Artykuł w skrócie
- Drastyczny wzrost kosztów produkcji ceramiki – koszty wytwarzania wyrobów ceramicznych w Polsce wzrosły w 2025 roku o ponad 51 proc. w porównaniu do roku 2021.
- Zalew tanich płytek z Indii – w 2024 roku Indie odpowiadały już za połowę tonażu sprowadzanych do Polski płytek, a import z tego kierunku nie podlega unijnym opłatom CBAM, mimo że krajowi producenci ponoszą koszty ETS.
- Zwolnienia grupowe w firmie Cersanit – redukcja etatów obejmie do 487 osób, w tym pracowników fabryki w pobliskim Opocznie.
- Stabilna sytuacja w Ceramice Paradyż – na ten moment nie ma potwierdzenia zwolnień w tomaszowskich zakładach spółki, a firma prowadzi rekrutacje, jednak kryzys w branży pozostaje sygnałem ostrzegawczym dla całego regionu.
Na początku września 2026 roku z polskiego przemysłu ceramicznego nadeszła wiadomość, której w Tomaszowie Mazowieckim nie sposób zignorować. Cersanit zamierza zwolnić do 487 pracowników w zakładach w Krasnymstawie, Starachowicach, Opocznie, Radomiu i Wałbrzychu. Redukcje mają potrwać od sierpnia do listopada. Firma jako przyczyny wskazała wysokie koszty energii i surowców, problemy na rynku ukraińskim, słabszy popyt, spadek zamówień i sprzedaży.
Opoczno leży kilkadziesiąt kilometrów od Tomaszowa. To ten sam gospodarczy organizm ceramiczny, który przez dziesięciolecia wyrósł między Opocznem, Tomaszowem Mazowieckim, Paradyżem i Wielką Wolą. Tu fabryka nie jest abstrakcyjnym punktem na mapie PKB. To sąsiad, mąż, żona, rodzic. To ciężarówki lokalnych przewoźników, zamówienia dla podwykonawców, wypłaty wydawane w miejscowych sklepach i podatki zasilające samorządy.
A nad całą branżą zaczyna zbierać się coraz więcej chmur.
Koszt produkcji wzrósł o ponad połowę
Według Polskiej Unii Ceramicznej koszt wytwarzania wyrobów ceramicznych w Polsce był w 2025 roku o ponad 51 proc. wyższy niż w 2021 roku. Branża należy do najbardziej energochłonnych – gaz jest potrzebny przede wszystkim do wypalania produktów, energia elektryczna zasila rozbudowane linie technologiczne. Cerame-Unie podaje, że w części przemysłu ceramicznego sama energia może odpowiadać nawet za 30 proc. kosztów produkcji.
Do rachunku dochodzi CO₂. Średnia cena uprawnień do emisji w unijnym ETS w okresie od marca do sierpnia 2026 roku wyniosła 75,99 euro za tonę. Dla przedsiębiorstwa wykorzystującego ogromne ilości gazu nie jest to pozycja, którą można potraktować jak księgowy drobiazg.
Nie sposób natomiast uczciwie podać jednej „ceny gazu dla polskiej fabryki płytek”. Duże przedsiębiorstwa kupują energię w ramach różnych kontraktów, zabezpieczają ceny na różne okresy, a warunki takich umów nie są publiczne. Można więc precyzyjnie wskazać kierunek i skalę wzrostu kosztów całego sektora, ale przypisywanie konkretnego kosztu energii Ceramice Paradyż bez danych przedsiębiorstwa byłoby zgadywaniem.
Polska nadal ceramiczną potęgą. Tyle że konkurencja przypływa z Azji
Polska nie jest w tej branży statystą. Polska Unia Ceramiczna ocenia potencjał krajowych producentów na około 130 mln metrów kwadratowych płytek rocznie, co daje nam trzecie miejsce w Europie. Bezpośrednio branża zatrudnia ponad 5 tys. osób, a wraz z sektorami powiązanymi daje pracę – według PUC – około 60 tys. ludzi.
Jednak rynek zmienia się w tempie, którego trudno nie zauważyć. W 2024 roku do Polski sprowadzono 28,4 mln mkw. płytek, aż o 20,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Ponad 90 proc. importu pochodziło z Indii, Hiszpanii, Ukrainy i Włoch, przy czym to właśnie Indie stały się największym zagranicznym dostawcą. W tym samym czasie sprzedaż krajowa polskich producentów spadła o 10 proc.
Jeszcze bardziej wymownie wygląda struktura importu. Z danych przywoływanych przez „Puls Biznesu” wynika, że w 2024 roku Indie odpowiadały już za połowę tonażu sprowadzanych do Polski płytek, podczas gdy dekadę wcześniej ich udział nie przekraczał 10 proc. Średnia cena importowa wyrobów indyjskich była ponad dwukrotnie niższa od hiszpańskich i około trzykrotnie niższa od włoskich.
To nie jest więc wrażenie właściciela jednej hurtowni ani narzekanie producentów, którzy nie lubią konkurencji. Struktura europejskiego rynku rzeczywiście się przesuwa.
W całej Unii import płytek z Indii wzrósł z 47,8 mln mkw. w 2024 roku do 51,47 mln mkw. w 2025 roku. W stosunku do 2022 roku oznacza to wzrost aż o 77 proc. Tymczasem sprzedaż producentów unijnych pozostawała na historycznie niskim poziomie 346 mln mkw.
„Hindusi nie płacą za CO₂”? To wymaga dopowiedzenia
Często można usłyszeć proste zdanie: europejska fabryka płaci za CO₂, a indyjska nie.
Problem istnieje, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.
Indie uruchamiają własny Carbon Credit Trading Scheme – CCTS, czyli system handlu certyfikatami węglowymi. W 2026 roku obowiązkowymi celami emisyjnymi objęto tam setki przedsiębiorstw z energochłonnych sektorów. System obejmuje m.in. cement, aluminium, przemysł petrochemiczny, rafinerie, papiernictwo czy tekstylia. Produkcji płytek ceramicznych nie ma jednak obecnie wśród sektorów wymienionych w indyjskim mechanizmie obowiązkowym.
Dlatego zdanie „Indie nie mają polityki klimatycznej” jest nieprawdziwe. Prawdziwe jest natomiast coś innego: producent płytek działający w Indiach nie ponosi takiego samego bezpośredniego ciężaru regulacyjnego jak fabryka objęta europejskim ETS.
I tutaj dochodzimy do jednego z największych paradoksów europejskiej polityki przemysłowej.
Jest ETS. Jest CBAM. Tylko płytek w CBAM nie ma
Od 1 stycznia 2026 roku działa docelowa faza unijnego mechanizmu CBAM. Jego idea jest stosunkowo prosta: jeżeli europejski producent ponosi cenę emisji CO₂, to produkt sprowadzany spoza Unii powinien zostać na granicy obciążony odpowiadającym jej kosztem. W przeciwnym razie produkcja może po prostu przenieść się tam, gdzie wymagania klimatyczne są łagodniejsze – a Europa zamiast ograniczyć emisje, ograniczy własny przemysł.
Komisja Europejska sama nazywa to zjawisko carbon leakage, czyli ucieczką emisji.
Problem w tym, że obecny CBAM obejmuje cement, stal i żelazo, aluminium, nawozy, energię elektryczną i wodór.
Płytek ceramicznych na tej liście nie ma.
Powstaje więc pytanie, które branża zadaje Brukseli coraz głośniej: dlaczego fabryka w Polsce ma płacić europejską cenę emisji, podczas gdy konkurencyjna płytka przypływająca z Azji nie jest na granicy obciążona analogicznym mechanizmem?
Polska Unia Ceramiczna oficjalnie domaga się rozszerzenia CBAM na płytki ceramiczne. Europejska branża ostrzega jednocześnie, że sposób aktualizacji benchmarków ETS rozważany przez Komisję mógłby zwiększyć koszty emisji producentów płytek nawet o 34 proc. od 2026 roku. CET przekonuje, że zastosowanie rozwiązania lepiej dostosowanego do technologicznych realiów sektora powinno zamiast tego prowadzić do obniżenia kosztów.
To już nie jest spór ekologów z „dymiącymi fabrykami”. To pytanie o to, czy europejska polityka klimatyczna potrafi odróżnić dekarbonizację od deindustrializacji.
Bo jeśli piec zgaśnie w Polsce czy we Włoszech, a płytka zostanie wypalona w Azji i przewieziona statkiem do Europy, atmosfera nie dostanie europejskiego certyfikatu potwierdzającego, że emisja wydarzyła się poza granicami Unii.
Cła już są. I nie zatrzymały importu
Nie można również napisać, że Unia pozostawiła europejskich producentów zupełnie bez ochrony.
Na płytki ceramiczne pochodzące z Indii obowiązują cła antydumpingowe ustanowione rozporządzeniem wykonawczym Komisji (UE) 2023/265 i później aktualizowane. W zależności od producenta stawki wynoszą 6,7 proc., 7,3 proc. lub 8,7 proc., przy czym dla określonej grupy producentów obowiązuje wyjątek.
Tyle że import mimo tych ceł rośnie.
I właśnie dlatego branża pyta, czy instrument, który miał chronić europejski rynek przed dumpingiem, jest wystarczający. Jeżeli towar po wydobyciu surowców, wyprodukowaniu, zapakowaniu, przetransportowaniu do portu, przewiezieniu drogą morską na inny kontynent, odprawie celnej i doliczeniu cła nadal może być konkurencyjny wobec produktu wytwarzanego kilkadziesiąt kilometrów od sklepu, różnica kosztowa musi być znaczna.
Market jest ostatnią sceną tego spektaklu
Najłatwiej wskazać winnego: wielkie sieci handlowe. Można powiedzieć, że kupują najtaniej w Indiach, a różnicę zostawiają sobie jako marżę.
Tyle że publicznie dostępne dane nie pozwalają tego dziś udowodnić. Do tego potrzebne byłyby ceny zakupu, umowy z dostawcami, rabaty wolumenowe i rzeczywiste marże poszczególnych sieci.
Co więcej, szybki przegląd aktualnej oferty Castoramy pokazuje ciekawą rzecz. Wyprodukowany w Indiach gres Jolla był oferowany za 39,98 zł/mkw., ale w tej samej sieci gres Ceramiki Paradyż z kolekcji Olimar kosztował 38,98 zł/mkw. Z drugiej strony inny gres produkowany w Indiach kosztował aż 118 zł/mkw.
Na sklepowej półce nie istnieje więc prosta linia: „Indie – tanio, Polska – drogo”.
Prawdziwa różnica ujawnia się wcześniej, na poziomie średnich cen importowych, kosztów produkcji i siły negocjacyjnej dostawców. I tutaj dane są już znacznie bardziej jednoznaczne – indyjska płytka trafia do Europy przeciętnie dużo taniej.
Dla sieci handlowej rachunek jest prosty. Musi mieć towar, który klient chce kupić w określonej cenie. Dla polskiego producenta rachunek jest brutalniejszy: poniżej pewnego poziomu ceny można sprzedać produkt, ale nie da się przez lata utrzymywać fabryki.
Jakość może przestać wystarczać
Polskie firmy przez lata budowały pozycję wzornictwem, technologią i jakością. Paradyż, Cersanit, Tubądzin, Cerrad czy Końskie stworzyły z Polski jedno z najważniejszych ceramicznych zagłębi Europy.
Tyle że jakość nie istnieje w próżni.
Klient remontujący łazienkę albo dom może doceniać polską markę, ale gdy ma do wyłożenia 70 czy 100 metrów powierzchni, różnica kilkudziesięciu złotych na metrze zaczyna oznaczać kilka tysięcy złotych. Przy kredycie, kosztach robocizny i cenach materiałów patriotyzm gospodarczy przegrywa czasem przy kasie z kalkulatorem.
To trochę jak ze starym powiedzeniem przypisywanym Benjaminowi Franklinowi: gorycz złej jakości pozostaje długo po tym, gdy zapomni się o słodyczy niskiej ceny. Problem w tym, że współczesny konsument najpierw musi mieć pieniądze, żeby tę jakość kupić.
Tomaszów już dostał pierwsze ostrzeżenie
Dla Tomaszowa Mazowieckiego ta historia ma bardzo konkretną nazwę – Ceramika Paradyż.
Na przełomie 2025 i 2026 roku pojawiła się informacja o planowanych zwolnieniach grupowych obejmujących do 140 pracowników zakładów w Opocznie i Wielkiej Woli. Dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Tomaszowie Mazowieckim Ewa Gadko informowała wówczas, że urząd nie otrzymał zgłoszenia dotyczącego zwolnień grupowych w Tomaszowie ani powiecie tomaszowskim. Trzech mieszkańców naszego powiatu, którzy wcześniej pracowali w zakładzie w Opocznie, zarejestrowało się w grudniu 2025 roku jako bezrobotni.
I to zastrzeżenie pozostaje niezwykle ważne.
Nie ma podstaw, by twierdzić, że Ceramika Paradyż zapowiedziała obecnie zwolnienia grupowe w Tomaszowie Mazowieckim.
Wręcz przeciwnie: na aktualnej stronie rekrutacyjnej przedsiębiorstwo podaje, że zatrudnia ponad 1200 pracowników w pięciu zakładach produkcyjnych i nadal poszukuje ludzi do pracy w Tomaszowie – m.in. operatorów maszyn ceramicznych, pracowników magazynowych czy specjalistów logistyki.
To dobra wiadomość. Nie powinna jednak usypiać czujności.
Bo Cersanit również jest wielką firmą, nowoczesnym producentem i eksporterem. A jednak we wrześniu 2026 roku prawie pół tysiąca jego pracowników usłyszało, że dotychczasowy model produkcji wymaga bolesnej korekty.
Jeśli przemysł przegra, problem nie zostanie w Brukseli
Europa chce być zielona, konkurencyjna i przemysłowa jednocześnie. To ambitny plan. Tyle że trzech koni nie da się prowadzić w trzy różne strony i oczekiwać, że wóz pojedzie prosto.
Jeżeli europejski producent ma płacić coraz więcej za energię, emisje i dostosowanie zakładów do kolejnych norm, a jednocześnie ma bezpośrednio konkurować z towarem wytwarzanym w zupełnie innych warunkach kosztowych, prędzej czy później ktoś ten rachunek zapłaci.
Najpierw może to być akcjonariusz.
Potem pracownik.
Na końcu miasto, w którym zamknie się brama fabryki.
Dyskusja o ETS, CBAM, benchmarkach emisyjnych i cłach brzmi jak typowy brukselski alfabet, równie odległy od codzienności jak debata o kolejnej dyrektywie zapisanej drobnym drukiem w „Dzienniku Urzędowym UE”.
Ale w Tomaszowie Mazowieckim ten alfabet ma bardzo prostą translację: praca.
Dziś nie ma podstaw, by przepowiadać kryzys tomaszowskim zakładom Ceramiki Paradyż. Byłoby to nieodpowiedzialne. Jest natomiast wystarczająco dużo powodów, by pytać, czy Europa stworzy takie warunki, aby za pięć czy dziesięć lat nadal opłacało się tutaj produkować.
Bo jeżeli przegra europejski przemysł ceramiczny, skutki tej porażki nie pojawią się najpierw pod gmachem Komisji Europejskiej.
Mogą pojawić się znacznie bliżej – przy bramach zakładów w Tomaszowie, Opocznie i Wielkiej Woli.



Napisz komentarz
Komentarze