Korona Kielce – Widzew Łódź 1:0. Błanik trafił, Widzew zadrżał
To miał być mecz o sześć punktów i dokładnie takim się okazał. Na stadionie przy ul. Ściegiennego Korona Kielce pokonała Widzew Łódź 1:0, a zwycięską bramkę w 61. minucie zdobył Dawid Błanik. Pomocnik gospodarzy sam wywalczył rzut wolny tuż przed polem karnym, po czym uderzył tak, jakby nie interesowała go ani matematyka tabeli, ani nerwy trybun, ani ciężar spotkania. Piłka wpadła do siatki, a Kielce eksplodowały.
Dla Korony był to gol niemal na wagę utrzymania. Dla Widzewa — cios w splot słoneczny. Łodzianie przegrali spotkanie, które mogło dać im oddech przed ostatnią kolejką. Zamiast tego zostali z pytaniem najgorszym z możliwych: czy Widzew spadnie z Ekstraklasy?
Po piątkowych meczach 33. kolejki Widzew miał 39 punktów i zajmował 15. miejsce, tylko punkt nad Lechią Gdańsk, która była 16. i miała jeszcze swoje spotkanie do rozegrania. Strefa spadkowa obejmuje miejsca 16–18, więc sytuacja łodzian pozostaje bardzo niebezpieczna.
Mecz strachu, nie piękna
Pierwsza połowa przypominała partię szachów graną przy zgasającym świetle. Obie drużyny wiedziały, że porażka może otworzyć drzwi do sportowego piekła. Widzew próbował jako pierwszy — Mariusz Fornalczyk, były piłkarz Korony, znalazł Frana Alvareza, ale strzał Hiszpana obronił Xavier Dziekoński.
Korona odpowiedziała akcją Nono, a w 20. minucie gospodarze domagali się rzutu karnego po upadku hiszpańskiego pomocnika w polu karnym. Sędzia Tomasz Kwiatkowski z Warszawy pozostał niewzruszony. Gra toczyła się dalej.
Najlepszą okazję dla Widzewa przed przerwą miał Przemysław Wiśniewski. Po dośrodkowaniu Alvareza z rzutu wolnego obrońca gości uderzył głową, ale piłka minimalnie minęła słupek. To był jeden z tych momentów, po których kibice łapią się za głowy, a trenerzy przez sekundę widzą alternatywną wersję meczu — tę, w której wszystko mogło potoczyć się inaczej.
Dawid Błanik jak bohater westernu
Po przerwie obraz gry długo się nie zmieniał. Korona i Widzew bardziej pilnowały własnych bramek, niż rzucały się do gardła rywalowi. Aż nadeszła 61. minuta.
Dawid Błanik ruszył z piłką, został sfaulowany tuż przed polem karnym, a potem sam ustawił futbolówkę. Uderzył precyzyjnie z rzutu wolnego i dał Koronie prowadzenie. Była to jego dziewiąta bramka w sezonie, ale bez wątpienia jedna z najważniejszych.
Widzew próbował odpowiedzieć. Sebastian Bergier uderzał głową, Andi Zeqiri miał znakomitą okazję w 89. minucie, a w doliczonym czasie gry pod bramkę Korony powędrował nawet Bartłomiej Drągowski. Ten obrazek mówił wszystko: bramkarz Widzewa w polu karnym rywali, ostatni rzut rożny, ostatnia nadzieja, ostatni haust powietrza. Ale wynik nie drgnął.
Korona Kielce wygrała z Widzewem 1:0.
Vuković: spełnił się najgorszy scenariusz
Po meczu trener Widzewa Aleksandar Vuković nie owijał sprawy w bawełnę. Nie było frazesów o „dobrym materiale do analizy”, nie było miękkiego lądowania.
„Spełnił się dla nas najgorszy scenariusz, przegraliśmy bardzo ważny mecz” — przyznał szkoleniowiec Widzewa.
To zdanie brzmi jak werdykt. Nie ostateczny, ale bardzo ciężki. Vuković zauważył, że pierwsza połowa była wyrównana, jednak po stracie gola jego drużynie zabrakło jakości, spokoju i siły, by odwrócić losy spotkania. Szczególnie bolesne jest to, że Widzew Łódź przestał być zależny wyłącznie od siebie.
„Nie ma wątpliwości, że jesteśmy w tej sytuacji uzależnieni od wyników innych spotkań. Mam tylko nadzieję, że przed ostatnią kolejką wszystko będzie zależało od nas” — dodał Vuković.
Szkoleniowiec musiał też odpowiadać na pytania o różnicę między grą Widzewa u siebie i na wyjazdach. To problem, który wraca jak refren z gorzkiej płyty: w Łodzi drużyna potrafi wyglądać solidnie, poza domem często traci rytm, pewność i pazur. W Kielcach znów było widać tę dysproporcję.
Zieliński: mamy utrzymanie w Ekstraklasie
Po drugiej stronie barykady emocje były zupełnie inne. Trener Korony Jacek Zieliński mówił jak człowiek, z którego ktoś zdjął ciężki plecak po długim marszu.
„Zrobiliśmy to, co do nas należało. Wygraliśmy ten mecz podwyższonego ryzyka. Mamy upragnione trzy punkty, mamy utrzymanie w ekstraklasie” — podsumował trener Korony.
Zieliński podkreślał, że w takim meczu nie chodziło o piękno. To nie był wieczór dla estetów, tylko dla ludzi gotowych gryźć trawę.
„Wiedziałem, że w tym spotkaniu będą decydować cechy wolicjonalne, mentalne i one u nas były na poziomie może nie najwyższym, ale ponadnormatywnym i to był klucz do sukcesu” — stwierdził.
Trener Korony podziękował też kibicom, używając porównania, które w Kielcach musiało zabrzmieć jak fanfara:
„Chciałem serdecznie podziękować naszym kibicom za to wsparcie, które dzisiaj niosło nas jak husarię pod Wiedniem”.
Po końcowym gwizdku Zieliński wykonał efektowny „fikołek”, który — nawet jeśli nie wyszedł idealnie — stał się symbolem ulgi. Tak czasem wygląda futbol: mniej jak balet, bardziej jak kino Barei połączone z dramatem Szekspira.
Czy Widzew spadnie z Ekstraklasy?
Odpowiedź brzmi: jeszcze nie, ale zagrożenie jest bardzo realne.
Widzew po porażce w Kielcach znalazł się w sytuacji, w której musi patrzeć nie tylko na siebie, ale również na wyniki rywali. Po piątkowych spotkaniach miał 39 punktów, Korona po zwycięstwie awansowała na 11. miejsce z 42 punktami, a Widzew był 15. Lechia Gdańsk miała 38 punktów i mogła zepchnąć łodzian do strefy spadkowej, jeśli wygra swój mecz 33. kolejki.
Ostatnia kolejka zapowiada się więc dla Widzewa jak finał bez dogrywki. Łodzianie zagrają u siebie z Piastem Gliwice. To spotkanie może zdecydować o wszystkim: o pozostaniu w elicie albo o bolesnym upadku do I ligi.
Widzew nie jest jeszcze skazany. Ale po meczu w Kielcach nie ma już luksusu pomyłki. W futbolu mówi się czasem, że tabela nie kłamie. Teraz tabela Widzewowi nie tyle kłamie, ile patrzy prosto w oczy i pyta: „macie jeszcze charakter?”.
Korona bezpieczna, Widzew na krawędzi
Korona Kielce zrobiła to, co w takich meczach liczy się najbardziej — wygrała. Nie musiała zachwycać. Nie musiała pisać poematu. Wystarczyło jedno zdanie, jedno uderzenie Błanika, jedna chwila odwagi.
Widzew wraca do Łodzi z pustymi rękami i głową pełną rachunków. A przecież łódzki klub dobrze zna historię wielkich powrotów, wielkich kryzysów i wielkich emocji. Teraz jednak nie wystarczy historia, herb i wspomnienia. W ostatniej kolejce potrzebne będą punkty.
Bo Widzew Łódź wciąż może się utrzymać. Ale po porażce z Koroną znalazł się niebezpiecznie blisko miejsca, z którego widać już nie światła stadionów Ekstraklasy, lecz mrok zaplecza.


































































Napisz komentarz
Komentarze