Radny Piotr Kucharski opublikował w mediach społecznościowych zdjęcie pozostałości po uroczystości puszczania wianków na Wolbórce. Do fotografii dołączył komentarz: „Zachęcam nasze tomaszowskie ‘panny’ do posprzątania po sobie…”.
Wpis szybko wywołał lawinę reakcji. Część mieszkańców uznała, że radny zwrócił uwagę na porządek po wydarzeniu. Wielu innych odebrało jego słowa jako niepotrzebną zaczepkę wobec uczestników i organizatorów lokalnej inicjatywy. W komentarzach pojawiły się głosy, że wianki były wykonane z naturalnych, biodegradowalnych materiałów, że część z nich była odławiana już podczas wydarzenia, a pozostałe miały zostać uprzątnięte później. Ale przede wszystkim mieszkańcy zaczęli pytać o coś znacznie ważniejszego: czy naprawdę największym problemem Wolbórki są kwiaty i gałązki po jednej uroczystości?
Bo Wolbórka ma dziś problemy dużo poważniejsze. Zarastanie, zamulanie, ograniczony przepływ, pytania o wpływ elektrowni wodnej, brak skutecznej reakcji instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną oraz sygnały o zanieczyszczeniach spływających z terenów położonych w dolinie rzeki — to nie są sprawy do jednego złośliwego wpisu. To jest temat na poważną publiczną rozmowę.
Od słowiańskiego obrzędu do facebookowej awantury
Puszczanie wianków nie jest wymysłem festynowej dekoracji. To zwyczaj wyrastający z dawnych obrzędów słowiańskich związanych z Nocą Kupały, letnim przesileniem, wodą, ogniem, płodnością, miłością i przejściem z jednego etapu życia w drugi. W kulturze ludowej wianek był czymś więcej niż ozdobą. Był znakiem młodości, wróżby, nadziei, czasem niewypowiedzianego pytania rzuconego wodzie.
Rzeka w takim obrzędzie nie była kanałem technicznym. Była sceną. Lustrem. Granicą między tym, co codzienne, a tym, co symboliczne. W dawnych pieśniach sobótkowych, w opowieściach etnografów, w polskiej wyobraźni ludowej powraca obraz ognia, wody, śpiewu, kwiatów i wspólnoty. Wianek płynący rzeką nie miał zaśmiecać świata. Miał nieść znak, pytanie, czasem marzenie.
Oczywiście, współczesna tradycja nie zwalnia nikogo z odpowiedzialności za środowisko. To nie są czasy, w których można beztrosko wrzucać do rzeki wszystko, co nazwie się obrzędem. Organizatorzy wydarzeń nad wodą powinni dbać o to, by używane materiały były naturalne, nietoksyczne i możliwe do uprzątnięcia. Powinni też przewidywać, gdzie wianki zatrzymają się na przeszkodach i jak zostaną odłowione. Tylko że w tej sprawie wielu mieszkańców zwróciło uwagę, że właśnie o naturalnych materiałach była mowa, a same pozostałości nie są tym samym, co plastikowe butelki, śmieci budowlane czy ścieki spływające do rzeki.
I tu zaczyna się sedno sprawy.
Mieszkańcy odpowiedzieli radnemu. I nie była to odpowiedź grzecznościowa
Pod wpisem radnego pojawiło się wiele komentarzy. Niektóre ostre, inne ironiczne, jeszcze inne rzeczowe. Wspólny mianownik był jednak wyraźny: wielu komentujących uznało, że sprawa została rozdęta, a forma wpisu bardziej przypomina polityczną szpilkę niż troskę o Wolbórkę.
Jeden z komentujących pytał, czy naprawdę trzeba robić problem z roślin i elementów biodegradowalnych. Inni zwracali uwagę, że tradycja puszczania wianków polega właśnie na tym, że trafiają one na wodę, a nie na tym, że po trzech minutach zostają pokazowo wyjęte i wyrzucone do kosza. Padły też komentarze, że wianki były wykonywane z naturalnych materiałów i nie stanowią zagrożenia dla środowiska.
W dyskusji pojawił się także głos informujący, że wianki były odławiane w trakcie trwania wydarzenia, a pozostałe miały zostać uprzątnięte następnego dnia. To istotne, bo zmienia proporcje całej sprawy. Jeśli rzeczywiście organizatorzy prowadzili odławianie, a problem dotyczył kilku pozostałości zatrzymanych przy konstrukcji pod mostem, to trudno mówić o ekologicznej katastrofie.
Nie zabrakło jednak i głosów rozsądnie przypominających, że po wydarzeniach publicznych należy sprzątać. To oczywiste. Porządek po imprezie, nawet tradycyjnej i symbolicznej, nie jest fanaberią. Jest standardem. Tyle że standard można egzekwować spokojnie, rzeczowo i skutecznie. Można zapytać organizatorów, można zgłosić problem służbom, można zaproponować system odławiania wianków przy kolejnych edycjach. Można też zrobić to, co zrobił radny — wrzucić zdjęcie z komentarzem, który wielu mieszkańców odebrało jako drwinę.
I dlatego wpis nie trafił w próżnię. Trafił w dobrze znany lokalny kontekst.
Piotr Kucharski ma w przestrzeni publicznej opinię polityka używającego ostrego języka, chętnie punktującego inicjatywy, z którymi mu nie po drodze, i często wchodzącego w spory z osobami myślącymi inaczej. To oczywiście ocena części mieszkańców i obserwatorów jego aktywności, nie diagnoza intencji. Ale reakcje pod wpisem pokazują, że wielu tomaszowian nie odczytało tej publikacji jako neutralnej troski o rzekę. Odczytało ją jako kolejną zaczepkę.
Radny miał prawo zapytać o porządek po wydarzeniu. Problem w tym, że zrobił to w sposób, który bardziej przypominał polityczną szpilkę niż troskę o rzekę. A Wolbórka naprawdę potrzebuje troski — tylko nie tej facebookowej, mierzonej liczbą reakcji pod postem.
Czy naprawdę problemem są wianki?
W tej historii najbardziej uderza dysproporcja. Kilka wianków z naturalnych roślin stało się pretekstem do publicznego połajania uczestników wydarzenia, podczas gdy od lat znacznie większe problemy Wolbórki pozostają nierozwiązane albo rozmywają się między instytucjami.
Mieszkańcy w komentarzach zaczęli pisać o tym, co widzą na co dzień: o wodzie, która nie płynie tak, jak powinna; o zarastaniu koryta; o zastoiskach; o problemie spiętrzenia; o braku realnych działań utrzymaniowych. Kto zna tę rzekę nie z folderu promocyjnego, ale ze spaceru, z mostu, z brzegu, z zapachu po deszczu i widoku zamulonych odcinków, ten wie, że Wolbórka nie jest dziś rzeką w dobrej kondycji.
I dlatego sprowadzenie sprawy do wianków jest wygodne, ale fałszywe. Bo kwiaty w wodzie widać na zdjęciu. Łatwo je pokazać, opatrzyć komentarzem, wzbudzić emocje. Dużo trudniej rozmawia się o decyzjach administracyjnych, odpowiedzialności instytucji, zaniedbaniach utrzymaniowych, spływach zanieczyszczeń i mechanizmach, które przez lata doprowadzały rzekę do obecnego stanu.
A właśnie o tym trzeba mówić.
Elektrownia, spiętrzenie i rzeka, która przestaje oddychać
Jednym z tematów powracających w rozmowach o Wolbórce jest funkcjonowanie elektrowni wodnej. To sprawa wymagająca rzetelnej, technicznej i hydrologicznej oceny, ale nie można jej zamiatać pod dywan. Według krytyków obecnej sytuacji oraz części mieszkańców spiętrzenie wody i ograniczony przepływ mogą wpływać na odkładanie osadów, zamulanie koryta i zarastanie rzeki.
Nie przesądzamy w tym miejscu jednoznacznej odpowiedzialności technicznej. Od tego są dokumenty, kontrole, pomiary i opinie specjalistów. Ale trudno udawać, że temat nie istnieje. Jeżeli mieszkańcy od lat widzą, że rzeka zmienia charakter, że woda miejscami stoi, że roślinność przejmuje koryto, a osady narastają, to obowiązkiem instytucji publicznych jest sprawdzić, jakie są przyczyny tego stanu.
Ważny jest również kontekst decyzji administracyjnych. Zgoda na funkcjonowanie elektrowni została wydana w czasie poprzednich władz miasta. To nie znaczy automatycznie, że każda konsekwencja obecnego stanu Wolbórki wynika właśnie z tej decyzji. Ale oznacza, że samorząd powinien mieć odwagę wrócić do dokumentów, pozwoleń, warunków eksploatacji i realnego wpływu urządzeń wodnych na rzekę.
Rzeka nie jest dekoracją do kampanii wyborczej. Jest żywym organizmem hydrologicznym. Jeśli zatrzymuje się jej oddech, wcześniej czy później zaczyna chorować cały układ: woda, brzegi, roślinność, zwierzęta, a w końcu także mieszkańcy.
Wody Polskie i pytania bez odpowiedzi
Drugim zasadniczym problemem jest odpowiedzialność instytucjonalna. W Polsce gospodarka wodna została scentralizowana, a ważną rolę w zarządzaniu wodami pełnią Wody Polskie. Dlatego pytanie o Wolbórkę nie może kończyć się na poziomie lokalnej przepychanki pod postem radnego.
Według informacji wymagających potwierdzenia w Urzędzie Miasta, tomaszowski samorząd miał wielokrotnie monitować Wody Polskie w sprawie zarastania Wolbórki i potrzeby podjęcia działań utrzymaniowych. Jeżeli tak było, trzeba zapytać wprost: co z tych monitów wyniknęło?
Ile razy miasto informowało Wody Polskie o problemie zarastania Wolbórki? Jakie odpowiedzi otrzymano? Czy przeprowadzono kontrole terenowe? Czy wskazano terminy prac utrzymaniowych? Czy ktokolwiek przedstawił mieszkańcom harmonogram działań? Czy rzeka w granicach miasta jest objęta rzeczywistym nadzorem, czy tylko krąży między pismami, znakami spraw i odpowiedziami, z których niewiele wynika w terenie?
To są pytania ważniejsze niż to, czy kilka wianków zatrzymało się przy moście. Bo jeżeli państwowa instytucja odpowiada za wodę, a samorząd sygnalizuje problem, mieszkańcy mają prawo oczekiwać nie urzędniczej mgły, lecz konkretu. Rzeka nie może być niczyja akurat wtedy, gdy trzeba wziąć za nią odpowiedzialność.
Nieczystości w dolinie rzeki. To temat znacznie poważniejszy niż kilka kwiatów
Najpoważniejszy wątek dotyczy jednak zanieczyszczeń. Według lokalnych sygnałów i obserwacji na pola położone w dolinie Wolbórki mają być wylewane nieczystości, a część z nich może spływać bezpośrednio lub pośrednio do rzeki. Jeśli te informacje się potwierdzą, nie mówimy już o estetyce, obyczaju ani o tym, czy ktoś po wydarzeniu odłowił wszystkie wianki. Mówimy o sprawie środowiskowej i sanitarnej.
Spływ substancji organicznych, ścieków, odchodów lub innych zanieczyszczeń może przyczyniać się do zamulania, eutrofizacji, zarastania koryta i pogorszenia jakości wody. To proces cichy, mało widowiskowy, ale niszczący. Nie wygląda tak efektownie jak zdjęcie wianków pod mostem. Nie daje się łatwo zamknąć w ironicznym poście. Ale to właśnie takie zjawiska potrafią zabić rzekę dużo skuteczniej niż kilka kwiatów.
Jeżeli na tereny w dolinie rzeki trafiają nieczystości, które następnie wraz z wodami opadowymi spływają do Wolbórki, nie jest to problem estetyczny, lecz środowiskowy i sanitarny. W takim układzie kilka wianków z naturalnych roślin staje się wygodnym rekwizytem w politycznym teatrzyku, podczas gdy prawdziwy spektakl degradacji odbywa się po cichu — w rowach, na polach i w zamulonym korycie rzeki.
Sprawą powinny zainteresować się właściwe służby: Wody Polskie, Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska, samorząd, a w razie podejrzenia naruszenia prawa również sanepid i organy ścigania. Potrzebne są kontrole terenowe, ustalenie źródeł zanieczyszczeń, badania jakości wody oraz sprawdzenie, czy na terenach przyległych do rzeki nie dochodzi do nielegalnego pozbywania się substancji, które nigdy nie powinny trafiać do środowiska.
Bo jeżeli będziemy widzieć tylko wianki, a nie zobaczymy ścieków, mułu i bezczynności, to za chwilę nie będzie już czego bronić.
Co mówi prawo? Krótko i bez prawniczego dymu
Ochrona wód nie jest kwestią gustu. Nie zależy od tego, czy ktoś lubi tradycję, czy jej nie lubi; czy należy do tej czy innej politycznej drużyny. Wynika z przepisów.
Prawo wodne zakazuje m.in. wprowadzania do wód odpadów oraz ciekłych odchodów zwierzęcych. Reguluje także zasady korzystania z wód i ochrony ich jakości. To oznacza, że potencjalne zanieczyszczanie rzeki nie może być traktowane jak lokalna plotka albo sąsiedzki spór.
Prawo ochrony środowiska wskazuje, że ochrona środowiska wymaga działań prowadzonych w sposób systemowy, również poprzez programy i działania samorządów. Z kolei ustawa o odpadach może mieć znaczenie tam, gdzie dochodzi do nielegalnego pozbywania się substancji lub materiałów mogących szkodzić środowisku.
W skrajnych przypadkach w grę mogą wchodzić także przepisy Kodeksu karnego, dotyczące zanieczyszczania wody, powietrza lub powierzchni ziemi w takich rozmiarach, że może to zagrażać zdrowiu ludzi albo powodować istotne obniżenie jakości środowiska.
To nie znaczy, że każdy sygnał automatycznie oznacza przestępstwo. Ale oznacza, że sprawa wymaga sprawdzenia, a nie wzruszenia ramionami.
Porządek po wydarzeniach jest ważny. Ale nie zastąpi polityki ochrony rzeki
W tym miejscu trzeba powiedzieć jasno: organizatorzy wydarzeń nad rzeką powinni sprzątać po uroczystościach. Powinni robić to szybko, skutecznie i tak, by nie zostawiać miejsca na wątpliwości. Nawet naturalne wianki nie powinny tygodniami zalegać przy konstrukcjach wodnych. Współczesna tradycja musi iść razem z odpowiedzialnością.
Ale ta zasada nie usprawiedliwia robienia z kilku roślin tematu zastępczego. Jeśli ktoś naprawdę troszczy się o Wolbórkę, powinien pytać nie tylko o wianki, ale też o przepływ, osady, urządzenia wodne, decyzje administracyjne, monity do Wód Polskich, badania jakości wody i zanieczyszczenia spływające z doliny rzeki.
Tymczasem lokalna polityka zbyt często zachowuje się jak kamera ustawiona na najłatwiejszy kadr. Wianek widać. Ściek trzeba udowodnić. Kwiaty można sfotografować. Zamulanie trzeba badać. Uczestników wydarzenia można publicznie zawstydzić jednym zdaniem. Od instytucji trzeba wymagać dokumentów, odpowiedzi i działań.
I właśnie dlatego sprawa wpisu radnego Piotra Kucharskiego jest większa niż sam wpis. Pokazuje, jak łatwo w lokalnej debacie zgubić proporcje. Jak szybko symboliczna tradycja może stać się narzędziem politycznej zaczepki. I jak trudno przebić się z rozmową o realnych problemach, które nie mieszczą się w jednym złośliwym komentarzu.
Komentarz redakcyjny
Wolbórka nie potrzebuje kolejnej wojny pod postem. Potrzebuje oczyszczenia, kontroli, decyzji administracyjnych, odpowiedzialności i ludzi, którzy potrafią odróżnić kwiat rzucony na wodę w ramach tradycji od realnego zanieczyszczenia rzeki.
Radny miał prawo zapytać o porządek. Mieszkańcy mieli prawo odpowiedzieć, że forma pytania była niefortunna, a skala problemu została ustawiona na głowie. Bo jeżeli lokalna polityka dalej będzie widziała tylko wianki, a nie ścieki, muł i bezczynność instytucji, to za chwilę z tej rzeki zostanie już tylko temat do kolejnej kłótni.
A Wolbórka zasługuje na coś więcej niż rolę tła w facebookowym teatrze.




Napisz komentarz
Komentarze