Polityczna układanka wokół starosty. Kilka faktów, zanim zaczniemy opowiadać bajki
Zacznijmy od rzeczy podstawowej, bo w lokalnej polityce najczęściej nie gubi się prawdy dlatego, że jej nie widać. Gubi się ją dlatego, że komuś bardzo zależy, aby patrzeć w inną stronę.
Głosowanie nad odwołaniem starosty nie wzięło się znikąd. Było konsekwencją sesji z 29 maja bieżącego roku, podczas której radni nie udzielili staroście wotum zaufania. Przeciwko stali radni PiS, Koalicji Obywatelskiej oraz PSL. To właśnie ten moment uruchomił procedurę polityczną, która — zgodnie z ustawą o samorządzie powiatowym — oznaczała w praktyce wniosek o odwołanie całego Zarządu Powiatu.
Warto więc zapytać nie o to, dlaczego ktoś dzisiaj podnosi głos, ale dlaczego wcześniej zawarta koalicja zaczęła pękać jak cienki lód na Pilicy w marcowym słońcu.
Koalicja zawarta na słowo. A słowo okazało się walutą bez pokrycia
Po wyborach powiatowych powstał układ, który miał dać stabilne rządy. Z jednej strony KWW Marcina Witko, z drugiej środowisko Wszyscy Razem. W teorii miało być porozumienie, podział odpowiedzialności i wspólna praca. W praktyce szybko okazało się, że umowy zawierane „na gębę” w polityce mają wartość tak długo, jak długo komuś opłaca się ich dotrzymywać.
Zgodnie z ustaleniami KWW Marcina Witko miało wziąć na siebie odpowiedzialność za szpital, ochronę zdrowia oraz wydziały techniczne. To nie są dekoracyjne stanowiska do przecinania wstęg i pozowania do zdjęć. Poza oświatą są to jedne z najcięższych obszarów działania powiatu: kosztowne, konfliktogenne, wymagające wiedzy, odporności i codziennej pracy.
Problem pojawił się jednak tam, gdzie zwykle pojawia się prawdziwa polityka: przy wpływie na decyzje, procedury i pieniądze. Starosta Mariusz Węgrzynowski upierał się, aby zamówienia publiczne pozostawały w pionie Elżbiety Łojszczyk. Trudno zrozumieć taką konstrukcję z punktu widzenia elementarnej logiki zarządzania. Skoro inwestycje, sprawy techniczne i duże zadania infrastrukturalne miały znajdować się w jednym obszarze odpowiedzialności, naturalne byłoby połączenie ich z zamówieniami publicznymi. Tak działa pragmatyka. Tak działa odpowiedzialność. Tak działa normalny urząd, w którym liczy się sprawność, a nie polityczna kontrola nad wajchami.
Dlaczego więc postawiono na inne rozwiązanie? Każdy może odpowiedzieć sobie sam. W samorządzie zamówienia publiczne nie są detalem administracyjnym. To miejsce, w którym procedury spotykają się z realnymi pieniędzmi. A tam, gdzie są publiczne pieniądze, tam kończą się miłe uśmiechy z kampanii wyborczej, a zaczyna twarda gra o wpływy.
Większość, której rzekomo nie było
Pojawia się pytanie: jak to możliwe, że starosta, który teoretycznie bez KWW Marcina Witko nie miał większości, nie był szczególnie zainteresowany realnym porozumieniem?
Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać. Bo tę większość — politycznie, praktycznie i operacyjnie — w istocie posiadał.
Nawet jeśli radni Koalicji Obywatelskiej nie zagłosowaliby oficjalnie za jego powołaniem, to w bieżącej pracy ich postawa mogła okazać się dla niego wystarczająco wygodna. Faktyczna oś porozumienia przebiegała bowiem gdzie indziej: między Adrianem Witczakiem a Mariuszem Węgrzynowskim. Kto obserwował głosowania, zarówno w powiecie, jak i w szerszym lokalnym kontekście, ten widział, że oficjalne szyldy partyjne coraz częściej były tylko dekoracją. Jak w starym teatrze, gdzie kurtyna udaje granicę między sceną a kulisami, choć wszyscy aktorzy od dawna wiedzą, którędy się wchodzi po kwestie.
Z dziennikarskiego obowiązku trzeba przypomnieć jeszcze jeden fakt: radni nie udzielili Zarządowi absolutorium. Później uchwała w tej sprawie została uchylona przez Regionalną Izbę Obrachunkową. Co ciekawe, ten wątek w lokalnej debacie nie doczekał się takiej uwagi, na jaką zasługiwał. A przecież absolutorium nie jest ozdobnikiem. Jest jedną z najważniejszych form oceny wykonania budżetu przez organ wykonawczy.
Procedura odwołania. Prawo swoje, polityka swoje
Nieudzielenie wotum zaufania zarządowi powiatu jest równoznaczne ze złożeniem wniosku o jego odwołanie. Ustawa nie wyznacza sztywnego terminu, w którym takie głosowanie musi się odbyć. Wiadomo jednak, że nie może nastąpić wcześniej niż po upływie 14 dni od sesji, na której wotum zaufania nie udzielono.
I tu zaczyna się część polityczna. Staroście Węgrzynowskiemu szczególnie się nie spieszyło. Nie spieszyło się również radnym Koalicji Obywatelskiej. Czas w polityce bywa narzędziem. Czasem leczy rany, czasem pozwala liczyć głosy, czasem daje przestrzeń do rozmów, których nikt nie chce później opisywać w protokołach.
Pierwszą sesję z punktem dotyczącym odwołania Zarządu zwołano nagle, w trybie nadzwyczajnym, na 7 sierpnia. Sam tryb i termin powinny wzbudzić pytania. W samorządzie przypadki oczywiście się zdarzają, ale doświadczenie uczy, że najczęściej przypadkiem nazywa się to, czego nikt nie chce publicznie tłumaczyć.
Mariusz Węgrzynowski nie zdecydowałby się na taki ruch, gdyby nie miał przekonania, że politycznie wychodzi z tej rozgrywki obronną ręką. To nie był gest desperata. To był ruch człowieka, który uznał, że ma policzone głosy albo przynajmniej wystarczająco wiele powodów, by sądzić, że przeciwnicy nie będą w stanie doprowadzić sprawy do końca.
W Tomaszowie nie chodzi o wojnę KO z PiS-em
Największą fikcją lokalnej sceny politycznej jest opowieść, że w Tomaszowie Mazowieckim Koalicja Obywatelska prowadzi realną walkę z PiS-em. To wygodna bajka dla tych, którzy lubią przenosić warszawskie dekoracje na tomaszowską scenę. Tyle że tutaj spektakl wygląda inaczej.
Walka, która rzeczywiście się toczy, nie jest prostym starciem KO z PiS-em. To przede wszystkim konflikt środowiska Mariusza Węgrzynowskiego oraz Adriana Witczaka z Marcinem Witko. Partyjne barwy są w tym układzie mniej istotne niż lokalne interesy, ambicje, wpływy i plany na kolejne wybory.
Nie wierzycie? Wystarczy przyjrzeć się publicznym wypowiedziom posła Adriana Witczaka dotyczącym działań starosty Węgrzynowskiego. Ile było ostrych, samodzielnych, wyraźnych głosów krytyki? Ile razy Koalicja Obywatelska w powiecie realnie uderzyła w działania starosty? Ile razy wskazała błędy, zaniedbania, polityczne wygodnictwo albo oportunizm?
Można odnieść wrażenie, że tam, gdzie w grę wchodzi Marcin Witko, granice polityczne nagle stają się bardzo czytelne. Tam jednak, gdzie należałoby rozliczać starostę, pojawia się mgła. Gęsta, lokalna, dobrze znana mgła, w której odpowiedzialność rozmywa się jak światła samochodu na moście.
Dlaczego w tekście nie było o dwóch radnych wstrzymujących się od głosu?
Pojawiło się pytanie, dlaczego w moim wcześniejszym tekście nie znalazła się informacja o dwóch radnych, którzy w głosowaniu się wstrzymali. Odpowiedź jest prosta.
Radni Karwat i Kagankiewicz nie brali udziału w spotkaniu radnych opozycyjnych i — według mojej wiedzy — nie składali wobec tego środowiska żadnych zobowiązań. Mój tekst nie dotyczył więc ich postawy. Dotyczył mechanizmów politycznych, które doprowadziły do sytuacji, w której deklaracje, rozmowy i realne głosowania zaczęły rozchodzić się jak dwie różne ścieżki w tym samym lesie.
Nie każdy, kto wstrzymuje się od głosu, jest bohaterem opowieści. Czasem jest tylko świadkiem. A czasem ktoś próbuje zrobić z niego zasłonę dymną.
Media, polityka i towarzystwa wzajemnej uprzejmości
Warto też postawić pytanie szersze: dlaczego niektóre lokalne narracje tak konsekwentnie rozmijają się z faktami albo wybierają tylko te fakty, które pasują do z góry ułożonej układanki?
To pytanie w Tomaszowie Mazowieckim wraca od lat. Szczególnie wtedy, gdy lokalne media zabierają się za politykę nie jak kontrolerzy władzy, ale jak uczestnicy salonowej gry, w której ważniejsze od prawdy jest to, kto z kim siedzi przy stoliku.
W przestrzeni publicznej pojawiały się już głosy wskazujące na związki części lokalnego środowiska medialnego z politykami Koalicji Obywatelskiej. W internetowym wpisie były dziennikarz jednej z tomaszowskich redakcji opisywał m.in. stowarzyszenie „Mój Tomaszów”, z którym związani byli lokalni działacze Platformy Obywatelskiej, a także osoby powiązane z wydawcą lokalnej gazety. Według tej relacji miało to tworzyć układ wzajemnej promocji, politycznego lansowania i budowania zaplecza pod przyszłe ambicje wyborcze.
Czy tak było? Każdy może ocenić sam. Ale jedno jest pewne: dziennikarstwo lokalne nie może udawać, że stoi na wieży z kości słoniowej, jeśli równocześnie trzyma nogę w drzwiach politycznego gabinetu. Gazeta może mieć poglądy. Redakcja może mieć linię. Publicysta może mieć temperament. Ale czytelnik ma prawo wiedzieć, kto z kim jest powiązany, kto kogo wspierał, kto kogo promował i kto na czyim sukcesie politycznym mógłby skorzystać.
Bo inaczej zamiast kontroli społecznej mamy teatr cieni. A zamiast dziennikarstwa — elegancko opakowany marketing polityczny.
Kto z kim naprawdę walczy?
W całej tej historii najważniejsze nie jest to, kto głośniej krzyczy o zasadach. Najważniejsze jest to, kto w decydujących momentach jak głosuje, z kim rozmawia i czyje interesy zabezpiecza.
Na poziomie deklaracji wszyscy są za przejrzystością, dobrem powiatu, odpowiedzialnością i stabilnością. To brzmi pięknie. Jak refren piosenki, którą wszyscy znają, choć nikt już nie pamięta pierwszej zwrotki. Problem w tym, że politykę ocenia się nie po refrenach, ale po decyzjach.
A decyzje pokazują, że lokalny konflikt nie przebiega według prostych podziałów partyjnych. Nie mamy tu klasycznej wojny KO z PiS-em. Mamy lokalną układankę, w której część aktorów próbuje jednocześnie grać rolę opozycji, partnera, arbitra i recenzenta. Tyle że publiczność nie jest aż tak naiwna, jak czasem zakładają reżyserzy tego spektaklu.
Morał? Jak zwykle niewygodny
Z całej tej historii płynie prosty morał. W lokalnej polityce bardzo łatwo przerzucić odpowiedzialność z tych, którzy podejmują decyzje, na tych, którzy o tych decyzjach mówią głośno. Jak w starym dowcipie: złodziej ukradł rower, ale winny jest prokurator, bo postawił mu zarzuty.
Można oczywiście tak opowiadać rzeczywistość. Można udawać, że problemem nie są układy, niespełnione ustalenia, polityczne kalkulacje i niejasne sojusze, tylko ci, którzy o nich piszą. Można zasłaniać się procedurą, unikać pytań, przesuwać akcenty i budować narrację wygodną dla konkretnych środowisk.
Tyle że fakty mają tę irytującą właściwość, że prędzej czy później wychodzą spod dywanu.
A wtedy nawet najlepszy lokalny felieton obronny nie wystarczy.



Napisz komentarz
Komentarze