Bo Konfederacja od lat przypomina polityczny zespół grający na jednej scenie, ale nie zawsze według tej samej partytury. Są wolnościowcy z Nowej Nadziei, narodowcy z Ruchu Narodowego, są ambicje, frakcje, osobowości i własne polityczne zaplecza. A teraz dochodzi jeszcze stowarzyszenie prowadzone przez europosłankę, która w ostatnich miesiącach i tak znalazła się w centrum wewnętrznych napięć.
Ruch Biało-Czerwoni: pomoc obywatelom czy polityczne zaplecze?
Ewa Zajączkowska-Hernik, informując o powstaniu stowarzyszenia, przekonywała, że chce budować środowisko ludzi gotowych do „konkretnego działania dla dobra rodaków”. W jej deklaracji pojawił się mocny społeczny ton: pomoc osobom, które w trudnych sprawach są zdane na decyzje urzędów, nagłaśnianie problemów, wspieranie w kontaktach z instytucjami oraz działanie na rzecz — jak to ujęto — sprawiedliwych i rozsądnych rozwiązań.
Brzmi to jak klasyczna formuła organizacji obywatelskiej. Ale w polityce, zwłaszcza tej partyjnej, nic nie jest całkiem niewinne. Stowarzyszenie zakładane przez rozpoznawalną europosłankę nie jest zwykłym klubem dyskusyjnym. Może być zapleczem społecznym, narzędziem mobilizacji sympatyków, laboratorium przyszłych kadr, a czasem — choć oficjalnie nikt nie musi tego mówić — także łodzią ratunkową na wypadek politycznych sztormów.
Nowa Nadzieja patrzy chłodno
Najbardziej ostrożnie, a miejscami wręcz nieufnie, na inicjatywę patrzą przedstawiciele Nowej Nadziei. Grzegorz Płaczek, szef klubu poselskiego Konfederacji i polityk partii Sławomira Mentzena, podkreślił w rozmowie z PAP, że Ruch Biało-Czerwoni jest prywatną inicjatywą Ewy Zajączkowskiej-Hernik, a nie organizacją składową Konfederacji.
Płaczek zauważył też, że w polityce pojawiła się moda na tworzenie nowych stowarzyszeń — wskazując przy tym przykład byłego premiera Mateusza Morawieckiego i jego aktywności poza strukturą PiS. W jego ocenie projekt Zajączkowskiej-Hernik może być „pewnego rodzaju konkurencją” dla Nowej Nadziei.
To ważne zdanie. Nie pada tu jeszcze słowo „rozłam”, ale pojawia się polityczny kod ostrzegawczy. W partiach słowo „konkurencja” wypowiedziane o inicjatywie koleżanki z szerokiego obozu zwykle nie oznacza spokojnej wymiany poglądów przy kawie. Oznacza pytanie o lojalność, wpływy i kontrolę nad ludźmi.
Ruch Narodowy widzi sprawę inaczej
Zupełnie inny ton słychać po stronie Ruchu Narodowego. Krzysztof Tuduj, poseł Konfederacji i wiceprezes Ruchu Narodowego, powiedział PAP, że inicjatywę Zajączkowskiej-Hernik „przyjmuje ciepło”. Według niego stowarzyszenie może być miejscem działania dla osób, które nie chcą należeć do partii politycznej, ale chcą pracować społecznie i ideowo.
Tuduj wyraźnie rozdziela partię od stowarzyszenia. Co więcej, nie tylko nie widzi w tym zagrożenia, ale spodziewa się, że podobnych inicjatyw w środowisku Konfederacji może być więcej. W jego ocenie mogą one wzmacniać cele zgodne z postulatami Konfederacji.
To z kolei pokazuje różnicę kultury organizacyjnej między dwoma głównymi nurtami Konfederacji. Nowa Nadzieja wydaje się czytać sytuację przez pryzmat dyscypliny i spójności partyjnej. Ruch Narodowy — przynajmniej w tej sprawie — przedstawia się jako środowisko bardziej przyzwyczajone do działalności w wielu organizacjach równolegle: stowarzyszeniach, fundacjach, inicjatywach patriotycznych i społecznych.
Sprawa Doroty Spalony i pytanie o granice lojalności
Najbardziej konkretny spór dotyczy Doroty Spalony, działaczki Nowej Nadziei, która poinformowała publicznie, że została „wyrzucona” z partii po przystąpieniu do stowarzyszenia Ewy Zajączkowskiej-Hernik. Jak napisała, usłyszała, że według interpretacji statutu sama wykluczyła się z ugrupowania, ponieważ przystąpiła do organizacji uznanej za sprzeczną z celami partii.
Przedstawiciele Nowej Nadziei przedstawiają sprawę inaczej: nie jako wyrzucenie, lecz jako skutek zapisów statutowych. Wskazywany przepis mówi o utracie członkostwa w razie samowolnego przystąpienia do innej partii politycznej albo organizacji, której cele, metody działania i interesy są sprzeczne z celami, metodami działania i interesem partii.
Tu pojawia się sedno sporu. Czy stowarzyszenie deklarujące promocję patriotyzmu, przedsiębiorczości, tradycji i historii narodowej rzeczywiście można uznać za organizację sprzeczną z interesem Nowej Nadziei? Czy decydują zapisy w dokumentach, czy realny kontekst polityczny: osoby, frakcje, europarlamentarne wybory i przesuwanie się Zajączkowskiej-Hernik w stronę środowiska narodowego?
W polityce statut bywa jak nóż w teatrze Czechowa: jeśli wisi na ścianie w pierwszym akcie, prędzej czy później ktoś po niego sięgnie.
Europejski epizod, który wrócił krajowym echem
Sprawa stowarzyszenia nie pojawiła się w próżni. Pod koniec marca Zajączkowska-Hernik poinformowała o dołączeniu do frakcji Patrioci dla Europy w Parlamencie Europejskim. Opuściła tym samym grupę Europy Suwerennych Narodów, z którą związani są europosłowie Nowej Nadziei: Marcin Sypniewski i Stanisław Tyszka.
Formalnie europosłanka zapewniała, że nie rezygnuje z członkostwa w Nowej Nadziei i nie została poinformowana o wykluczeniu. Później jednak rzecznik Konfederacji Wojciech Machulski mówił, że sama wykluczyła się z partii, ponieważ nie skonsultowała przejścia do innej grupy w PE. Zajączkowska-Hernik odpowiadała, że narracja o „samowykreśleniu” jest nieprawdziwa i że została wykreślona z listy członków Nowej Nadziei.
To nie jest wyłącznie techniczny spór o regulamin partyjny. To pytanie o to, kto w Konfederacji wyznacza granice samodzielności politycznej. Czy europoseł może zmienić frakcję w Parlamencie Europejskim bez zgody macierzystej partii? Czy działacz może należeć do stowarzyszenia prowadzonego przez polityka tego samego obozu? I wreszcie: czy Konfederacja jest federacją środowisk, czy coraz bardziej partią wymagającą jednolitej dyscypliny?
Cień Morawieckiego i moda na ruchy obok partii
Nieprzypadkowo Grzegorz Płaczek przywołał przykład Mateusza Morawieckiego. W polskiej polityce stowarzyszenia zakładane „obok” partii rzadko są tylko obywatelskimi dodatkami. Bywają zapleczem eksperckim, kadrowym, medialnym i terenowym. Czasami pozwalają politykowi poszerzyć wpływy bez formalnej wojny z partią. Czasami są pierwszym etapem budowy nowego projektu.
Historia III RP zna wiele podobnych konstrukcji: ruchy społeczne, kluby, fundacje, komitety i inicjatywy, które zaczynały jako zaplecze ideowe, a kończyły jako realne narzędzie polityczne. Nie zawsze prowadziło to do rozłamu, ale zawsze wprowadzało nowy układ sił.
W przypadku Konfederacji napięcie jest szczególne, bo ugrupowanie od początku opiera się na sojuszu różnych środowisk. Ta różnorodność bywała jego siłą — pozwalała łączyć wyborców wolnorynkowych, narodowych, antysystemowych i konserwatywnych. Ale ta sama różnorodność może stać się słabością, gdy zaczyna się walka o pierwszeństwo w marszu.
Co dalej?
Na razie Ruch Biało-Czerwoni jest stowarzyszeniem, nie partią. Jego liderka deklaruje działalność społeczną i obywatelską, a politycy Ruchu Narodowego nie ukrywają życzliwości wobec tej inicjatywy. Nowa Nadzieja zachowuje dystans, a w tle pojawia się już praktyka wyciągania konsekwencji wobec osób, które do stowarzyszenia przystąpiły.
To sytuacja, w której każde kolejne nazwisko będzie miało znaczenie. Jeżeli do Ruchu Biało-Czerwonych zaczną dołączać rozpoznawalni działacze Konfederacji, sprawa przestanie być epizodem. Stanie się testem lojalności i realnej pozycji Ewy Zajączkowskiej-Hernik po jej politycznym przesunięciu w stronę narodowców.
Konfederacja na zewnątrz nadal mówi jednym głosem o walce o Polskę. Wewnątrz jednak coraz wyraźniej słychać kilka melodii. Pytanie brzmi, czy uda się z nich złożyć marsz, czy raczej kakofonię, w której każdy instrument gra już pod własną przyszłą kampanię.




Napisz komentarz
Komentarze