Największe zbliżenie nastąpi około godziny 13.14 czasu polskiego. Planetoida minie nas w odległości około 2,56 miliona kilometrów, czyli mniej więcej 6,66 średniego dystansu między Ziemią a Księżycem. W kosmicznej skali to sąsiedzki przejazd za płotem. W ludzkiej skali — dystans ogromny, wielokrotnie większy niż jakakolwiek trasa, którą potrafimy sobie wyobrazić bez mapy nieba i odrobiny pokory.
Obiekt porusza się względem Ziemi z prędkością około 8,9 km/s. Gdyby chcieć ująć to bardziej obrazowo: w czasie, w którym człowiek czyta kilka zdań tego tekstu, planetoida pokonuje odległość, jaką samochód na trasie ekspresowej jechałby wiele minut.
Kosmiczny gość z katalogu NASA
Planetoida 1997 NC1 została odkryta 5 lipca 1997 roku z obserwatorium GEODSS na wulkanie Haleakala na Hawajach. Od tamtej pory jest śledzona przez astronomów, a jej orbita została wyliczona bardzo precyzyjnie. Europejska Agencja Kosmiczna podaje, że odległość przelotu znana jest z dokładnością do kilku kilometrów, co przy dystansie liczonym w milionach kilometrów pokazuje, jak zaawansowana jest dziś astronomia obserwacyjna.
Warto zatrzymać się przy słowie „blisko”. Gdy media piszą, że asteroida przeleci blisko Ziemi, nie oznacza to, że zobaczymy ją za oknem nad Tomaszowem Mazowieckim niczym kometę z romantycznych rycin. To „blisko” oznacza blisko w języku astronomów. Tak jak u Lema: kosmos ma własną skalę absurdu, dystansu i ciszy.
Czy będzie ją można zobaczyć?
Teoretycznie tak, ale nie gołym okiem. ESA wskazuje, że w maksimum jasności obiekt może znaleźć się w zasięgu amatorskich teleskopów. Problemem będzie jednak jasny Księżyc, który utrudni obserwacje. Potrzebny będzie więc nie tylko sprzęt, ale też dobre warunki, ciemne niebo i cierpliwość.
Dla większości z nas 1997 NC1 pozostanie więc nie spektaklem na niebie, lecz wiadomością z wielkiej mapy Układu Słonecznego. Taką, która przypomina, że nad naszym codziennym światem — szkołami, drogami, sesjami rad, korkami i kolejkami do lekarzy — trwa ruch większy, starszy i obojętny wobec naszych spraw.
Duża, ale nie niebezpieczna
Szacowany rozmiar planetoidy wynosi od 750 do 1650 metrów. Rozbieżność bierze się m.in. z niepewności dotyczącej albedo, czyli zdolności powierzchni obiektu do odbijania światła. Im jaśniejsza powierzchnia, tym mniejszy może być rzeczywisty rozmiar ciała niebieskiego. Niektóre raporty sugerują nawet wysokie albedo, co oznaczałoby, że obiekt jest mniejszy niż wynikałoby z bardziej ostrożnych wyliczeń.
NASA/JPL planuje obserwacje radarowe, które mają pomóc doprecyzować te dane. Takie przeloty są dla naukowców okazją, by lepiej poznać planetoidy bliskie Ziemi — ich kształt, rotację, powierzchnię i zachowanie na orbicie.
Następne takie zbliżenie dopiero w 2088 roku
Poprzedni wyraźny przelot tej planetoidy w pobliżu Ziemi miał miejsce 29 czerwca 1993 roku. Kolejny podobny nastąpi dopiero 27 czerwca 2088 roku. Dla wielu dzisiejszych obserwatorów to więc wydarzenie jednorazowe, choć bez fajerwerków, syren alarmowych i hollywoodzkiego odliczania.
ESA prowadzi także listę ryzyka, na której znajdują się obiekty z niezerowym prawdopodobieństwem uderzenia w Ziemię. Trzeba jednak czytać te dane rozsądnie. Wpisanie obiektu na taką listę nie oznacza, że katastrofa jest za rogiem. Często po kolejnych obserwacjach orbita zostaje doprecyzowana, a prawdopodobieństwo spada lub znika.
Niebo przypomina o skali
Ta historia ma w sobie coś z dobrego kina science fiction, ale bez katastroficznego finału. Wielka skała, odkryta prawie trzy dekady temu na Hawajach, przemknie obok Ziemi w bezpiecznej odległości. Nie przewróci nam stolików w ogródkach, nie zatrzyma wakacyjnego ruchu na S8, nie zmieni planów na sobotnie popołudnie.
A jednak warto o niej napisać. Bo takie wydarzenia przypominają, że Ziemia nie jest nieruchomą sceną, na której odgrywamy swoje lokalne dramaty. Jest planetą w ruchu, jednym z wielu aktorów kosmicznego teatru. I czasem, bardzo rzadko, obok tej sceny przelatuje skalny świadek sprzed miliardów lat.
Tym razem tylko przeleci.




Napisz komentarz
Komentarze