56 lat temu. Janis Joplin – głos, który nie zdążył się zestarzeć
W historii rocka jest kilka śmierci, które z czasem obrosły mitem tak mocno, że trudno oddzielić człowieka od legendy. Janis Joplin jest jedną z nich. 4 października 1970 roku znaleziono ją martwą w hotelu Landmark w Hollywood. Oficjalną przyczyną było przedawkowanie heroiny. Miała 27 lat.
Była wtedy w trakcie nagrywania „Pearl”. Album ukazał się w styczniu 1971 roku i zawierał m.in. „Cry Baby”, „Mercedes Benz” oraz „Me and Bobby McGee”. „Mercedes Benz” zarejestrowała podczas jednej z ostatnich sesji, zaledwie trzy dni przed śmiercią.
Joplin śpiewała tak, jakby blues i rock nie były gatunkami muzycznymi, tylko chorobą, którą trzeba przeżyć na scenie. W jej głosie nie było wygładzonej elegancji. Był chrypliwy, rozdarty, czasem niemal brutalny. Być może dlatego pół wieku później nadal brzmi bardziej współcześnie niż tysiące perfekcyjnie wyprodukowanych nagrań.
Jej nazwisko na zawsze pozostało również częścią tragicznego „Klubu 27”, do którego symbolicznie zalicza się także Jimiego Hendrixa, Jima Morrisona, Kurta Cobaina i Amy Winehouse.
44 lata temu. Glenn Gould – pianista, który zamienił scenę na studio
Glenn Gould był przeciwieństwem rockowej autodestrukcji Joplin, ale jego życie również wymyka się zwykłej biografii muzyka. Światową sławę przyniosło mu nagranie „Wariacji Goldbergowskich” Bacha z 1955 roku. Płyta stała się bestsellerem i do dziś uchodzi za jedno z najważniejszych nagrań fortepianowych XX wieku.
A potem Gould zrobił rzecz niemal niewyobrażalną dla koncertującego wirtuoza: w 1964 roku, mając 32 lata, przestał występować publicznie. Uznał, że studio nagraniowe daje artyście większą kontrolę i pozwala dotrzeć do muzyki głębiej niż scena, publiczność i rytuał koncertu. Zamiast zniknąć, stał się jeszcze ważniejszy – nagrywał, pisał, tworzył audycje radiowe i eksperymentował z technologią.
Pod koniec życia wrócił do „Wariacji Goldbergowskich” i nagrał je ponownie. Dwie interpretacje tego samego dzieła – młodego, gwałtownego Goulda i starszego, bardziej kontemplacyjnego artysty – brzmią dziś jak rozmowa człowieka z samym sobą po ćwierćwieczu.
Tego dnia w sporcie
warto przeczytać



Napisz komentarz
Komentarze