I bardzo dobrze. Skoro lokalny samorząd nie potrafi spojrzeć w lustro, niech ktoś wreszcie zapali światło w tym dusznym pokoju, w którym od lat miesza się mandat radnego, partyjne wpływy, publiczne pieniądze i prywatne kariery.
Problem politycznej korupcji — niekoniecznie tej z kopertą pod stołem, ale tej miękkiej, wygodnej, salonowej, ubranej w uchwały, etaty i uśmiechy na sesjach — po raz kolejny został w powiecie tomaszowskim zamieciony pod przysłowiowy dywan. Tyle że ten dywan jest już tak wypchany, że zaczyna przypominać grób lokalnych standardów.
Zatrudnianie radnych w jednostkach podległych samorządowi, w którym pełnią mandat, bywa nie tylko problematyczne prawnie. Jest przede wszystkim naganne etycznie. Bo nawet jeśli ktoś próbuje lawirować między paragrafami, to pozostaje pytanie znacznie ważniejsze: czy osoba pełniąca mandat publiczny powinna czerpać osobiste profity z układu władzy, który sama współtworzy, wspiera albo politycznie zabezpiecza?
Tego fundamentu działalności publicznej nie rozumieją ani ci spod znaku PiS, ani ci spod znaku Koalicji Obywatelskiej. Dlaczego? Bo zbyt wielu z nich pełnymi garściami korzysta z lokalnego systemu wzajemnych przysług. Jedni mówią o „dobru powiatu”, drudzy o „odpowiedzialności”, trzeci o „profesjonalizmie”. A w praktyce mieszkańcy widzą starą jak świat zasadę: swoi muszą mieć dobrze.
W przypadku radnej Pauliny Sochy podstawowe pytanie nie brzmi wyłącznie: czy prawo pozwala, czy nie pozwala na takie zatrudnienie. Podstawowe pytanie brzmi inaczej: czy Paulina Socha zostałaby zatrudniona na stanowisku głównej księgowej szpitala, gdyby nie była radną i gdyby nie polityczny układ, w którym funkcjonuje?
Czy wynagrodzenie na poziomie około 20 tysięcy złotych miesięcznie, wynikające z oświadczenia majątkowego, jest zapłatą za wyjątkowy profesjonalizm, czy raczej nagrodą za polityczną lojalność wobec partyjnego szefa, Mariusza Węgrzynowskiego, który — jak pokazuje lokalna praktyka — zna się na obdarowywaniu radnych stanowiskami i wpływami?
Co na to wyborcy pani Pauliny?
Na sesjach Rady Powiatu Tomaszowskiego radna Socha najczęściej milczy. Nie zabiera głosu w sprawach najważniejszych dla mieszkańców. Nie słyszymy jej mocnych wystąpień o stanie szpitala, o kolejkach pacjentów, o problemach rodzin, o drogach, o kosztach życia, o dramatach ludzi, którzy zderzają się ze ścianą urzędniczej obojętności. Za to w sprawach własnej kariery zawodowej radzi sobie — trzeba przyznać — znakomicie.
I właśnie dlatego ta sprawa jest tak bulwersująca. Bo mieszkaniec powiatu, który zarabia kilka tysięcy złotych miesięcznie, ma prawo zapytać: czy mandat radnego jest służbą publiczną, czy przepustką do lepiej płatnego życia?
Żeby jednak być sprawiedliwym, trzeba powiedzieć jasno: Paulina Socha nie jest wyjątkiem. Jest tylko jednym z przykładów systemu, który rozlał się po lokalnym samorządzie jak atrament po białym obrusie. Radni zatrudniani są nie tylko „u siebie”, ale także na zasadzie politycznej wymiany w innych instytucjach. Raz jedni przymykają oko na drugich, raz drudzy na pierwszych. Dzisiaj ty nie pytasz o mój etat, jutro ja nie zapytam o twój.
I tak kręci się ten lokalny mechanizm. Cichy, tłusty, wygodny. Patologiczny system działa, bo mu na to pozwalamy. Działa, bo pozwalają na to partie. Działa, bo zbyt wielu radnych, zamiast reprezentować mieszkańców, staje się częścią zorganizowanych grup interesów, w których szyld partyjny jest mniej ważny niż dostęp do stanowisk, pieniędzy i wpływów.
Może dlatego podczas obrad tak wielu radnych nie chciało rozmawiać o meritum. Bo trudno rzucać kamieniem, gdy samemu siedzi się w szklarni. Trudno udawać strażnika standardów, kiedy podobne pytania można postawić wobec wielu osób z różnych środowisk politycznych.
Czy ktoś na przykład słyszał o transparentnym konkursie na dyrektorów i kierowników w KRUS? No właśnie. A przecież w podobny sposób stanowisko uzyskał Michał Jodłowski. Bez wielkiej debaty publicznej, bez społecznego namysłu, bez poczucia, że wyborcom należy się elementarne wyjaśnienie. Po prostu kolejny element układanki trafił na swoje miejsce.
Nazwiska można mnożyć: Leon Karwat, Marek Olkiewicz, Marta Lublin, Jarosław Batorski, Marzanna Popławska, Marek Krawczyk, Leszek Ogórek. Każde z nich pokazuje, że problem nie ma jednej partyjnej barwy. To nie jest choroba wyłącznie PiS. To nie jest choroba wyłącznie KO. To jest choroba lokalnej klasy politycznej, która zbyt często traktuje samorząd ale i administrację publiczną w ogóle, jak żerowisko, a mieszkańców jak widownię, która ma klaskać, milczeć i płacić podatki.
Tymczasem mandat radnego to nie jest karnet VIP do publicznych pieniędzy. To nie jest karta lojalnościowa, na której za partyjne głosowania zbiera się punkty wymieniane później na stanowiska. To nie jest prywatny folwark, w którym jedni rozdają, drudzy biorą, a trzeci udają, że niczego nie widzą.
Samorząd powinien być miejscem służby. Tak, to słowo brzmi dziś staroświecko. Niemal jak rekwizyt z innej epoki. Ale właśnie o to chodzi. Radny ma służyć mieszkańcom, a nie własnej karierze. Ma kontrolować władzę, a nie wisieć na jej klamce. Ma pytać, rozliczać, patrzeć na ręce, a nie kalkulować, czy opłaca się podnieść rękę tak, aby nie zaszkodzić własnym interesom.
Dlatego sprawa Pauliny Sochy jest ważniejsza niż jeden mandat. To test dla całego powiatu tomaszowskiego. Test na to, czy potrafimy jeszcze odróżnić prawo od przyzwoitości, mandat od etatu, służbę publiczną od politycznego handlu wpływami.
Radni tego testu nie zdali.
Teraz czas na wojewodę łódzką.
A mieszkańcy powinni zapamiętać jedno: kiedy przychodzi moment rozliczeń, lokalne układy zawsze mówią tym samym głosem. Niezależnie od barw partyjnych, niezależnie od deklaracji, niezależnie od pięknych haseł o demokracji, odpowiedzialności i dobru wspólnym.
Bo w powiecie tomaszowskim wciąż obowiązuje stara zasada: kruk krukowi oka nie wykole.
Tyle że mieszkańcy coraz lepiej widzą, kto naprawdę siedzi na tej gałęzi.




Napisz komentarz
Komentarze