Wody podziemne są naszym rezerwuarem bezpieczeństwa. Ale nawet one zaczynają odczuwać skutki braku deszczu
Gdy przez wiele tygodni nie pada deszcz, najpierw widzimy żółknące trawniki, spękaną ziemię, niski poziom rzek i ostrzeżenia leśników przed pożarami. To jednak tylko pierwsza scena dramatu. Druga rozgrywa się ciszej — pod powierzchnią ziemi. Tam, gdzie znajdują się wody podziemne, czyli jeden z najważniejszych zasobów kraju w czasie suszy.
Z tych zasobów korzystają miejskie i gminne wodociągi, ale coraz częściej także rolnicy, którzy ratują uprawy przez nawadnianie pól. Eksperci ostrzegają jednak, że przy braku regularnych opadów miejscami poziom wód podziemnych spadł poniżej stanów niskich ostrzegawczych. To sygnał poważny, bo jeśli zabraknie wody w głębszych warstwach, nie pomoże ani krótka ulewa, ani jednorazowe ochłodzenie.
Musimy zatrzymywać jak najwięcej wody opadowej w gruncie — alarmują specjaliści. W czasach zmian klimatu każda kropla, która zamiast wsiąknąć w ziemię, spływa do kanalizacji, rowu albo rzeki, staje się straconą szansą.
Susza nie ma jednej twarzy. Najpierw niebo, potem gleba, rzeki i podziemne źródła
Tegoroczna susza została wywołana przede wszystkim brakiem opadów w marcu i kwietniu, niską wilgotnością ściółki oraz silnym wiatrem. Skutki były widoczne bardzo szybko. W lasach pojawiło się krytyczne zagrożenie pożarowe, a w Puszczy Solskiej w województwie lubelskim doszło do pożaru. Rolnicy zaczęli zgłaszać problemy z przesychającą glebą, a niektóre izby rolnicze już na początku maja apelowały o uruchamianie gminnych komisji szacujących straty.
Do tego doszedł kolejny niepokojący obraz: niski stan wody w rzekach i jeziorach. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej – Państwowy Instytut Badawczy informował, że aż 74 procent rzek w Polsce miało niski stan wody.
To wszystko są różne odsłony tego samego zjawiska. Brak opadów oznacza suszę meteorologiczną. Przesychająca ziemia i problemy upraw to susza rolnicza albo glebowa. Niskie stany rzek i jezior to susza hydrologiczna. Najgłębiej ukryta, ale niezwykle groźna, jest natomiast susza hydrogeologiczna, czyli ta dotycząca wód podziemnych.
Ekspertka PIG-PIB: wiosną niżówka hydrogeologiczna nie powinna występować
Dr Małgorzata Woźnicka z Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego zwraca uwagę, że ostatnia śnieżna zima nieco poprawiła sytuację hydrogeologiczną, ale nie na tyle, by można było mówić o bezpieczeństwie.
Jak wyjaśnia ekspertka, stan zagrożenia hydrogeologicznego oznacza, że na części obszarów kraju zwierciadło wód podziemnych utrzymuje się poniżej stanów niskich ostrzegawczych. Taka niżówka hydrogeologiczna bywa naturalna jesienią, po suchym i gorącym lecie. Problem w tym, że obecnie pojawia się już wiosną.
— Wiosną niżówka nie powinna występować — podkreśliła dr Woźnicka w rozmowie z PAP.
To zdanie warto czytać jak ostrzeżenie, nie jak suchą uwagę naukową. Wiosna powinna być okresem odbudowy zasobów wodnych po zimie. Jeśli już wtedy notujemy deficyty, oznacza to, że system wodny kraju pracuje pod coraz większym napięciem.
Polska ma zasoby, ale nie są one niewyczerpane
Według danych przywołanych przez dr Woźnicką, udokumentowane zasoby dyspozycyjne wód podziemnych dla obszaru Polski wynoszą 34 miliony metrów sześciennych na dobę. To ilość wody możliwa do zagospodarowania z warstw wodonośnych, już po uwzględnieniu potrzeb rzek i ekosystemów zależnych od wody, takich jak torfowiska.
Średnio w skali roku wykorzystujemy około 22 procent odnawialnych zasobów wód podziemnych. Na poziomie całego kraju jest to ilość uznawana za bezpieczną. Problem zaczyna się jednak tam, gdzie pobór jest nadmierny, rozproszony albo słabo kontrolowany.
Dotyczy to między innymi regionów, w których wodę pobiera się na cele górnicze, a także miejsc, gdzie funkcjonują niezarejestrowane ujęcia. Ekspertka wskazuje, że lokalnie proporcje mogą być zupełnie inne niż średnia krajowa. Zwłaszcza tam, gdzie naturalne warunki występowania wód podziemnych są mniej korzystne.
Niepokój budzi również wzrost nieewidencjonowanego poboru wody w związku z suszą rolniczą. Według szacunków metodami pośrednimi w niektórych regionach pobór poza ewidencją może sięgać nawet 50 procent poboru rejestrowanego.
Woda w kranie pochodzi głównie spod ziemi
Dla mieszkańców miast i gmin najważniejszy jest prosty fakt: woda pitna bardzo często pochodzi właśnie ze źródeł podziemnych. Aż 85 procent z 21 tysięcy zarejestrowanych ujęć wód podziemnych zaopatruje ludzi w wodę do spożycia. Z kolei 74 procent wody rozprowadzanej przez wodociągi na ten cel pochodzi właśnie spod ziemi.
Głębokie ujęcia, z których korzystają spółki komunalne, są zwykle bardziej odporne na krótkotrwałe okresy bez deszczu. Dlatego chwilowy brak wody w kranie nie musi oznaczać, że wyschło źródło. Często przyczyną jest przeciążenie sieci wodociągowej albo awaria infrastruktury.
Dr Woźnicka zwraca uwagę na jeszcze jeden problem: miasta i mniejsze miejscowości coraz bardziej rozlewają się przestrzennie. Rozproszona zabudowa oznacza dłuższe sieci wodociągowe. Na ich końcach ciśnienie wody jest znacznie niższe, a przy wzmożonym poborze woda może po prostu nie docierać do wszystkich odbiorców z odpowiednią siłą.
Ten scenariusz znamy także z wielu polskich gmin. W upalne weekendy, kiedy jednocześnie podlewane są ogrody, napełniane baseny i zwiększa się zużycie w gospodarstwach domowych, sieci wodociągowe pracują na granicy możliwości.
Apele gmin: nie podlewać trawników, nie napełniać basenów
Ekohydrolog dr Sebastian Szklarek zauważył, że już na początku maja ponad 50 gmin apelowało do mieszkańców o rezygnację z podlewania trawników i napełniania basenów. W jednej z nich pobór wody podczas majówki był tak duży, że wodociągi — mimo zapasów w zbiornikach na wypadek awarii — nie radziły sobie ze stacją uzdatniania wody.
To pokazuje, że problem suszy nie jest abstrakcją z raportów. To codzienność, która może wejść na podwórko, do ogrodu, łazienki i kuchni. Szczególnie narażone są płytkie ujęcia wód podziemnych, czyli studnie indywidualne, studnie kopane oraz tzw. abisynki. One ujmują górną część warstwy wodonośnej, najbardziej podatną na długotrwały brak opadów.
Tam, gdzie głębokie ujęcia komunalne jeszcze działają bez większych problemów, płytkie studnie mogą już wysychać.
Kropla, która trafi do rzeki, często jest kroplą straconą
Eksperci są zgodni: najważniejsze jest dziś zatrzymywanie wody opadowej tam, gdzie spada. Deszcz i topniejący śnieg powinny jak najdłużej pozostawać w krajobrazie, w glebie, mokradłach, oczkach wodnych, rowach, parkach i ogrodach. Nie w kanalizacji burzowej, która błyskawicznie odprowadza wodę poza miejsce opadu.
— W hydrogeologii mówi się potocznie, że kropla wody, która wpadnie do rzeki, jest kroplą straconą, bo płynie do morza i nie zasili wód podziemnych — powiedziała dr Woźnicka.
To zdanie powinno wisieć na ścianie każdego urzędu planującego kolejne parkingi, place, chodniki i osiedla bez zieleni. Woda potrzebuje czasu. Potrzebuje gruntu, który może ją przyjąć. Potrzebuje przestrzeni, której nie przykryto betonem.
Gwałtowne ulewy nie rozwiązują problemu suszy
Paradoks polega na tym, że nawet wyższa roczna suma opadów nie musi oznaczać poprawy sytuacji. Jeśli deszcz pada rzadko, ale gwałtownie, ziemia nie jest w stanie go przyjąć. Po tygodniach przesuszenia gleba działa jak twarda skorupa. Woda spływa po powierzchni, zalewa ulice, wpada do kanalizacji, a potem odpływa dalej.
Dr Woźnicka podkreśla, że dla odnawiania zasobów wód podziemnych najlepszy jest opad o średnim natężeniu, długotrwały i obejmujący większy obszar. Mówiąc prościej: potrzebujemy deszczowych lipców, śnieżnych zim i spokojnych roztopów na wiosnę. Nie nagłych oberwań chmury, które przez godzinę zmieniają ulicę w potok, a następnego dnia znów zostawiają po sobie wyschniętą ziemię.
Retencja krajobrazowa zamiast betonozy
Rozwiązania są znane. Potrzebna jest retencja krajobrazowa: śródpolne oczka wodne, torfowiska, mokradła, zagłębienia bezodpływowe, parki, zieleńce i naturalne obniżenia terenu, w których woda może zatrzymać się dłużej. W miastach konieczna jest błękitno-zielona infrastruktura, czyli ogrody deszczowe, zielone dachy, niecki retencyjne, rowy infiltracyjne, parki kieszonkowe i powierzchnie przepuszczalne.
To również walka z betonozą. Każdy plac szczelnie przykryty kostką, każdy parking bez drzew i każdy zlikwidowany skwer oznaczają mniej miejsca dla wody. A mniej miejsca dla wody oznacza większe ryzyko zarówno suszy, jak i lokalnych podtopień po ulewach.
Ważne jest także ponowne wykorzystywanie raz pobranej wody, czyli tzw. wody szarej. Może ona służyć na przykład do spłukiwania toalet, podlewania zieleni czy prac porządkowych. W skali jednego domu to oszczędność. W skali miasta — realna strategia ochrony zasobów.
Prawo też mówi o ochronie wód
Ochrona zasobów wodnych nie jest wyłącznie dobrą praktyką, ale także obowiązkiem wynikającym z przepisów. Kluczowe znaczenie ma ustawa z 20 lipca 2017 r. — Prawo wodne, która reguluje gospodarowanie wodami, korzystanie z nich oraz ochronę zasobów wodnych. Istotne są również przepisy dotyczące ochrony środowiska, planowania przestrzennego oraz adaptacji miast do zmian klimatu.
W praktyce oznacza to, że decyzje o zabudowie, kanalizacji deszczowej, utrzymaniu zieleni, rowach, zbiornikach i terenach podmokłych nie są drobiazgami technicznymi. To decyzje o bezpieczeństwie wodnym mieszkańców.
Także samorządy mają tu ogromną rolę. Gmina, która pozwala na bezrefleksyjne uszczelnianie kolejnych terenów, sama zwiększa swoje przyszłe problemy: z wodą w kranach, z podtopieniami po ulewach i z kosztami utrzymania infrastruktury.
Susza to nie tylko problem rolników
W debacie publicznej susza często pojawia się jako problem rolnictwa. I słusznie, bo to rolnicy bardzo szybko odczuwają brak opadów. Ale susza nie zatrzymuje się na granicy pola. Dotyka lasów, miast, wodociągów, ogrodów, jezior, rzek i domowych studni.
W regionach takich jak Tomaszów Mazowiecki i okolice temat wody ma dodatkowe znaczenie. Pilica, Zalew Sulejowski, lasy spalskie, tereny rolnicze i podmiejskie miejscowości tworzą system naczyń połączonych. Niski stan wód, przesuszone gleby, większe zużycie wody w upalne dni i presja zabudowy to nie są osobne historie. To rozdziały tej samej książki, której zakończenie zależy od tego, czy zaczniemy traktować wodę jak zasób strategiczny, a nie coś, co „po prostu leci z kranu”.
Najważniejszy wniosek: zatrzymać wodę tam, gdzie spada
Eksperci mówią jasno: w najbliższych latach nie wystarczy czekać na deszcz. Trzeba zmienić sposób myślenia o wodzie. Każdy opad powinien być wykorzystany jak dar, nie jak problem do jak najszybszego odprowadzenia.
Wody podziemne, retencja, ochrona gleby, ograniczanie betonozy, oszczędzanie wody i ponowne wykorzystanie wody szarej to nie modne hasła z konferencji ekologicznych. To warunki bezpieczeństwa mieszkańców, rolnictwa i samorządów.
Bo susza nie zaczyna się wtedy, gdy w kranie zabraknie wody. Ona zaczyna się dużo wcześniej — gdy przestajemy zauważać, że każda kropla, która nie wsiąknie w ziemię, może już do nas nie wrócić.



































































Napisz komentarz
Komentarze