Jeszcze nie tak dawno lokalny mecz piłkarski był czymś więcej niż dziewięćdziesięcioma minutami biegania za piłką. Był pretekstem, żeby wyjść z domu, spotkać znajomych, pokłócić się o skład, ponarzekać na sędziego, pochwalić bramkarza i przez chwilę poczuć, że miasto oddycha jednym rytmem. Dziś na trybunach coraz częściej słychać nie gwar kilku tysięcy gardeł, ale echo pustych krzesełek. W Tomaszowie Mazowieckim — mieście z mocną, robotniczą i sportową pamięcią — frekwencja na poziomie maksymalnie około 300 osób nie jest tylko statystyką. Jest pytaniem. I to pytaniem niewygodnym.
W najbliższą sobotę, 30 maja, o godzinie 17:00, Lechia rozegra ostatnie spotkanie sezonu 2025/2026. Rywalem zielono-czerwonych będzie Olimpia Elbląg, ale tym razem wynik — choć oczywiście ważny — zejdzie na chwilę na drugi plan. To będzie mecz z tych, po których nie tylko sprawdza się tabelę, ale także zostaje się jeszcze chwilę na trybunach, bo człowiek czuje, że kończy się pewien rozdział.
Lechia Tomaszów Mazowiecki przegrała na wyjeździe z Mławianką Mława 1:3 w spotkaniu kończącym przedostatnią, 33. kolejkę Betclic III ligi, grupy I. Dla zielono-czerwonych był to mecz, który od pierwszych minut ułożył się jak źle rozpoczęty rozdział — z szybkim ciosem, nerwowym wejściem w spotkanie i koniecznością gonienia wyniku niemal przez całe popołudnie.
Lechia Tomaszów Mazowiecki zremisowała z Olimpią Elbląg 0:0, ale sobotni mecz 34. kolejki Betclic III ligi zapisał się przede wszystkim pożegnaniem Kamila Szymczaka. Wieloletni kapitan, legenda klubu, po ponad 21 sezonach zszedł z boiska wśród braw, wzruszenia i hołdu od kibiców.
To miał być mecz na przełamanie i rewanż za jesienną porażkę. Przez kilkanaście minut wydawało się nawet, że plan Lechii Tomaszów Mazowiecki zaczyna się realizować. Po golu Piotra Gębali zielono-czerwoni prowadzili w Troszynie 1:0. Potem jednak wszystko zaczęło się sypać – najpierw pojedyncze błędy, później chaos, a w końcówce prawdziwa piłkarska lawina.
Lechia Tomaszów Mazowiecki – Świt Nowy Dwór Mazowiecki 2:0. Dwa gole Mateusza Kempskiego, poprzeczki po obu stronach i akcja Piotra Gębali, po której stadion mógł tylko bić brawo
Komentarze
Przejdź do kategorii
Komentarze