Na trybunach ponad 17,5 tysiąca widzów, naprzeciw siebie Widzew i mistrz Polski, a na boisku pięć bramek, zwroty akcji, interwencja VAR i rozstrzygnięcie w ostatnich sekundach. Niedzielny wieczór przy al. Piłsudskiego miał wszystko, czego potrzeba do stworzenia piłkarskiego dramatu.
Szkoda tylko dla łódzkich kibiców, że jego zakończenie napisał Lech.
Lech potrzebował sześciu minut
Poznaniacy wrócili do ligowej rzeczywistości zaledwie kilka dni po europejskim spotkaniu w Thun i zapewnieniu sobie dalszej gry w Lidze Europy. Trener gości zdecydował się na kilka zmian w składzie. Jedną z nich było wystawienie Patrika Walemarka.
Szwed bardzo szybko pokazał, że był to dobry wybór.
Już w 6. minucie ruszył prawą stroną, minął Mario Garcię i wyłożył piłkę Antoniemu Kozubalowi. Pomocnik Lecha wykorzystał okazję i było 0:1.
Co ciekawe, początek spotkania wcale nie wskazywał na łatwy wieczór mistrzów Polski. Widzew atakował, a Mateusz Lis musiał interweniować po próbach Garcii, Mariusza Fornalczyka i Lindona Selahiego.
Lech był jednak bezlitosny.
W 22. minucie ponownie błysnął Walemark. Tym razem obsłużył podaniem Allahyara Sayyadmanesha, a ten z bliska pokonał Bartłomieja Drągowskiego.
Po niewiele ponad 20 minutach było 0:2.
Świderski daje sygnał do pościgu
Widzew nie zamierzał jednak kapitulować.
Pięć minut po drugiej bramce dla gości fatalnie zachował się Joel Pereira. Portugalczyk źle zagrał piłkę głową, przejął ją Fornalczyk i natychmiast uruchomił Karola Świderskiego.
Reprezentant Polski nie zmarnował okazji.
W 27. minucie Świderski zdobył swoją pierwszą bramkę po powrocie do polskiej ekstraklasy i dał Widzewowi kontakt z mistrzem kraju.
Do przerwy wynik już się nie zmienił, choć okazje mieli jeszcze Radosław Murawski po stronie Lecha i Fran Alvarez dla gospodarzy.
Widzew schodził do szatni przegrywając 1:2, ale mecz wciąż pozostawał otwarty.
Fornalczyk trafia niemal z niemożliwej pozycji
Drugą połowę oba zespoły rozpoczęły bez kalkulowania.
Najpierw bliski wykorzystania błędu Drągowskiego był Yannick Agnero. Chwilę później eksplodował jednak stadion Widzewa.
W 53. minucie Mariusz Fornalczyk zdecydował się na uderzenie z bardzo ostrego kąta. Sytuacja nie wyglądała na szczególnie groźną, ale źle zachował się Mateusz Lis. Piłka znalazła drogę do bramki.
2:2. Widzew wrócił z dalekiej podróży.
Od tego momentu obraz gry zaczął się jednak zmieniać.
Lech coraz mocniej naciskał, podczas gdy łodzianie częściej ustawiali się głębiej i pilnowali remisu. Goście mieli swoje okazje. W 76. minucie Gustav Berggren minimalnie chybił, a niedługo później Drągowski świetnie obronił groźny strzał Luisa Palmy z rzutu wolnego.
Nic nie zapowiadało jeszcze tego, że właśnie Palma za kilkanaście minut zostanie głównym bohaterem spotkania.
Karny, którego nie było
Prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się w doliczonym czasie gry.
Widzew ruszył po zwycięstwo, a sędzia Łukasz Kuźma wskazał na jedenasty metr. Stadion oszalał. Łodzianie mogli dostać piłkę meczową.
Do akcji wkroczył jednak VAR.
Po analizie arbiter zmienił decyzję i rzut karny dla Widzewa został odwołany.
Można było wówczas pomyśleć, że najbardziej dramatyczny moment tego wieczoru właśnie minął.
Nic bardziej mylnego.
96. minuta. Błąd, który zdecydował o wszystkim
Jedna z ostatnich akcji meczu.
Bartłomiej Drągowski wychodzi przed własne pole karne, próbując wybić piłkę. Bramkarz Widzewa robi jednak coś, czego na tym poziomie po prostu robić nie wolno.
Źle trafia w futbolówkę.
Ta trafia pod nogi Luisa Palmy.
Przed zawodnikiem Lecha pozostaje pusta bramka.
Palma trafia. 2:3.
Kilka chwil później jest już po wszystkim.
Widzew, który podniósł się ze stanu 0:2, doprowadził do remisu i przez moment mógł marzyć nawet o zwycięstwie, zostaje bez punktów.
Takie porażki bolą najbardziej. Nie wtedy, kiedy rywal dominuje od pierwszego do ostatniego gwizdka. Znacznie bardziej wtedy, gdy mecz wydaje się już uratowany, a wszystko rozsypuje się w jednej sekundzie.
Dla Lecha to z kolei zwycięstwo pokazujące cechę charakterystyczną dla zespołów walczących o najwyższe cele – umiejętność wygrywania również wtedy, gdy spotkanie wymyka się spod kontroli.
Widzew Łódź – Lech Poznań 2:3 (1:2)
Bramki:
0:1 Antoni Kozubal (6),
0:2 Allahyar Sayyadmanesh (22),
1:2 Karol Świderski (27),
2:2 Mariusz Fornalczyk (53),
2:3 Luis Palma (90+6).
Żółte kartki: Angel Baena – Widzew; Radosław Murawski, Luis Palma – Lech.
Sędzia: Łukasz Kuźma (Białystok).
Widzów: 17 555.
Widzew Łódź: Bartłomiej Drągowski – Marcel Krajewski, Mateusz Żyro, Steve Kapuadi, Mario Garcia – Angel Baena, Fran Alvarez (86. Antoni Klukowski), Lindon Selahi, Emil Kornvig (70. Giannis Papanikolaou), Mariusz Fornalczyk (81. Stipe Biuk) – Karol Świderski (70. Sebastian Bergier).
Lech Poznań: Mateusz Lis – Joel Pereira, Wojciech Mońka, Terry Yegbe, Michał Gurgul – Patrik Walemark (88. Wojciech Szymczak), Antoni Kozubal, Radosław Murawski (75. Gustav Berggren), Allahyar Sayyadmanesh – Pablo Rodriguez (75. Filip Jagiełło), Yannick Agnero (68. Luis Palma).
Vuković: nie zamierzam obwiniać Drągowskiego, takie sytuacje się zdarzają
Trener piłkarzy Widzewa Aleksandar Vuković podkreślił, że nie zamierza obwiniać Bartłomieja Drągowskiego, po którego błędzie w doliczonym czasie gry Lech Poznań zwyciężył w Łodzi 3:2. – Takie sytuacje się zdarzają – dodał.
W ostatnim meczu 6. kolejki ekstraklasy drużyny z Łodzi i Poznania stworzyły ciekawe i zakończone w dramatycznych okolicznościach widowisko. Lech szybko objął dwubramkowe prowadzenie po golach Antoniego Kozubala (6) i Allahyara Sayyadmanesha (22). Widzew odrobił straty dzięki trafieniom Karola Świderskiego (27) i Mariusza Fornalczyka (53). Mistrzowie Polski decydującą o zwycięstwie bramkę zdobyli w doliczonym czasie gry, po dużym błędzie Drągowskiego, którego kiks przed polem karnym wykorzystał Luis Palma (90+6).
- Myślałem, że nasz pech skończył się w końcówce poprzedniego spotkania, które zremisowaliśmy ze Śląskiem 3:3. Jak się okazuje, bardzo trudna do zaakceptowania i przeżycia jest również końcówka dzisiejszego meczu. Mieliśmy remis w doliczonym czasie i szanse co najmniej na jeden punkt. Tymczasem pada kuriozalna bramka i przegrywamy mecz z bardzo dobrą drużyną – powiedział Vuković.
Podkreślił przy tym, że za porażkę nie zamierza obwiniać Drągowskiego, bo – jak mówił – takie sytuacje się zdarzają. Przekonywał, że reprezentacyjny bramkarz miał bardzo udany początek sezonu i błąd w niedzielnym spotkaniu nie może zachwiać jego pewności siebie.
- Nie zamierzam obwiniać Bartka ani kogokolwiek innego. Po prostu takie sytuacje też się zdarzają. My też wykorzystaliśmy błąd bramkarza Lecha. Ogólnie to był mecz błędów, których my popełniliśmy o jeden więcej. Uważam, że to wyjście z bramki było niepotrzebne, bo Marcel Krajewski miał futbolówkę pod kontrolą. To była absurdalnie prosta sytuacja, przez którą niestety straciliśmy dzisiaj jeden punkt – tłumaczył.
Vuković zaznaczył, że mimo bolesnej porażki w grze jego zespołu były pozytywy. To – jak mówił – m.in. odrobienie dwubramkowej straty w starciu z klasowym rywalem.
- Nie jest łatwo wrócić do gry z mistrzem Polski z 0:2. Pierwsza połowa była wyrównana, ze wskazaniem na nas, bo mieliśmy więcej sytuacji. W drugiej połowie zdecydowaną przewagę posiadania piłki miał Lech, ale nie stworzył wielu sytuacji pod naszą bramką, choć po drugiej stronie tych akcji było jeszcze mniej. Jest mi przykro, że tak to się skończyło – przyznał.
Trener Lecha Niels Frederiksen był zadowolony z wywalczenia trzech punktów oraz postawy swojego zespołu.
- Szczególnie biorąc pod uwagę, że w czwartek zagraliśmy trudny mecz w Europie, a w piątek wracaliśmy do Polski. To pokazuje, że jesteśmy w stanie zagrać ze spokojem dwa spotkania w tygodniu. Podobało mi się to, co dzisiaj widziałem. W drugiej połowie bardzo dobrze naciskaliśmy na przeciwnika, byliśmy wtedy lepszym zespołem. Pierwsza część meczu była bardziej wyrównana, ale patrząc całościowo - podobała mi się postawa mojej drużyny - powiedział Duńczyk.
Przyznał, że końcówka meczu była bardzo emocjonująca.
- Przed naszym golem na 3:2, gospodarze mieli przyznany rzut karny, jednak już na ławce wiedzieliśmy o braku faulu, spalonym i piłce za linią. Mówilibyśmy o ogromnym błędzie, gdyby VAR nie wyłapał tych wszystkich rzeczy. W tej końcówce towarzyszył nam ogrom, po prostu ogrom emocji – zaznaczył




Napisz komentarz
Komentarze