Przed krakowskim sądem toczy się proces, w którym Janusz Szymik domaga się 20 mln zł zadośćuczynienia od Archidiecezji Krakowskiej oraz parafii w Międzybrodziu Bialskim. Mężczyzna wskazuje, że w latach 1984–1989, jako dziecko i ministrant, był wielokrotnie wykorzystywany seksualnie przez ówczesnego proboszcza, ks. Jana W.
Proces nie dotyczy już wyłącznie pytania, czy krzywda miała miejsce. W poprzednim postępowaniu Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej nie miał wątpliwości, że Janusz Szymik został wielokrotnie wykorzystany seksualnie. Przyznał mu 400 tys. zł zadośćuczynienia od Diecezji Bielsko-Żywieckiej za brak właściwej reakcji na jego zawiadomienia. Sąd wskazał jednocześnie, że odpowiedzialność za czyny duchownego z okresu, gdy parafia należała do Archidiecezji Krakowskiej, powinna być badana właśnie w odniesieniu do tej archidiecezji.
Dzisiejsze pytanie brzmi zatem inaczej: kto odpowiada za to, że człowiek występujący w sutannie, wyposażony w kościelny autorytet i władzę nad dzieckiem, mógł przez lata dopuszczać się przestępczych zachowań?
„Miałem inne sprawy”
Kardynał Stanisław Dziwisz zeznał, że przez 27 lat był osobistym sekretarzem Jana Pawła II i nie interesował się tym, co działo się w Archidiecezji Krakowskiej, ponieważ miał inne obowiązki. Przyznał, że ks. Jana W. kojarzył, lecz nie utrzymywał z nim osobistych ani towarzyskich kontaktów. Twierdził również, że o sprawie Janusza Szymika dowiedział się z prasy, a o zarzutach dotyczących duchownego usłyszał dopiero w 2022 roku.
Formalnie takie zeznania mogą być prawdziwe. Można przecież rzeczywiście nie wiedzieć, nie pamiętać albo nie mieć bezpośredniego dostępu do informacji.
Problem polega na tym, że w sprawach kościelnych nadużyć seksualnych „nie wiedziałem” przestało być niewinnym zdaniem. Stało się częścią całego systemu obronnego. Konstrukcją, w której każdy znał tylko fragment, nikt nie widział całości, dokumenty krążyły w zamkniętym obiegu, sprawców przenoszono, a skrzywdzeni ludzie odbijali się od kolejnych drzwi.
Jeden biskup nie wiedział, co robił proboszcz. Drugi nie wiedział, dlaczego księdza przeniesiono. Sekretarz nie wiedział, co wiedział metropolita. Metropolita nie pytał, co wiedział sekretarz. Kuria nie wiedziała, co wie bezpieka. A kiedy po kilkudziesięciu latach pojawia się sąd, wszyscy pamiętają przede wszystkim to, czego nie pamiętają.
To nie jest już tylko kwestia osobistej pamięci kardynała. To pytanie o kulturę instytucji, w której brak wiedzy przez dziesięciolecia działał na korzyść sprawców, nigdy zaś na korzyść ofiar.
Ofiara chciała spotkania. Kardynał nie chciał adwokata
Szczególnie wymowny jest fragment zeznań dotyczący próby spotkania Janusza Szymika z kardynałem Dziwiszem. Hierarcha miał zgodzić się na rozmowę „jako duszpasterz”, lecz wycofał zgodę, gdy dowiedział się, że pokrzywdzony chce przyjść z adwokatem.
To zdarzenie jest niemal symbolicznym obrazem stosunku Kościoła do ofiar.
Rozmowa religijna – tak. Rozmowa w obecności prawnika – nie.
Ofiara może przyjść jako penitent, człowiek szukający duchowego pocieszenia, może opowiedzieć o bólu i traumie. Kiedy jednak pojawia się pełnomocnik, dokumenty, odpowiedzialność prawna i pytanie o pieniądze, kończy się duszpasterska otwartość.
A przecież człowiek skrzywdzony przez osobę duchowną ma pełne prawo nie ufać kościelnym gabinetom. Ma prawo przyjść z adwokatem. Ma prawo oczekiwać, że rozmowa nie rozpłynie się w zapewnieniach o modlitwie, współczuciu i pojednaniu.
Adwokat nie jest przeszkodą w rozmowie. Jest gwarancją, że słabsza strona nie pozostanie ponownie sama wobec potężnej instytucji.
Plaża sprzed pół wieku i pamięć wybiórcza
Pełnomocnicy Janusza Szymika pokazali kardynałowi archiwalne fotografie przedstawiające księży wypoczywających na plaży. Dziwisz odpowiedział, że nie był tam z ks. Janem W., choć duchowny mógł znajdować się w grupie kleryków. Dodał, że pytanie o rozpoznawanie ludzi po 50 latach jest zaskakujące.
Trudno nie przyznać, że po pół wieku pamięć bywa zawodna. Samo zdjęcie z grupowego wyjazdu nie jest również dowodem wiedzy o przestępstwach.
Jednocześnie fotografia burzy wygodny obraz całkowicie obcych sobie ludzi. Pokazuje środowisko, które znało się, spotykało, wspólnie pracowało i odpoczywało. Nie przesądza o odpowiedzialności, ale przypomina, że Kościół nie był zbiorem samotnych wysp. Był zwartą strukturą, w której kariery duchownych, przeniesienia, nominacje i relacje osobiste miały ogromne znaczenie.
Dlatego sąd ma prawo pytać. Nawet po 50 latach. Zwłaszcza że ofiara od 50 lat nie może zapomnieć tego, co ją spotkało.
Nagle pojawia się bezpieka
Pełnomocnicy pozwanych podnieśli również kwestię współpracy ks. Jana W. ze Służbą Bezpieczeństwa. Złożyli wniosek o przypozwanie Skarbu Państwa, argumentując, że komunistyczne służby mogły posiadać wiedzę o skłonnościach i czynach księdza, lecz zamiast go ścigać, wykorzystały te informacje do szantażu i werbunku.
Jeśli aparat bezpieczeństwa rzeczywiście wiedział o przestępstwach seksualnych wobec dziecka i wykorzystywał tę wiedzę operacyjnie, byłoby to zachowanie odrażające i wymagające pełnego wyjaśnienia.
Nie może ono jednak stać się wygodnym wehikułem do przerzucenia odpowiedzialności.
Nawet gdyby bezpieka chroniła duchownego ze względu na jego agenturalną przydatność, nie odpowiada to na podstawowe pytanie: co robiły władze kościelne? Kto mianował księdza proboszczem? Kto sprawował nad nim nadzór? Kto przyjmował informacje o jego zachowaniu? Kto miał obowiązek chronić dzieci znajdujące się pod opieką parafii?
Służba Bezpieczeństwa nie mianowała proboszczów i nie prowadziła parafii. Nie odbierała też Kościołowi odpowiedzialności za własnych duchownych.
Próba sprowadzenia sporu do opowieści o komunistycznej prowokacji byłaby więc kolejnym aktem znanej sztuki: Kościół zawsze okazuje się ofiarą, nawet wtedy, gdy przed sądem stoi człowiek skrzywdzony przez księdza.
Sutanna nie może być tarczą od odpowiedzialności
Podstawą odpowiedzialności instytucji kościelnych mogą być między innymi przepisy Kodeksu cywilnego dotyczące odpowiedzialności zwierzchnika za szkodę wyrządzoną przez podwładnego przy wykonywaniu powierzonych mu czynności. Zgodnie z art. 430 Kodeksu cywilnego ten, kto na własny rachunek powierza wykonanie czynności osobie podlegającej jego kierownictwu, może odpowiadać za szkodę wyrządzoną z winy tej osoby.
W orzecznictwie Sądu Najwyższego dopuszczano możliwość uznania podmiotów kościelnych za odpowiedzialne za działania duchownego, choć dokładny zakres tej odpowiedzialności i związek czynu z powierzonymi obowiązkami pozostają przedmiotem sporów prawniczych.
To właśnie dlatego krakowski proces jest tak ważny. Nie chodzi wyłącznie o 20 mln zł, choć kwota przykuwa uwagę. Chodzi o zasadę: czy instytucja może korzystać z autorytetu księdza, posyłać go do dzieci, powierzać mu parafię i władzę duszpasterską, a później twierdzić, że jego czyny były wyłącznie prywatną sprawą sprawcy?
Gdy ksiądz zbiera pieniądze, naucza, organizuje życie parafii i reprezentuje Kościół, instytucja nie ma wątpliwości, że działa on w jej imieniu. Kiedy ten sam ksiądz krzywdzi dziecko, nagle staje się samotnym człowiekiem, za którego nikt nie odpowiada.
Taka logika jest nie tylko moralnie odrażająca. Jest również coraz częściej kwestionowana przez sądy.
Dwadzieścia milionów to nie cena dzieciństwa
Zapewne pojawią się głosy, że 20 mln zł to kwota przesadzona. Że próbuje się „zarobić na Kościele”. Że zadośćuczynienie powinno mieć rozsądne granice.
Warto więc jasno powiedzieć: zadośćuczynienie nie jest nagrodą ani wygraną na loterii. Nie przywraca dzieciństwa. Nie usuwa traumy. Nie cofa lat milczenia, bezradności, wstydu i życia z pamięcią o przemocy.
Sąd oceni rozmiar krzywdy, jej skutki oraz adekwatną wysokość świadczenia. Może zasądzić całą żądaną sumę, jej część albo oddalić roszczenie wobec konkretnego pozwanego. Tego dziś nie wiemy.
Wiemy natomiast, że przez dziesięciolecia cenę płaciła przede wszystkim ofiara. Instytucje mogły milczeć, przekładać dokumenty, zmieniać ordynariuszy i czekać, aż sprawa zniknie wraz z pamięcią świadków. Janusz Szymik nie miał takiego komfortu.
Największym skandalem nie jest to, że kardynał nie pamięta
Największym skandalem nie jest nawet to, że kardynał Dziwisz odpowiadał przed sądem: „nie wiem”, „nie pamiętam”, „nie interesowałem się”.
Największym skandalem jest to, że przez dziesięciolecia brak wiedzy był w Kościele traktowany jak usprawiedliwienie, a nie jak dowód katastrofalnego braku nadzoru.
Jeżeli hierarchowie naprawdę niczego nie wiedzieli, oznacza to, że system ochrony dzieci praktycznie nie istniał.
Jeżeli wiedzieli i milczeli, odpowiedzialność jest jeszcze cięższa.
W obu przypadkach rachunek moralny pozostaje ten sam.
Kościół przez lata żądał od wiernych rachunku sumienia. Dziś sam musi go zdać przed świeckim sądem – nie w konfesjonale, nie za zamkniętymi drzwiami kurii i nie podczas „rozmowy religijnej” bez obecności adwokata.
Tym razem nie wystarczy powiedzieć: nie wiedziałem.



Napisz komentarz
Komentarze