Seattle po śmierci legendy. Trudno dorastać w cieniu Andrew Wooda
Żeby zrozumieć „Your Ice Cream’s Dirty” zespołu Devilhead, trzeba cofnąć się do początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy Seattle nie było jeszcze światową stolicą gitarowego rocka, choć posiadało już niezwykle bogatą scenę muzyczną. Green River, Soundgarden, Mudhoney i Melvins rozwijali własne odmiany ciężkiego grania, łącząc punk, hard rock, metal i psychodelię. Szczególne miejsce zajmował w tym środowisku Andrew Wood, wokalista Malfunkshun i Mother Love Bone, postać ekstrawagancka, teatralna, zakochana w glam rocku, bliższa sceniczną osobowością Freddiemu Mercury’emu i Marcowi Bolanowi niż późniejszemu stereotypowi grunge'owego frontmana. Jego śmierć w marcu 1990 roku zakończyła historię Mother Love Bone, ale stała się również jednym z wydarzeń poprzedzających narodziny Pearl Jam. Stone Gossard i Jeff Ament rozpoczęli nowy rozdział, który miał całkowicie zmienić pejzaż amerykańskiego rocka. Znacznie rzadziej wspomina się jednak o dwóch braciach Andrew – Brianie i Kevinie Woodach.
Devilhead powstali w 1993 roku, a wydany 25 października 1994 roku „Your Ice Cream’s Dirty” stał się ich debiutanckim albumem. Płyta ukazała się dzięki Loosegroove Records, wytwórni współtworzonej między innymi przez Stone'a Gossarda i Regana Hagara. Kevin miał za sobą działalność w Malfunkshun, natomiast Brian związany był z Fire Ants i Hater. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nad muzyką braci od początku unosił się duch Andrew Wooda. Nie oznacza to bezpośredniego naśladownictwa, lecz ciężar rodzinnej historii i oczekiwań. Jak tworzyć własną muzykę, kiedy nazwisko natychmiast przypomina postać otoczoną legendą? To sytuacja przypominająca bohaterów powieści Williama Faulknera, próbujących wyrwać się z historii własnych rodzin. Przeszłość staje się niewidzialnym uczestnikiem każdej decyzji. A jednak Brian Wood nie próbował zostać drugim Andrew. Jego głos jest bardziej chropowaty, mniej efektowny, chwilami niemal demonstracyjnie niedoskonały. Tam, gdzie Andrew wkraczał na scenę jak bohater musicalu, Brian przypomina człowieka, który przypadkowo znalazł mikrofon w barze i postanowił sprawdzić, czy jeszcze pamięta melodię.
Grunge, psychodelia i muzyczny absurd. Devilhead wymykają się klasyfikacjom
Określenie Devilhead jako zespołu grunge'owego z Seattle jest wygodne, ale niewystarczające. Owszem, gitary bywają ciężkie, produkcja szorstka, a rytmika korzysta z rozwiązań charakterystycznych dla rocka alternatywnego początku lat dziewięćdziesiątych. Jednak muzyka braci Wood znacznie szerzej sięga do amerykańskiej tradycji rockowej. Słychać tutaj punk, garażowy rock, psychodelię, blues, hard rock i coś, co najchętniej nazwałbym kabaretową odmianą muzycznego absurdu. To trochę tak, jakby Alice in Chains spotkali przy barze The Stooges, a właściciel lokalu uparł się, że pomiędzy kolejnymi utworami trzeba koniecznie zagrać balladę Kevina Ayersa. Pod tym względem Devilhead przypominają Royal Trux, Butthole Surfers czy chwilami Ween – zespoły traktujące historię rocka jak magazyn rekwizytów, z którego można wyjąć niemal dowolny element i wykorzystać go w sposób sprzeczny z pierwotnym przeznaczeniem.
Album „Your Ice Cream’s Dirty” nagrano w Soundhouse Recording w Seattle. W sesjach uczestniczyli między innymi gitarzysta John McBain, wcześniej współpracujący z Monster Magnet i Hater, basista John Waterman oraz Shawn Smith, którego partie fortepianu nadają wybranym kompozycjom melancholijną barwę. Ważną rolę w realizacji odegrał Rick Senechal, a mastering przygotował Bob Ludwig. Mimo obecności doświadczonych muzyków i realizatorów powstała płyta zaskakująco surowa, niekiedy sprawiająca wrażenie świadomie niedopracowanej. Nie jest to jednak wyłącznie kwestia technicznej jakości nagrania. Muzycy pozostawili w materiale pęknięcia, stylistyczne kolizje i niedoskonałości, które często nadają mu osobliwy charakter. Czasami tworzą wartość artystyczną, innym razem zwyczajnie przeszkadzają. Nie każda nieporadność jest bowiem świadomym eksperymentem, a granica pomiędzy artystyczną swobodą i zwykłym chaosem pozostaje tutaj wyjątkowo cienka.
„Too Much Protection”, „Your Mistake” i „Don't Make Me”. Garażowy bunt bez kompromisów
Album otwiera „Too Much Protection”, kompozycja oparta na ciężkim, szorstkim gitarowym rytmie. To muzyka, która mogłaby powstać podczas wspólnej próby członków Soundgarden i Rollins Band, pod warunkiem że żaden nie zamierzałby podporządkować się pozostałym. Gitary poruszają się zdecydowanie, sekcja rytmiczna nadaje całości niemal fizyczny ciężar, a wokal Briana Wooda sprawia wrażenie prowokacyjnego i chwilami złośliwego. Nie znajdziemy tutaj elegancji „Ten” Pearl Jam ani monumentalnego smutku „Dirt” Alice in Chains. Devilhead interesuje energia, surowość i pewien rodzaj rockowej bezczelności. Początek zapowiada album agresywny, zanurzony w gitarowym hałasie i ironii.
Jeszcze bardziej bezpośredni jest „Your Mistake”, trwający niewiele ponad dwie minuty wybuch punkowej nerwowości. Ostre riffy i gwałtowny rytm przywołują The Stooges oraz wczesną Nirvanę z okresu „Bleach”. Kevin Wood może tutaj swobodnie rozwinąć gitarową wyobraźnię, nieprzejmującą się nadmiernie muzyczną elegancją. „Don't Make Me” posiada natomiast bardziej tradycyjną konstrukcję punkrockowej piosenki, wyrazisty refren i energię mogącą kojarzyć się z Sex Pistols. W archiwalnych opiniach o albumie pojawiały się nawet porównania do „Pretty Vacant”. Te pierwsze kompozycje sugerują, że otrzymujemy kolejną odmianę gitarowego rocka z Seattle, trochę bardziej chaotyczną, mniej przebojową, ale zasadniczo mieszczącą się w estetyce epoki. Dopiero później okazuje się, że Devilhead mają znacznie bardziej osobliwe pomysły.
„There”, „Polly” i „Troubled Moon”. Tom Waits spotyka ducha Syda Barretta
„There” należy do najciekawszych utworów na „Your Ice Cream’s Dirty”, ponieważ niemal całkowicie podważa wyobrażenie o Devilhead jako tradycyjnym zespole grunge'owym. Muzyka zwalnia, gitarowy ciężar ustępuje miejsca sennej atmosferze, a głos Briana nagle staje się bardziej intymny. Zamiast agresywnego śpiewu otrzymujemy monolog człowieka siedzącego przy fortepianie w pustym barze, kiedy kelnerzy zaczynają już sprzątać stoliki. W takich chwilach Devilhead okazują się bliżsi Tomowi Waitsowi niż Pearl Jam. Włoski recenzent serwisu DeBaser porównał wokal Briana w tej kompozycji do spotkania słodyczy Marca Bolana z szorstkością pijanego Jima Morrisona. To wyjątkowo trafne skojarzenie. Jest tutaj coś z glamrockowej teatralności T. Rex, ale również z kruchości Syda Barretta, którego solowe albumy potrafiły przemieniać wokalną niedoskonałość w emocjonalną prawdę. „There” pokazuje, że Brian Wood potrafił być interesujący właśnie wtedy, kiedy rezygnował z rockowej agresji.
Podobnie działa „Polly”, niemal sześciominutowa psychodeliczna ballada, której nie należy mylić z utworem Nirvany o identycznym tytule. Devilhead tworzą własną melancholijną opowieść, powolną, ciężką i chwilami niemal hipnotyczną. Problem polega na tym, że kompozycja nie zawsze potrafi uzasadnić własną długość. Muzycy posiadają interesujące pomysły, ale niekoniecznie rozpoznają moment, w którym należałoby zakończyć utwór. Nie każda atmosfera wymaga sześciu minut. Pete Crigler z „The Daily Vault” zarzucał „Polly” właśnie rozwlekłość, traktując ją jako przykład słabości całego wydawnictwa. Trudno całkowicie odrzucić tę uwagę, choć osobiście dostrzegam w utworze więcej uroku niż amerykański krytyk.
Jeszcze piękniej wypada „Troubled Moon”, jedna z najbardziej melancholijnych kompozycji albumu. Fortepian, głos i spokojnie rozwijająca się melodia przywołują Kevina Ayersa, Syda Barretta oraz bardziej wyciszone fragmenty solowej twórczości Marka Lanegana. To muzyka przypominająca pożółkłą fotografię wyjętą z rodzinnego albumu. Rozpoznajemy emocje, choć nie znamy historii przedstawionych na niej ludzi. Trudno też całkowicie uwolnić się od wspomnienia Andrew Wooda. Nie ma podstaw, aby uznawać „Troubled Moon” za bezpośrednią opowieść o nim, ale rodzinny kontekst nadaje melancholii Briana dodatkowy wymiar. Przypomina to prozę Faulknera, w której wydarzenia sprzed lat nieustannie powracają w życiu kolejnych pokoleń, niezależnie od ich woli.
„Devilhead”, „Down on the Cow” i „Birthday”. Rockowy kabaret z uszkodzonym zegarem
Utwór „Devilhead” przywraca groteskowe oblicze zespołu. Powolny, rozkołysany rytm i osobliwa interpretacja wokalna tworzą atmosferę niemal kabaretową. Wyobrażam sobie Toma Waitsa występującego w podrzędnym hotelowym salonie, gdzie nikt nie jest pewien, czy słucha oficjalnego koncertu, czy przypadkowo rozpoczętej imprezy. Ten rodzaj muzycznego humoru może fascynować, ale równie łatwo irytować. Kiedy wokalista świadomie rezygnuje z elegancji, powinien zaproponować coś więcej niż lekceważenie zasad. Brian Wood chwilami potrafi nadać temu zabiegowi wyrazistą osobowość. Innym razem sprawia wrażenie, jakby sam nie wiedział, czy traktuje własną kompozycję poważnie.
„Down on the Cow” przenosi muzykę w spokojniejsze, bardziej melodyjne rejony. Można odnaleźć tutaj coś z twórczości Satchel czy Brad, zespołów wywodzących się z podobnego środowiska Seattle. Nie ma wielkich gitarowych deklaracji. Jest powściągliwość, lekko psychodeliczna atmosfera i melancholia. „Birthday” ponownie przypomina natomiast, że Devilhead nie zamierzają podporządkowywać albumu jednej stylistyce. To bardziej tradycyjna rockowa piosenka, ale również ona zdradza skłonność do muzycznego rozchwiania. Zespół zbliża się do chwytliwego refrenu, po czym nagle skręca w zupełnie innym kierunku. Jakby obawiał się, że nadmierna przebojowość będzie oznaczała artystyczną kapitulację.
Właśnie tutaj widać zasadniczą różnicę pomiędzy Devilhead a największymi przedstawicielami sceny grunge Seattle lat dziewięćdziesiątych. Kurt Cobain potrafił połączyć brudne gitarowe brzmienie z niezwykłym talentem melodycznym, a Eddie Vedder i jego koledzy nadawali rockowym kompozycjom niemal stadionowy rozmach. Devilhead nie posiadają takiej konsekwencji. Ich największą siłą jest nieprzewidywalność, lecz właśnie ona staje się zarazem największym ograniczeniem. Nie każdy stylistyczny zwrot prowadzi do odkrycia czegoś wartościowego.
„We Like You”, „Cup of Tea” i „Funeral March”. Rockowa impreza dobiega końca
„We Like You” ponownie przynosi garażową energię i gitarową bezczelność. Jest w nim coś z klasycznego amerykańskiego rocka, ale również punkowa skłonność do prowokowania słuchacza. Utwór nie jest szczególnie skomplikowany. Jego siłą pozostają rytm, bezpośredniość i atmosfera muzycznego żartu. Problem zaczyna się wtedy, kiedy żart okazuje się mniej zabawny, niż oczekiwali autorzy. Devilhead potrafią przejść od znakomitej energii do fragmentów sprawiających wrażenie niedopracowanych, niekiedy nawet w obrębie tej samej kompozycji.
„Cup of Tea” rozwija spokojniejszą stronę albumu. Sam tytuł wydaje się zabawnym przeciwieństwem rockowego mitu. Zamiast whiskey, bójek i hotelowych ekscesów mamy filiżankę herbaty. Można dostrzec w tym dystans wobec estetyki Seattle, która w połowie lat dziewięćdziesiątych zaczęła obrastać własną mitologią. Rockowy buntownik powinien przecież wyglądać odpowiednio ponuro, opowiadać o cierpieniu i demonstrować niechęć do świata. Devilhead sprawiają natomiast wrażenie muzyków, którzy w pewnym momencie uznali, że cała ta powaga jest zwyczajnie śmieszna.
„Funeral March” jest jednym z najbardziej wymownych fragmentów końcowej części płyty. Tytuł przywołuje żałobny pochód, a muzyka posiada melancholijną atmosferę, w której dźwięki wydają się stopniowo opadać z sił. Nie ma tu klasycznego rockowego patosu ani wielkiej instrumentalnej kulminacji. Jest raczej zmęczenie, może rezygnacja, a może pogodzenie się z czymś, czego nie sposób już zmienić. W krótkich fragmentach finałowych pojawiają się również rozwiązania charakterystyczne dla epoki kompaktowej, kiedy zespoły chętnie ukrywały dodatkowy materiał za pozornym końcem albumu. Całość przypomina muzyczną imprezę, podczas której jedni uczestnicy dawno wyszli, inni zasnęli, a ostatni muzyk wciąż próbuje dokończyć swoją piosenkę.
Krytycy bez litości. Devilhead nie przekonali wszystkich
Recenzje „Your Ice Cream’s Dirty” były wyjątkowo podzielone, choć trudno mówić o dużej liczbie zachowanych, szeroko dostępnych analiz w najważniejszych magazynach rockowych. Znacznie łatwiej odnaleźć oceny w publikacjach zajmujących się muzyką alternatywną i recenzje retrospektywne. Ira Robbins z „Trouser Press” nie miał dla Devilhead większej wyrozumiałości. Określił album słowami „A witless meander”, czyli „Bezmyślna włóczęga”. Zarzucił zespołowi przypadkowe przemieszczanie się pomiędzy brytyjskim rockiem lat siedemdziesiątych, hardcore'em, country i jazzem bez wystarczająco przekonującego rezultatu. Jego zdaniem płyta pozostawała przede wszystkim ciekawostką dla kolekcjonerów historii sceny Seattle.
Jeszcze bardziej bezlitosny okazał się Pete Crigler z „The Daily Vault”, który w 2014 roku wystawił albumowi najniższą ocenę, określając go jako „One of the worst records ever made!” – „Jedna z najgorszych płyt, jakie kiedykolwiek nagrano!”. Krytyk zarzucał Devilhead brak dyscypliny, słabą produkcję, rozwlekłość kompozycji i nieprzekonujący wokal Briana Wooda. Zupełnie inaczej spojrzał na album recenzent włoskiego DeBaser, który w 2008 roku przyznał mu 3/5, dostrzegając wartość psychodelicznych ballad i charakterystycznej wokalnej osobowości lidera. Wyróżnił „There”, „Troubled Moon”, „Polly” oraz „Funeral March”.
Te rozbieżności są zrozumiałe. Devilhead potrafią być irytujący, a stylistyczny chaos nie zawsze prowadzi do odkrycia interesujących rozwiązań. Ale trudno całkowicie zgodzić się z przekonaniem, że album nie posiada żadnej wartości. „There” i „Troubled Moon” pokazują, że Brian Wood potrafił stworzyć atmosferę kruchej melancholii, a gitarowe partie Kevina wykraczają poza odtwarzanie grunge'owych schematów. Największą słabością pozostaje moim zdaniem nie brak talentu, lecz niedostateczna selekcja pomysłów. Gdyby muzycy ograniczyli materiał do najbardziej przekonujących kompozycji i nadali mu większą dramaturgiczną dyscyplinę, mogliby nagrać znacznie lepszą płytę. Ale być może stracilibyśmy wtedy również część jej osobliwego charakteru.
Dlaczego Devilhead nie zostali kolejną gwiazdą Seattle?
W 1994 roku grunge nadal stanowił jedno z najważniejszych zjawisk muzyki popularnej. Wytwórnie poszukiwały nowych zespołów mogących powtórzyć sukces Nirvany, Pearl Jam, Soundgarden i Alice in Chains. Dla formacji związanej rodzinnie i środowiskowo z historią tego ruchu istniały pozornie bardzo sprzyjające warunki. Devilhead nie wpisywali się jednak w oczekiwania rynku muzycznego. Nie mieli wokalisty o charyzmie Eddiego Veddera, nie dysponowali talentem Kurta Cobaina do tworzenia natychmiast zapamiętywanych refrenów ani monumentalną ekspresją Alice in Chains. Zamiast tego proponowali muzykę, w której punk spotykał psychodeliczny kabaret, a ciężki gitarowy riff mógł nagle ustąpić miejsca sennej balladzie.
Można oczywiście stwierdzić, że większy sukces nie nadszedł, ponieważ piosenki nie były wystarczająco dobre. Byłaby to jednak tylko część prawdy. Równie istotne pozostaje to, że Devilhead nie oferowali łatwej do rozpoznania muzycznej osobowości, jakiej oczekiwał przemysł sprzedający rock alternatywny milionom odbiorców. To jeden z paradoksów całej epoki. Alternatywa miała być buntem przeciwko przewidywalności komercyjnego biznesu, ale kiedy sama stała się wielkim biznesem, zaczęto wymagać od niej równie przewidywalnych produktów. Devilhead nie potrafili – albo nie chcieli – takich produktów dostarczać. W 1996 roku wydali jeszcze drugi album, „Pest Control”, po czym ich historia stopniowo dobiegła końca. Nie powstała wielka legenda ani generacyjne hymny. Pozostały dwie płyty i muzyczna historia braci, których nazwisko nieustannie przypominało o jednym z najbardziej tragicznych rozdziałów dziejów Seattle.
Zamiast zakończenia. Nie każde dziecko Seattle musiało zostać królem grunge'u
W „Wściekłości i wrzasku” William Faulkner przedstawia rodzinę, której historia staje się więzieniem dla kolejnych pokoleń. Przeszłość powraca w codziennych gestach, słowach i decyzjach, nawet wtedy, kiedy bohaterowie próbują się od niej uwolnić. Podobny cień można dostrzec w historii braci Wood. Andrew stał się legendą, której życie zakończyło się zbyt wcześnie. Brian i Kevin pozostali muzykami poszukującymi własnego miejsca w świecie nieustannie przypominającym im o zmarłym bracie. Mogli próbować kontynuować jego legendę, nagrać album pełen monumentalnych gitar, melancholijnych tekstów i wyraźnych odniesień do Mother Love Bone. Ale „Your Ice Cream’s Dirty” nie brzmi jak płyta stworzona po to, aby spełnić oczekiwania fanów grunge'u. Jest na to zbyt dziwna, chaotyczna i chwilami demonstracyjnie niepoważna.
Nie każda sztuka musi powstawać z zamiarem stworzenia arcydzieła. Nie każdy zespół musi zostać głosem pokolenia. Czasami muzycy próbują po prostu odnaleźć własny język, nawet jeśli po drodze popełniają błędy. Devilhead popełniają ich niemało. Część kompozycji jest nadmiernie rozwlekła, inne nie posiadają wyrazistych melodii, a gitarowy hałas nie zawsze brzmi jak świadomy zabieg artystyczny. Wokal Briana potrafi irytować równie mocno, jak chwilami wzruszać. Ale są tutaj również utwory, których nie sposób łatwo zapomnieć: melancholijne „There”, nocne „Troubled Moon”, psychodeliczne „Polly”, punkowe „Your Mistake” i osobliwy „Funeral March”.
W pewnym sensie debiut Devilhead przypomina bohaterów filmów Jima Jarmuscha. Nie są szczególnie skuteczni, nie realizują wielkich celów, często sprawiają wrażenie zagubionych. Ich życie składa się z przypadkowych spotkań, dziwnych rozmów i sytuacji, których sens pozostaje niejasny. Ale właśnie dlatego bywają bardziej interesujący niż perfekcyjni bohaterowie hollywoodzkich widowisk. Muzyka braci Wood posiada podobną niedoskonałość. Nie próbuje być piękna w tradycyjnym znaczeniu, czasami wręcz demonstracyjnie odrzuca elegancję. Ale pod warstwami hałasu, ironii i stylistycznego chaosu kryje się coś autentycznego. Może próba ucieczki od rodzinnej legendy, może niezgoda na oczekiwania rynku, a może po prostu radość muzyków, którzy spotykają się w studiu i robią dokładnie to, na co mają ochotę.
„Your Ice Cream’s Dirty” nie wygrał wyścigu o miejsce w historii grunge'u. Ale przypomina, że nie każda wartościowa muzyka musi brać udział w takim wyścigu. Czasami najbardziej interesujące rzeczy można odnaleźć właśnie tam, gdzie przemysł muzyczny dawno przestał zaglądać.
Ocena końcowa: 7/10
„Your Ice Cream’s Dirty” Devilhead to nierówny, dziwaczny, ale interesujący album rocka alternatywnego z 1994 roku. Łączy grunge, punk, psychodelię i garażową surowość, nie zawsze tworząc z tych elementów przekonującą całość. Największe atuty to „There”, „Troubled Moon”, „Your Mistake”, „Don't Make Me” i „Funeral March”, osobowość wokalna Briana Wooda oraz gitarowa energia Kevina Wooda. Największe słabości stanowią nierówny poziom kompozycji, rozwlekłość części utworów i brak konsekwentnej dramaturgii. Nie jest to zapomniane arcydzieło grunge'u, lecz wartościowa ciekawostka dla miłośników mniej znanych rozdziałów historii sceny Seattle.
Devilhead – „Your Ice Cream’s Dirty” (Loosegroove Records, 1994). Przywołane opinie krytyczne pochodzą z „Trouser Press”, „The Daily Vault” i DeBaser. Krótkie cytaty pozostawiono w oryginale, a polskie przekłady, porównania literackie i ocena albumu stanowią autorską interpretację.



Napisz komentarz
Komentarze