmów o podwyżkach. Jak to wyglądało w 1933 roku?
Dyskusja o tym, ile płacimy na ochronę zdrowia i co realnie dostajemy w zamian, nie jest w Polsce żadną nowością. Toczy się praktycznie od momentu, gdy w II Rzeczpospolitej zaczęto budować nowoczesne instytucje ubezpieczeniowe. Dziś wraca ze zdwojoną siłą, bo temat składki zdrowotnej był jednym z głośniejszych w ostatniej kampanii wyborczej. Politycy obiecywali zmiany „na korzyść podatników”, a tymczasem mija prawie trzy lata, a zamiast ulgi wiele osób słyszy o kolejnych kosztach i coraz częściej… idzie prywatnie, bo „na NFZ” czeka się zbyt długo.
Żeby zobaczyć, jak bardzo pewne mechanizmy są w Polsce stałe, warto cofnąć się o blisko sto lat. „Express Mazowiecki” z 15 października 1933 roku opisuje funkcjonowanie Kas Chorych już po ich przeorganizowaniu na okręgowe Kasy. Zmieniły się nazwy instytucji, zmienił się ustrój, zmieniła się medycyna – ale zaskakująco znajomo brzmią pytania o pieniądze, dostępność i sens całego systemu.
Już wtedy w oczy kłuł udział kosztów „biurowych” w całości wydatków. Gazeta notowała wprost: „Jak widać, stosunek kosztów administracyjnych do ogółu wydatków przedstawia się wcale pokaźnie”. Dalej pada jeszcze mocniejsza diagnoza, podszyta kryzysem gospodarczym i bezrobociem: „Na ogół biorąc działalność Kas Chorych w 1932 roku, zilustrowana przytoczonymi danymi, uległa w stosunku do lat poprzednich bardzo znacznemu ograniczeniu i zmniejszeniu”.

„Express” przytaczał twarde liczby. Na terenie państwa działało wówczas „61 Kas”, a „dochody wszystkich tych Kas w roku ubiegłym dosięgły olbrzymiej sumy 213.033.684 złote, która stanowi około 10 proc. budżetu całego Państwa”. Zwracano uwagę, że największa część składek pochodziła z województw centralnych, a najniższe wpływy z terenów słabo uprzemysłowionych. Autorzy podkreślali też ogromne różnice w obciążeniach: „Całkiem inaczej kształtuje się przeciętna składka na jednego ubezpieczonego”, po czym wyliczano regiony, wskazując, gdzie przeciętna składka jest najwyższa.
Brzmi jak opis dzisiejszych napięć między „centrum” a peryferiami, między dużymi ośrodkami a regionami gorzej dofinansowanymi. I jak dzisiejszy spór o to, czy składka jest „sprawiedliwa” i czy daje równy dostęp do leczenia.
Ciekawe jest również to, jak gazeta opisywała relację między wpływami a świadczeniami. Z jednej strony zaznaczano, że w kryzysie „poczynając od 1930 roku dochody Kas Chorych stale się zmniejszały”, a równocześnie spadała liczba ubezpieczonych. I tu pojawia się zdanie, które brzmi jak komentarz do współczesnych tabel w Excelu: „Wobec jednak równoczesnego spadku liczby ubezpieczonych, zmniejszenie dochodów Kas Chorych nie posiada większego wpływu na rozmiary i jakość świadczeń, wskutek proporcjonalnego zmniejszania się liczby tych świadczeń”. Po czym autor natychmiast dodaje: „W praktyce dzieje się jednak często inaczej”.
Właśnie to „często inaczej” jest kluczem – wtedy i dziś. Na papierze wszystko potrafi się zgadzać, a życie i tak rozsadza system od środka: kolejki, braki kadrowe, zatory finansowe, niedoszacowane kontrakty, frustracja pacjentów i lekarzy.
„Express Mazowiecki” rozpisywał, na co idą pieniądze. Największą pozycją były koszty związane z leczeniem: „Największą pozycję w wydatkach na pomoc leczniczą, ściśle biorąc pensje lekarzy i personelu pomocniczego, stanowi suma 48.475.520 zł”. Dalej pojawiają się „koszty wydawanych lekarstw i środków opatrunkowych w sumie 27.794.303 zł” oraz „koszty leczenia ubezpieczonych w szpitalach w sumie 31.930.800 zł”. Na koniec gazeta wylicza „koszty administracji” ujęte w kilku pozycjach.
To bardzo „dzisiejszy” schemat: płace, leki, szpitale, administracja. Niezależnie od epoki, system ochrony zdrowia jest po prostu ogromną maszyną finansową – i jeśli choć jeden trybik zaczyna zgrzytać, napięcie natychmiast przenosi się na pacjenta.
A pacjent 2026 roku ma do tego jeszcze jedno doświadczenie: rosnące poczucie, że aby leczyć się na czas, trzeba dopłacić z własnej kieszeni. Coraz więcej osób umawia wizyty prywatnie, nawet jeśli formalnie płaci składkę i „ma ubezpieczenie”. W tle jest też proza budżetowa. W przestrzeni publicznej regularnie wraca temat luki w finansowaniu NFZ i konieczności dokładania do systemu miliardów z budżetu państwa, co napędza rozmowy o kolejnych zmianach i opłatach.
Równolegle dzieją się rzeczy, które przeciętny podatnik odczuwa natychmiast – jak wysokość samej składki. W 2026 roku przedsiębiorcy słyszą wprost: minimalna składka zdrowotna jest wyższa niż rok wcześniej, bo rośnie wraz z podstawą powiązaną z płacą minimalną. I tu wraca dobrze znany polityczny zgrzyt: skoro miało być „lżej”, a robi się „drożej”, to zaufanie do obietnic siada, a społeczne emocje rosną.
W 1933 roku gazeta pisała o „olbrzymich sumach” i „pokaźnych” kosztach administracyjnych. W 2026 roku mamy inne kwoty, inną skalę i inną medycynę, ale ten sam odruch społeczny: sprawdzamy, czy pieniądze przekładają się na realny dostęp. Jeśli nie – ludzie idą prywatnie, oszczędzają na badaniach, odkładają leczenie, a wściekłość rośnie, bo system zaczyna wyglądać jak obowiązkowy rachunek, a nie wspólne ubezpieczenie.
I może dlatego tekst sprzed niemal wieku tak mocno wybrzmiewa dzisiaj. „Express Mazowiecki” nie pisał o „reformie NFZ”, „pakiecie kolejkowym” czy „koordynowanej opiece”, ale w jednym miejscu uchwycił sedno w sposób, który nie zestarzał się ani trochę: na papierze można wykazać proporcje, spadki i bilanse – „w praktyce dzieje się jednak często inaczej”. Właśnie w tej praktyce, w gabinecie i w kolejce, Polacy od pokoleń sprawdzają, czy składka zdrowotna jest ubezpieczeniem, czy tylko obowiązkową daniną.





























































Napisz komentarz
Komentarze