21 czerwca 2001 roku zmarł John Lee Hooker, jeden z najważniejszych bluesmanów XX wieku. Ćwierć wieku później jego muzyka nie brzmi jak muzealny eksponat. Przeciwnie – nadal chodzi własnym krokiem. Trochę bokiem, trochę pod prąd, nie zawsze zgodnie z metronomem, ale zawsze prosto w nerw.
Jak przypomina dziennikarz muzyczny Jan Chojnacki, przez ponad 45 lat prowadzący radiowy „Bielszy odcień bluesa”, wystarczyło kilka dźwięków gitary, charakterystyczny rytm i niski, spiżowy głos, by od razu rozpoznać autora „Boom Boom” i „Boogie Chillen’”. Hooker był jednym z tych muzyków, którzy stworzyli nie tylko repertuar, ale własny język.
Z Missisipi do Detroit. Blues wielkiej migracji
John Lee Hooker urodził się 22 sierpnia 1917 roku w pobliżu Clarksdale w stanie Missisipi. Wyrósł w świecie, z którego narodził się blues Delty: świecie ciężkiej pracy, rasowych napięć, biedy, religii, rodzinnych opowieści i muzyki granej nie dla eleganckich sal, lecz dla ludzi, którzy potrzebowali przetrwać kolejny dzień.
W grę na gitarze wprowadzał go ojczym, William Moore, muzyk bluesowy. Później Hooker, jak wielu Afroamerykanów z Południa, ruszył na Północ. Trafił do Detroit, miasta fabryk, samochodów i przemysłowego huku. W dzień pracował m.in. jako stróż, nocą grał na domowych przyjęciach. Tam właśnie jego surowy, hipnotyczny styl zaczął przyciągać uwagę.
W 1948 roku nagrał „Boogie Chillen’”. Utwór stał się jednym z kamieni milowych elektrycznego bluesa. Rock and Roll Hall of Fame przypomina, że Hooker rozpoczął karierę w latach 40., a jego brzmienie — grube, chropowate, „toczące się” — było natychmiast rozpoznawalne. Do Rock and Roll Hall of Fame został wprowadzony w 1991 roku jako wykonawca.
Muzyka, która nie kłaniała się metronomowi
Hooker nie grał bluesa jak szkolnego ćwiczenia. Jego frazy nie zawsze mieściły się w klasycznym schemacie dwunastu taktów. Potrafił wydłużyć wers, skrócić zwrotkę, wejść obok rytmu i wrócić wtedy, kiedy chciał. Dla muzyków akompaniujących bywało to wyzwaniem, ale dla słuchacza miało siłę zaklęcia.
Jan Chojnacki trafnie zauważa, że boogie Hookera przypominało stukot pociągu. Było surowe, transowe, czasem niemal pierwotne. Gdy inni gitarzyści budowali efektowną architekturę solówek, Hooker stawiał jedną ścianę dźwięku i kazał jej drżeć. To dlatego jego muzyka tak mocno oddziałała na rockmanów. Uczyła, że jeden riff może mieć większą siłę niż najbardziej skomplikowana figura.
Ten trop widać u The Rolling Stones, The Animals, The Doors, ZZ Top, George’a Thorogooda, a później także u takich artystów jak Gary Clark Jr., Joe Bonamassa, The Black Keys czy Christone „Kingfish” Ingram. Hooker nie był tylko bluesmanem dla bluesmanów. Był źródłem, z którego pił rock.
Bohater Jaggera, uzdrowiciel Santany
Mick Jagger wspominał Hookera jako jednego z bohaterów swojej młodości. Carlos Santana mówił o nim z jeszcze większą czułością. Dla Santany blues Hookera miał wymiar terapeutyczny. Nieprzypadkowo najważniejszy późny album artysty nosił tytuł „The Healer” – „Uzdrowiciel”.
Wydana w 1989 roku płyta była dla 72-letniego Hookera wielkim powrotem do centrum muzycznego świata. Oficjalna biografia artysty przypomina, że album zgromadził gości takich jak Bonnie Raitt, Carlos Santana, Los Lobos i George Thorogood, zdobył Grammy i sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy.
To był piękny paradoks. W epoce coraz bardziej wypolerowanej produkcji płytowej nagle zwyciężył człowiek brzmiący tak, jakby nagrywał w zadymionym pokoju, z podłogą zamiast perkusji i z pamięcią zamiast partytury. Hooker nie udawał nowoczesności. To nowoczesność musiała przyjść do niego.
Blues Brothers, Grammy i miejsce w historii
Dla szerokiej publiczności jednym z najbardziej znanych filmowych śladów Hookera pozostaje jego występ w „Blues Brothers” z 1980 roku. To scena krótka, ale symboliczna. W filmie pełnym muzycznych legend Hooker pojawia się jak żywy pomnik ulicznego bluesa – bez patosu, bez muzealnego kurzu, z naturalnością człowieka, który nie musi nikomu udowadniać, kim jest.
Lista wyróżnień przyszła później, choć na dobrą sprawę historia przyznała mu rację znacznie wcześniej. John Lee Hooker został wprowadzony do Blues Hall of Fame w 1980 roku, a w 1991 roku do Rock and Roll Hall of Fame. Otrzymał także gwiazdę w Hollywood Walk of Fame oraz Grammy za całokształt twórczości. Grammy odnotowuje jego liczne nominacje i nagrody, w tym wyróżnienia dla nagrań bluesowych i współprac z innymi artystami.
Encyklopedia Britannica przypomina, że w dorobku Hookera znajdują się m.in. „The Healer”, „Don’t Look Back” i „The Best of Friends”, a jego muzyka oddziaływała na takich wykonawców jak The Rolling Stones i The Animals.
Cierpienie, które nie pogrążało
Największa tajemnica Hookera polegała na tym, że śpiewał o samotności, zawodach miłosnych, trudach życia i biedzie, ale jego muzyka nie wciągała słuchacza w rozpacz. Raczej pomagała ją oswoić. Jakby mówiła: tak, świat potrafi przycisnąć człowieka do ściany, ale dopóki jest rytm, dopóki stopa wybija puls, dopóki głos może wydobyć z siebie choćby jedno „boom”, człowiek jeszcze nie przegrał.
To dlatego słowo „uzdrowiciel” tak dobrze do niego pasuje. Hooker nie leczył łatwym pocieszeniem. Nie sprzedawał złudzeń. Jego muzyka była jak stary przyjaciel, który nie mówi: „wszystko będzie dobrze”, tylko siada obok i zostaje. Czasem to wystarcza.
Blues, którego echo słychać także dziś
W Polsce blues ma swoją wierną, osobną publiczność. Od dużych festiwali po małe koncerty klubowe, od radiowych audycji po domowe kolekcje płyt — ta muzyka nigdy nie była wyłącznie amerykańską ciekawostką. W miastach takich jak Tomaszów Mazowiecki również żyje ten sam mechanizm: ludzie wracają do muzyki, która nie jest sezonową dekoracją, lecz sposobem opowiadania o codzienności.
Hooker był mistrzem takiego opowiadania. Nie potrzebował wielkiej metafory. W jego muzyce gitara bywała pociągiem, głos — nocną rozmową, a rytm — dowodem, że mimo wszystko idziemy dalej.
John Lee Hooker zmarł 21 czerwca 2001 roku w Kalifornii. Według ówczesnych depesz odszedł we śnie, w wieku 83 lat. Ostatni koncert zagrał zaledwie tydzień wcześniej. Jakby do końca chciał robić to, co robił najlepiej: zamieniać cierpienie w puls, a samotność w muzykę.
Ćwierć wieku później jego boogie nadal się toczy. Nie pędzi, nie ogląda się na listy przebojów, nie prosi o zgodę. Po prostu idzie. Noga wybija rytm. Gitara odpowiada. A głos Johna Lee Hookera znów przypomina, że blues nie jest muzyką przegranych. Jest muzyką tych, którzy przetrwali.




Napisz komentarz
Komentarze