To dzień fryzjerki, która zna pół miasta lepiej niż lokalna komisja wyborcza. Mechanika, który po dźwięku silnika wie, czy klientowi zepsuł się rozrusznik, alternator, czy po prostu budżet. Księgowej, która w marcu wygląda jak bohaterka filmu wojennego po trzecim akcie. Właściciela sklepu, który jednocześnie jest prezesem, magazynierem, marketingowcem, psychologiem, windykatorem i człowiekiem od „panie, a może taniej?”.
Mikro-, mali i średni przedsiębiorcy nie mają zwykle marmurowych recepcji, złotych wind i sal konferencyjnych nazwanych od planet. Mają za to pieczątkę, ekspres do kawy, który działa wtedy, kiedy chce, i telefon, który dzwoni zawsze w najgorszym momencie: przy obiedzie, u dentysty albo dokładnie wtedy, gdy człowiek po raz pierwszy od tygodnia pomyśli: „dziś może wyjdę wcześniej”.
Lokalna gospodarka zaczyna się od szyldu za rogiem
W Tomaszowie Mazowieckim i okolicach mała firma to nie abstrakcja z ekonomicznego raportu. To sklep, do którego idzie się po bułki. Warsztat, w którym zostawia się samochód z nadzieją, że diagnoza nie zabrzmi jak wyrok Sądu Ostatecznego. Salon, punkt usługowy, kwiaciarnia, kawiarnia, hurtownia, gabinet, firma transportowa, lokalna gastronomia, zakład produkcyjny, przedsiębiorca z laptopem przy kuchennym stole i fakturą w chmurze.
To właśnie oni tworzą codzienną tkankę miasta. Nie w sposób pomnikowy, nie przy orkiestrze i przecięciu wstęgi. Raczej tak, jak w dobrym filmie Kena Loacha: zwyczajnie, uparcie, czasem z przekleństwem pod nosem, ale z poczuciem, że ktoś tę robotę musi wykonać.
Kiedy mówimy „gospodarka”, często widzimy giełdy, indeksy, wielkie koncerny i prezesów w garniturach ostrych jak dialogi u Tarantino. Tymczasem gospodarka bardzo często ma fartuch, robocze spodnie, kasę fiskalną, dostawczaka i kartkę na drzwiach: „Zaraz wracam”. Przy czym „zaraz” bywa pojęciem elastycznym, bo właściciel pojechał po towar, odebrać dziecko, zawieźć dokumenty i jeszcze naprawić coś, czego nikt inny nie chciał dotknąć.
Przedsiębiorca, czyli człowiek wielu talentów i jednego ZUS-u
Prowadzenie firmy bywa w Polsce sportem ekstremalnym, tylko bez kasku i bez transmisji w telewizji. Trzeba znać przepisy, klientów, ceny energii, terminy płatności, programy do faktur, media społecznościowe, a czasami również sztukę dyplomacji na poziomie Kongresu Wiedeńskiego.
Bo klient pyta:
— Czy da się na jutro?
Dostawca mówi:
— Będzie za tydzień.
Urząd przypomina:
— Termin minął wczoraj.
A przedsiębiorca odpowiada:
— Oczywiście, damy radę.
I często naprawdę daje.
To jest w tym wszystkim najbardziej niezwykłe. Małe firmy nie działają dlatego, że świat jest prosty. Działają mimo tego, że świat codziennie rzuca im pod nogi klocki LEGO. Podatki, koszty pracy, rachunki, konkurencja internetowa, opóźnione przelewy, nowe obowiązki, zmiany przepisów, sezonowość, inflacja, braki kadrowe. Gdyby ktoś zrobił serial o codzienności lokalnego przedsiębiorcy, miałby więcej zwrotów akcji niż „Sukcesja”, tylko mniej drogich garniturów i więcej rozmów z księgową.
Mali? Tylko z nazwy
Określenie „mała firma” bywa mylące. Mała może być powierzchnia lokalu. Mały może być magazyn. Mała może być tabliczka nad drzwiami. Ale odpowiedzialność? Ta bywa ogromna.
Bo za każdym takim biznesem stoi rodzina, pracownicy, klienci, lokalni dostawcy, podatki wpływające do budżetu, sponsoring szkolnej drużyny, voucher na loterię fantową, ciasto na festyn, baner przy boisku i ta cicha, codzienna obecność, której często nie zauważamy, dopóki nie zniknie.
Wielka gospodarka lubi mówić językiem strategii. Mała gospodarka mówi: „Dzień dobry, co podać?”, „Proszę usiąść, zaraz zobaczę”, „Zrobię, ale musi pan poczekać”, „Faktura będzie mailem”. I w tych zdaniach jest więcej realnego życia niż w niejednej konferencji o rozwoju.
Święto bez czerwonego dywanu, ale z paragonem
Międzynarodowy Dzień Mikro-, Małych i Średnich Przedsiębiorstw nie będzie zapewne obchodzony fajerwerkami. Nikt nie zamknie ulicy, żeby przedsiębiorcy przeszli w paradzie z kasami fiskalnymi na ramieniu. Choć trzeba przyznać, że pochód z banerem „Nie pytaj, czy można bez faktury” miałby pewien edukacyjny urok.
To święto raczej bez patosu. Bardziej z kawą wypitą na stojąco, z telefonem przy uchu i z myślą: „oby dziś nikt niczego nie reklamował po trzech miesiącach używania niezgodnie z instrukcją”.
Ale właśnie dlatego warto o nim pamiętać. Bo lokalna firma to nie tylko usługa. To relacja. Czasem wieloletnia. Czasem oparta na zaufaniu większym niż w niejednej instytucji. Przedsiębiorca z sąsiedztwa nie jest anonimowym algorytmem z infolinii. On wie, kto bierze chleb krojony, kto zawsze zapomina PIN-u, kto kupuje kwiaty w ostatniej chwili i kto mówi „tylko patrzę”, choć za pięć minut wyjdzie z pełną torbą.
Kupując lokalnie, nie robimy rewolucji. Robimy coś lepszego
Nie trzeba wielkich manifestów. Czasem wystarczy kupić książkę w lokalnej księgarni, naprawić buty u szewca, zamówić obiad w pobliskiej restauracji, skorzystać z usług miejscowej firmy, polecić dobrego fachowca sąsiadowi, zostawić uczciwą opinię w internecie.
To nie jest romantyczna bajka o kapitalizmie z ludzką twarzą. To praktyka. Pieniądze wydane lokalnie mają większą szansę zostać blisko nas. Wrócić w pensjach, usługach, podatkach, sponsoringu, zamówieniach i zwykłej miejskiej energii. Takiej, której nie widać w tabelach, ale czuć ją na ulicach.
Dlatego 27 czerwca warto uśmiechnąć się do tych, którzy codziennie otwierają swoje sklepy, warsztaty, biura, gabinety, punkty usługowe i zakłady. Do tych, którzy nie czekają, aż ktoś stworzy im miejsce pracy, tylko często sami tworzą je dla siebie i innych.
Mikro, mali i średni przedsiębiorcy są trochę jak bohaterowie drugiego planu w dobrym filmie. Bez nich fabuła po prostu by się rozsypała.
A jeśli ktoś uważa inaczej, niech spróbuje przeżyć tydzień bez piekarni, fryzjera, mechanika, sklepu za rogiem, księgowej, hydraulika, kawiarni, lokalnej hurtowni, punktu napraw i człowieka, który „może podjechać, ale dopiero po siedemnastej”.
Powodzenia. To byłby horror. I to bez happy endu.




Napisz komentarz
Komentarze