Było gorąco — dosłownie i muzycznie. Wysoka temperatura nie odstraszyła publiczności, która po raz kolejny pokazała, że Tomaszów potrafi świętować. W parku nie brakowało rodzin z dziećmi, młodzieży, seniorów, grup znajomych i tych wszystkich, którzy przyszli po prostu pobyć razem. Bo taki festiwal, jeśli ma sens, musi być czymś więcej niż sceną i nagłośnieniem. Musi być miejscem spotkania.
Od lokalnych głosów po mocne brzmienie wieczoru
Sobotni program miał szeroki muzyczny oddech. Na scenie wystąpili Kazzu, Wokaliści MCK, Teatr Piosenki MCK, Chór Artis Gaudium, Sarius oraz happysad. Każdy z tych występów dopisał do drugiego dnia festiwalu własny fragment — raz lżejszy, raz bardziej energetyczny, raz oparty na lokalnej wrażliwości, innym razem na mocnym scenicznym doświadczeniu.
Szczególnie ważna była obecność wykonawców związanych z Miejskim Centrum Kultury. Wokaliści MCK, Teatr Piosenki MCK i Chór Artis Gaudium przypomnieli, że Festiwal „A może byśmy tak… do Tomaszowa” nie jest wyłącznie miejscem prezentacji zaproszonych gwiazd. To także przestrzeń dla lokalnych artystów, ludzi pracujących przez cały rok, często z dala od wielkiego światła reflektorów, ale za to bardzo blisko miasta i jego mieszkańców.
W ich występach była ta zwyczajna, a przez to cenna prawda o kulturze lokalnej: że nie rodzi się ona wyłącznie na wielkich scenach, ale także w salach prób, domach kultury, chórach, zespołach, warsztatach, zajęciach wokalnych i teatralnych. To tam powstaje tkanka, bez której żadne miejskie święto nie miałoby duszy.
Sarius i happysad, czyli dwa różne języki emocji
Wieczorna część programu należała już do artystów dobrze znanych szerszej publiczności. Sarius wniósł na scenę swoją charakterystyczną energię — mocniejszą, bardziej bezpośrednią, opartą na rytmie, słowie i kontakcie z publicznością. To był występ dla tych, którzy w muzyce szukają nerwu, współczesnego pulsu i emocji wypowiadanych bez ozdobników.
Z kolei happysad to zespół, który od lat ma w Polsce własny, bardzo wierny krąg odbiorców. Ich piosenki są jak zapis pokoleniowych rozmów: trochę o miłości, trochę o rozczarowaniu, trochę o dorastaniu, trochę o tym, że w życiu nie wszystko układa się w równy refren. Na tomaszowskiej scenie zabrzmiały więc emocje dobrze znane wielu słuchaczom — takie, które śpiewa się razem, nawet jeśli każde pokolenie rozumie je trochę po swojemu.
I właśnie w tym była siła sobotniego wieczoru. Festiwal nie zamknął się w jednym muzycznym klimacie. Łączył lokalne prezentacje, chór, piosenkę sceniczną, rap i rockowe granie. Jakby mówił: Tomaszów nie ma jednego głosu. Ma ich wiele.
Dzieci też miały swoje święto
Nie zabrakło również atrakcji dla najmłodszych. W strefie dziecka można było sprawdzić swoje siły na torze przeszkód, pobawić się ruchem, a także wykazać kreatywnością podczas zajęć plastycznych. Dla wielu rodzin to właśnie takie elementy decydują o tym, czy miejskie wydarzenie naprawdę jest otwarte dla wszystkich.
Bo festiwal rodzinny nie zaczyna się wtedy, gdy ktoś napisze to na plakacie. Zaczyna się wtedy, kiedy dzieci mają swoje miejsce, rodzice mogą na chwilę odetchnąć, a wspólne popołudnie nie kończy się po pierwszym koncercie. Sobotnia strefa najmłodszych dobrze wpisała się w ten klimat — była lekka, wakacyjna i potrzebna.
Publiczność zdała egzamin z energii
Organizatorzy dziękowali artystom za występy, ale równie mocne podziękowania należą się publiczności. Mimo wysokiej temperatury mieszkańcy dopisali. Była obecność, była energia, była atmosfera. A to w przypadku miejskiego święta znaczy najwięcej.
Festiwale mają swoją technikę, harmonogramy, scenariusze, grafiki, zapowiedzi i zaplecze organizacyjne. Ale dopiero ludzie pod sceną sprawiają, że wydarzenie zaczyna żyć naprawdę. Drugi dzień pokazał, że tomaszowianie wciąż chcą spotykać się w takiej formule — przy muzyce, w przestrzeni miasta, z poczuciem, że na chwilę codzienność można odłożyć na bok.
Przed nami finał
Za nami już dwa dni pełne muzyki, radości i wspólnego świętowania. Najpierw piątkowy przemarsz i koncertowe otwarcie, teraz sobotni dzień z lokalnymi artystami, Sariusem, happysad i atrakcjami dla najmłodszych. Tomaszów przez ten weekend znów gra własnym rytmem.
Przed nami wielki finał Festiwalu „A może byśmy tak… do Tomaszowa”. Jeśli pierwsze dwa dni były zaproszeniem i rozwinięciem, niedziela ma być ostatnim akordem tej miejskiej opowieści. Warto być razem do końca. Bo takie święta mijają szybko — trochę jak wakacyjna piosenka, którą jeszcze przez kilka dni nuci się po powrocie do domu.




Napisz komentarz
Komentarze