Rok 1967. Beatlesi w przyszłości, Bowie w teatralnej garderobie
Album „David Bowie” ukazał się 1 czerwca 1967 roku nakładem Deram Records, filii wytwórni Decca. Tego samego dnia premierę miał „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” The Beatles. Zestawienie tych wydarzeń jest niemal okrutnym żartem historii. Lennon i McCartney przedstawiali światu album, który zmieniał sposób myślenia o muzyce popularnej, podczas gdy Bowie proponował kolekcję kabaretowych miniatur, muzycznych żartów i osobliwych opowieści. Nie oznacza to, że jego debiut był dziełem całkowicie anachronicznym. Brytyjska kultura lat sześćdziesiątych nie ograniczała się przecież do gitarowego rocka i psychodelii. Istniał również świat musicalu, music hallu, satyrycznych piosenek i teatralnej estrady. Bowie czerpał przede wszystkim z twórczości Anthony’ego Newleya, tradycji angielskiego kabaretu oraz obserwacji społecznych Raya Daviesa z The Kinks. Tam, gdzie inni muzycy odkrywali elektryczne eksperymenty, on próbował zmieścić w trzyminutowej piosence historię godną krótkiego opowiadania.
Producentem albumu został Mike Vernon, a aranżacje współtworzył Derek Fearnley. Brzmienie opiera się na instrumentach dętych, smyczkach, fortepianie i akustycznych gitarach. Rockowe instrumentarium pozostaje na dalszym planie. Zamiast potężnych riffów otrzymujemy tuby, trąbki i orkiestracyjne ozdobniki, które nadają muzyce charakter dawnego przedstawienia estradowego. Wokalista nie zawsze radzi sobie z tym repertuarem. Chwilami zbyt mocno naśladuje swoich idoli, przesadza z dykcją i kabaretową ekspresją. Brakuje jeszcze naturalności, która stanie się jego wielkim atutem w następnej dekadzie. Debiut nie odniósł sukcesu komercyjnego, a Bowie pozostał artystą znanym jedynie wąskiemu gronu odbiorców. Być może właśnie ta porażka zmusiła go do zakwestionowania własnej muzycznej drogi.
„Uncle Arthur”, „Sell Me a Coat” i „Rubber Band”. Małe dramaty zwyczajnych ludzi
Otwierający płytę „Uncle Arthur” jest groteskową opowieścią o dorosłym mężczyźnie całkowicie uzależnionym od matki. Bohater podejmuje próbę samodzielnego życia, ale szybko wraca do bezpiecznej, choć ograniczającej go codzienności. Lekka melodia i kabaretowa aranżacja kontrastują z historią człowieka niezdolnego do niezależności. Można odnaleźć tutaj coś z Dickensa, szczególnie jego zamiłowanie do osobliwych bohaterów, w których komizm miesza się z melancholią. Bowie nie próbuje jednak tworzyć psychologicznego portretu. Wystarcza mu kilka szczegółów, aby przedstawić postać jednocześnie śmieszną i budzącą współczucie. „Sell Me a Coat” przynosi zmianę nastroju. Akustyczna gitara, spokojny rytm i łagodna melodia nadają piosence folkowy charakter. To jedna z bardziej naturalnych kompozycji albumu, pozbawiona nadmiernej instrumentalnej dekoracyjności. Nie imponuje oryginalnością, ale posiada subtelną, ujmującą melancholię.
„Rubber Band” zabiera słuchacza do zupełnie innego świata. Orkiestra dęta brzmi jak z dawnej angielskiej rewii, a Bowie opowiada historię rozczarowania miłosnego z przesadną, niemal operetkową ekspresją. Wyobrażam sobie Charliego Chaplina spacerującego londyńską ulicą w deszczu, podczas gdy niewielka orkiestra gra mu na pożegnanie. Komizm sytuacji nie unieważnia smutku bohatera. Piosenka posiada podobną dwoistość, choć jej aranżacja może dzisiaj wydawać się staroświecka. Właśnie w takich fragmentach słychać jednak największą słabość debiutu: muzyczna forma bywa bardziej interesująca niż sama kompozycja. Orkiestracyjne pomysły przyciągają uwagę, lecz nie zawsze pozostaje po nich melodia, do której chciałoby się wrócić.
„Love You Till Tuesday”, „There Is a Happy Land” i „We Are Hungry Men”. Od popowej niewinności do dystopii
„Love You Till Tuesday” należy do najbardziej przebojowych nagrań na płycie. Lekki rytm, chwytliwy refren i popowa melodyka sprawiają, że piosenka mogłaby bez większego trudu funkcjonować w repertuarze wielu brytyjskich wykonawców drugiej połowy lat sześćdziesiątych. Bowie śpiewa z żartobliwą swobodą, wykorzystując romantyczną deklarację jako podstawę muzycznej gry. Nie jest to utwór wybitny, ale posiada urok dobrze napisanej popowej miniatury. „There Is a Happy Land” jest znacznie bardziej subtelny. Przedstawia świat dzieciństwa jako krainę istniejącą poza doświadczeniem dorosłych. Delikatna aranżacja podkreśla baśniowy charakter piosenki, a jej melancholijny nastrój przywołuje „Piotrusia Pana” Jamesa Matthew Barriego. W obu przypadkach beztroska dzieciństwa okazuje się jednocześnie przywilejem i czymś nieuchronnie przemijającym.
Najbardziej zaskakuje jednak „We Are Hungry Men”, osobliwa wizja świata zagrożonego przeludnieniem i głodem. Bowie przedstawia groteskowego przywódcę oferującego radykalne rozwiązania społecznych problemów. Muzyka posiada kabaretowy charakter, ale tekst przypomina miniaturową antyutopię. Skojarzenia z George’em Orwellem i Aldousem Huxleyem nasuwają się niemal automatycznie. Nie chodzi o literacką głębię, lecz o podobną nieufność wobec systemów, które w imię racjonalności gotowe są pozbawiać jednostkę wolności. To jeden z najciekawszych utworów albumu pod względem pomysłu, choć jego wykonanie zdradza niedojrzałość młodego autora. Groteska nie zawsze zostaje właściwie zrównoważona muzycznym napięciem, przez co dramatyczny temat chwilami zamienia się w niezamierzony żart.
„When I Live My Dream”, „Little Bombardier” i „Silly Boy Blue”. Trzy odmienne światy
„When I Live My Dream” jest romantyczną balladą o klasycznej, niemal filmowej konstrukcji. Orkiestrowe tło, szeroka melodia i łagodna ekspresja pokazują, że Bowie potrafił pisać również bardziej konwencjonalne piosenki. Nie jest to jeszcze poziom „Life on Mars?”, ale utwór posiada wyraźną kompozycyjną dyscyplinę. Znacznie ciekawszy pozostaje „Little Bombardier”, przedstawiający historię samotnego weterana wojennego, który nie potrafi odnaleźć się w powojennej codzienności. Muzyka zachowuje lekki charakter, lecz temat dotyka społecznego wykluczenia i potrzeby bliskości. Można przywołać „Na zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remarque’a, choć Bowie interesuje się przede wszystkim losem jednostki, a nie wielką tragedią wojny. To jeden z najbardziej udanych przykładów jego wczesnego talentu narracyjnego. Bohater nie jest romantycznym herosem, lecz zwyczajnym człowiekiem, którego otoczenie przestało rozumieć.
„Silly Boy Blue” wyróżnia się na tle pozostałego materiału odmienną tematyką i atmosferą. Utwór powstał pod wpływem zainteresowania Bowiego buddyzmem i kulturą Tybetu. Melodia jest spokojna, refleksyjna, a aranżacja pozbawiona charakterystycznej dla części debiutu kabaretowej przesady. To piosenka bardziej skupiona, choć jeszcze nie w pełni przekonująca. „Come and Buy My Toys” stanowi natomiast prostą, akustyczną miniaturę folkową. Jej oszczędność działa odświeżająco po bardziej rozbudowanych instrumentalnie nagraniach. Obie kompozycje pokazują, że Bowie potrafił poruszać się również poza estetyką angielskiego music hallu. Nie zawsze tworzył wówczas muzykę wybitną, ale potrafił już dostrzec znaczenie nastroju i odpowiedniego doboru środków wyrazu.
„Join the Gang”, „She's Got Medals” i „Maid of Bond Street”. Londyn pod lupą satyryka
„Join the Gang” przedstawia karykaturę młodzieżowej kultury lat sześćdziesiątych. Bowie wyśmiewa ludzi, którzy deklarują niezależność, ale bezrefleksyjnie przyjmują kolejne mody i zwyczaje własnego środowiska. Muzyka jest chaotyczna, pełna efektów i stylistycznych przeskoków. Chociaż satyryczny zamysł pozostaje czytelny, wykonanie nie należy do najbardziej udanych. Znacznie ciekawsza jest „She's Got Medals”, opowiadająca o kobiecie, która przyjmuje męską tożsamość i podejmuje służbę wojskową. Jak na popularną piosenkę z 1967 roku temat jest niezwykle śmiały. Bowie nie traktuje go jednak jak społecznego manifestu. Przedstawia historię z charakterystyczną dla siebie przewrotnością, pozostawiając słuchaczowi możliwość własnej interpretacji. To jeden z tych utworów, które zyskały dodatkowe znaczenie w świetle późniejszej scenicznej androgynii artysty.
„Maid of Bond Street” powraca do londyńskiego świata pozorów, aspiracji i towarzyskich gier. Lekka, musicalowa aranżacja posiada pewien urok, lecz sama piosenka wydaje się kompozycyjnie mniej przekonująca. Bowie znacznie lepiej radzi sobie z niecodziennymi bohaterami niż z bardziej konwencjonalnym obrazkiem społecznym. Utwór jest sprawnie wykonany, ale trudno odnaleźć w nim coś, co uzasadniałoby wielokrotne powroty. To jeden z momentów, kiedy debiutancki album zaczyna przypominać kolekcję interesujących szkiców, spośród których tylko część zasługiwała na pełne rozwinięcie.
„Please Mr. Gravedigger”. Makabra na zakończenie
Album zamyka „Please Mr. Gravedigger”, kompozycja tak osobliwa, że trudno właściwie nazywać ją piosenką. Bowie przygotował teatralny monolog przypominający słuchowisko grozy, wykorzystując odgłosy deszczu i cmentarną atmosferę. Historia związana ze śmiercią dziecka zostaje przedstawiona z przesadną ekspresją, która chwilami ociera się o groteskę. Nie ma tutaj klasycznej melodii ani instrumentalnego rozwinięcia. Jest głos, dźwiękowa sceneria i próba zbudowania psychologicznego napięcia.
Skojarzenie z Edgarem Allanem Poem wydaje się uzasadnione, choć młody Bowie nie osiąga subtelności autora „Kruka”. Posiada jednak podobną fascynację makabrą i tajemnicą. „Please Mr. Gravedigger” jest eksperymentem odważnym, ale nie w pełni udanym. Jako finał albumu komercyjnego wykonawcy stanowi niemal prowokację. Jako próba teatralnej narracji ujawnia natomiast wyobraźnię zdecydowanie wykraczającą poza standardową formułę popowej piosenki. Nawet jeśli trudno uznać tę kompozycję za przyjemną w odbiorze, nie sposób odmówić jej osobliwości.
Krytycy o debiucie Bowiego. Pierwsze pochwały i późniejsze rozczarowania
Odbiór albumu „David Bowie” zmieniał się wraz z rozwojem kariery jego autora. W 1967 roku Allen Evans z „New Musical Express” nazwał materiał „all very refreshing”, czyli „bardzo odświeżającym”, a wykonawcę określił jako „a very promising talent” – „bardzo obiecujący talent”. Również Chris Welch z „Melody Maker” dostrzegł oryginalność nagrań i staranność produkcji. Takie opinie mogą dzisiaj zaskakiwać, ponieważ debiut Bowiego bardzo wyraźnie odbiega od tego, z czym kojarzymy jego późniejszą twórczość. Krytycy oceniali jednak młodego artystę bez świadomości, jak niezwykłą karierę rozpoczynał.
W późniejszych omówieniach dominowało bardziej sceptyczne spojrzenie. Dave Thompson z AllMusic docenił przede wszystkim wyobraźnię narracyjną Bowiego, wyróżniając między innymi „She's Got Medals”, „We Are Hungry Men” i „Please Mr. Gravedigger”. Z kolei Alexis Petridis z „The Guardian”, recenzując wznowienie albumu w styczniu 2010 roku, wskazywał na stylistyczną niezgrabność, przesadną teatralność i nierówny poziom repertuaru. Dostrzegł jednak, że nawet nieudane eksperymenty mogą być ważnym etapem artystycznego rozwoju. To szczególnie istotne w przypadku Bowiego, którego późniejsza twórczość opierała się na nieustannym przekraczaniu granic gatunkowych. Debiut nie zasługuje na bezkrytyczny zachwyt tylko dlatego, że jego autor został legendą. Trzeba jednak przyznać, że posiada niecodzienny charakter i ujawnia autentyczny talent do tworzenia muzycznych opowieści.
Pierwszy kostium przyszłego geniusza
„David Bowie” z 1967 roku jest albumem, na którym wyobraźnia znacznie częściej wyprzedza umiejętności kompozycyjne. Młody autor potrafi wymyślić niezwykłego bohatera, interesującą historię lub przewrotny temat, ale nie zawsze umie zamienić ten pomysł w przekonującą piosenkę. Kabaretowe aranżacje szybko tracą świeżość, część melodii okazuje się zbyt błaha, a nadmiar wokalnej ekspresji chwilami utrudnia odbiór. Nie sposób zestawiać tego wydawnictwa na równych prawach z „Hunky Dory”, „Ziggy Stardust”, „Station to Station” czy „Low”. Tamte albumy posiadają artystyczną dyscyplinę i wyraźną osobowość. Debiut przypomina raczej próbę generalną, podczas której aktor dopiero sprawdza, czy kostiumy i dekoracje odpowiadają jego wyobrażeniom.
Nie oznacza to, że płyta jest pozbawiona wartości. Przeciwnie. Jej największą zaletą pozostaje ciekawość świata i zainteresowanie tematami rzadko obecnymi w ówczesnym repertuarze popowym. Bowie opowiada o społecznej izolacji, fałszywych ambicjach, wojennych traumach, dzieciństwie, politycznej przemocy i ludzkich osobliwościach. Nie wszystkie historie są udane, ale trudno odmówić ich autorowi odwagi i pomysłowości.
W „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla rzeczywistość nieustannie zmienia reguły, zmuszając bohaterkę do konfrontacji z własnymi przyzwyczajeniami. Podobnie młody Bowie przemieszcza się pomiędzy kolejnymi muzycznymi światami. Jeszcze nie potrafi nadać tej różnorodności spójnej formy, ale nie boi się eksperymentować. I być może właśnie to jest najbardziej wartościową cechą debiutu.
„David Bowie” nie jest albumem, na którym narodził się geniusz. Jest płytą, na której przyszły geniusz pozwolił sobie być niedoskonałym, dziwacznym i chwilami zwyczajnie śmiesznym. Nie ma tutaj jeszcze kosmicznego mesjasza ani rockowego wizjonera. Jest młody człowiek, który próbuje znaleźć dla siebie miejsce na scenie.
Zanim człowiek spadł na Ziemię, musiał przecież nauczyć się marzyć o gwiazdach.
Ocena końcowa: 7/10
„David Bowie” (1967) to nierówny, ale intrygujący debiut jednego z najważniejszych artystów w historii muzyki popularnej. Czternaście kompozycji łączy baroque pop, music hall, folk, kabaret i psychodeliczny pop, tworząc kolekcję teatralnych opowieści o bardzo różnej wartości muzycznej. Najciekawsze utwory to „Rubber Band”, „Love You Till Tuesday”, „There Is a Happy Land”, „We Are Hungry Men”, „Little Bombardier”, „Silly Boy Blue”, „She's Got Medals” oraz „Please Mr. Gravedigger”. Największą zaletą pozostaje literacka wyobraźnia Bowiego, największą słabością – brak stylistycznej dyscypliny i kompozycyjnej dojrzałości.
Werdykt: To album przede wszystkim dla słuchaczy zainteresowanych historią artystycznego rozwoju Davida Bowiego. Nie jest arcydziełem i nie powinien być oceniany tak, jakby nim był. Stanowi jednak wartościowy dokument brytyjskiej muzyki lat sześćdziesiątych oraz niezwykłą pamiątkę po okresie, w którym jeden z największych twórców rocka dopiero poszukiwał własnego języka.
David Bowie – „David Bowie” (Deram Records, 1967). Produkcja: Mike Vernon. Oryginalne brytyjskie wydanie zawiera 14 utworów. Albumu nie należy mylić z płytą „David Bowie” z 1969 roku, znaną później jako „Space Oddity”. Przywołane opinie krytyczne pochodzą z „New Musical Express”, „Melody Maker”, AllMusic i „The Guardian”. Literackie porównania, interpretacje oraz ocena końcowa stanowią autorski komentarz redakcyjny.



Napisz komentarz
Komentarze