Devilhead – „Your Ice Cream’s Dirty”. Brudne lody, rodzinne duchy i muzyka, której Seattle nie potrafiło oswoić
Wyobraźmy sobie, że Tom Waits otwiera niewielką lodziarnię na przedmieściach Seattle. Za ladą stoi Syd Barrett, który zamiast wydawać resztę, opowiada klientom o różowych słoniach. Marc Bolan próbuje naprawić zepsutą szafę grającą, a w piwnicy kilku muzyków urządza próbę, podczas której nikt nie jest pewien, czy powstaje rockowy przebój, czy właśnie rozpada się zespół. Nad wejściem wisi szyld „Your Ice Cream’s Dirty” – „Twoje lody są brudne”. Nikt nie wie, czy to ostrzeżenie, żart, czy może najuczciwsza reklama w historii muzyki alternatywnej. Tak właśnie wyobrażam sobie świat Devilhead, zespołu, który pojawił się w Seattle w chwili, gdy grunge przestawał być buntem, a zaczynał przynosić ogromne pieniądze. Bracia Brian i Kevin Wood mieli wszystkie powody, by nagrać album przypominający Mother Love Bone albo Pearl Jam. Zamiast tego stworzyli muzykę nieprzewidywalną, chwilami groteskową, miejscami irytującą, lecz pełną osobliwego uroku. Płytę, która brzmi raz jak punkowy napad złości, innym razem jak pijacka ballada albo zagubiony psychodeliczny singiel z 1967 roku.
Dzisiaj, 07:12