Suede – „Dog Man Star”. Piękno na krawędzi obłędu. Kiedy miłość pachnie benzyną, a gwiazdy spadają w londyńskie rynsztoki
Wyobraźmy sobie Davida Bowiego zamkniętego w wiktoriańskiej kamienicy, w której od lat nikt nie otwierał okien. Na piętrze Scott Walker komponuje muzykę dla duchów dawnych kochanków, w piwnicy Oscar Wilde prowadzi gorzką rozmowę z bohaterami Jeana Geneta, a za ścianą Bernard Butler katuje gitarę tak, jakby chciał wydobyć z niej wszystkie nieszczęścia świata. Brett Anderson stoi przed lustrem w rozpiętej koszuli, poprawia włosy i odkrywa, że największą tragedią nie jest utrata urody, lecz świadomość, że nawet piękno nie potrafi nas ocalić. Za oknem Londyn. Brudny, wilgotny, pachnący benzyną, tanimi perfumami i niespełnionymi obietnicami. W oddali słychać pierwsze przeboje Oasis, Blur świętują sukces „Parklife”, a brytyjska prasa ogłasza narodziny nowej epoki muzycznej. Tylko Suede nie zamierzają uczestniczyć w tym przyjęciu. Zamiast hymnu dla młodych optymistów przygotowują muzykę na pogrzeb własnych złudzeń. Tak powstaje „Dog Man Star” – jeden z najbardziej romantycznych, mrocznych, pretensjonalnych i zarazem olśniewających albumów brytyjskiego rocka lat dziewięćdziesiątych. Płyta, która nie prosi o zrozumienie. Domaga się całkowitego poddania jej emocjom.