Majowy odczyt Barometru Ofert Pracy był wyższy niż w kwietniu, kiedy wskaźnik wynosił 253,5 pkt. Według autorów raportu od lutego widoczne jest odbicie, dzięki któremu liczba publikowanych w internecie ofert zatrudnienia wróciła do poziomu sprzed roku. To jednak nie jest jeszcze ten moment, w którym można mówić o trwałym trendzie wzrostowym. Raczej o pierwszym głębszym oddechu po miesiącach niepewności.
Więcej ogłoszeń, ale też więcej bezrobotnych
Rynek pracy przypomina dziś scenę z filmu, w której bohater widzi światełko w tunelu, ale nie ma pewności, czy to wyjście, czy nadjeżdżający pociąg. Z jednej strony przybywa ofert. Z drugiej — liczba bezrobotnych rośnie trzeci miesiąc z rzędu, a w kwietniu osiągnęła najwyższy poziom od czerwca 2021 roku.
Stopa bezrobocia rejestrowanego, po wyłączeniu osób uczestniczących wyłącznie w pracach sezonowych, wzrosła w kwietniu o 0,1 punktu procentowego i wyniosła 6 proc. Autorzy raportu zaznaczają, że z perspektywy historycznej to nadal relatywnie niski poziom, ale w porównaniu z ubiegłym rokiem wzrost jest już odczuwalny. A to oznacza jedno: konkurencja o jedno wolne miejsce pracy staje się większa.
Dla mieszkańców Tomaszowa Mazowieckiego i powiatu tomaszowskiego ten wniosek nie jest abstrakcją z ekonomicznego wykresu. Lokalny rynek pracy od lat jest bardziej wrażliwy na wahania w przemyśle, handlu, usługach i transporcie. Kiedy firmy ograniczają koszty, mieszkańcy takich miast jak Tomaszów czują to szybciej niż duże aglomeracje, gdzie rynek bywa bardziej zróżnicowany.
Wzrost w niemal wszystkich województwach
Z raportu wynika, że po wyłączeniu ofert pracy sezonowej wzrost liczby internetowych ogłoszeń odnotowano we wszystkich województwach. Skala wzrostów była podobna zarówno w regionach o niskiej, jak i wysokiej stopie bezrobocia. Najwięcej nowych wakatów w ujęciu miesięcznym przybyło w województwach: podkarpackim, lubuskim oraz podlaskim. W województwie opolskim wzrost był natomiast marginalny.
To ważne, bo pokazuje, że poprawa nie ogranicza się wyłącznie do największych centrów gospodarczych. Nie oznacza jednak automatycznie, że pracodawcy masowo zwiększają zatrudnienie. Eksperci zwracają uwagę, że część nowych ogłoszeń może wynikać z rotacji — czyli wymiany pracowników, a nie tworzenia nowych miejsc pracy.
Innymi słowy: w ogłoszeniach ruch jest, ale nie musi to być jeszcze prawdziwy rozkwit. Bardziej „Przedwiośnie” Żeromskiego niż pełnia lata.
Rynek nadal w strefie dekoniunktury
Autorzy raportu podkreślają, że tzw. zegar rynku ofert pracy, opierający się na zmianach bezrobocia i wakatów, nadal znajduje się w ćwiartce oznaczającej dekoniunkturę. Co prawda zbliża się do części wskazującej na ożywienie, ale — jak przypominają eksperci — podobne wzrosty obserwowano już w poprzednich latach i nie zawsze okazywały się trwałe.
To zdanie warto zapamiętać szczególnie dziś, gdy pojedynczy dobry wskaźnik łatwo ubrać w fanfary. Ekonomia rzadko gra marsza triumfalnego po jednym odczycie. Częściej przypomina jazzową improwizację: tu przyspieszenie, tam pauza, za chwilę zmiana tonacji.
W raporcie czytamy, że niewielki wzrost liczby wakatów przy jednoczesnym wzroście bezrobocia może świadczyć o tym, że pracodawcy nie powiększają zespołów, lecz jedynie uzupełniają braki kadrowe albo zastępują jednych pracowników drugimi.
Kogo szukają pracodawcy?
Najwięcej oznak ożywienia widać w ofertach pracy dla przedstawicieli zawodów wymagających wykształcenia w naukach ścisłych. Przybywa także ogłoszeń w usługach, choć autorzy raportu zaznaczają, że na razie jest to tendencja krótkookresowa.
Gorzej wygląda sytuacja w pracach fizycznych. Tam liczba wakatów nadal spada, choć zapotrzebowanie na pracowników pozostaje wysokie. To pozorny paradoks, ale na lokalnych rynkach dobrze znany: firmy potrzebują ludzi, lecz często szukają ich ostrożniej, wolniej i przy większym nacisku na elastyczność kosztów.
Bez większych zmian pozostaje natomiast popyt na pracowników z zakresu nauk społecznych. Od początku roku utrzymuje się on na podobnym poziomie.
Co to oznacza dla kandydatów?
Dla osób szukających pracy najważniejszy wniosek jest prosty: warto uważnie śledzić oferty, ale nie warto dać się zwieść samemu wzrostowi liczby ogłoszeń. Większa liczba wakatów nie zawsze oznacza łatwiejszą rekrutację. Jeśli bezrobotnych przybywa, pracodawcy mogą mieć większy wybór kandydatów, a rozmowy kwalifikacyjne mogą stawać się bardziej wymagające.
W praktyce oznacza to konieczność lepszego przygotowania dokumentów aplikacyjnych, szybszej reakcji na nowe oferty oraz gotowości do uzupełniania kwalifikacji. Szczególnie że współczesny rynek pracy — także w takich miastach jak Tomaszów Mazowiecki — coraz częściej premiuje nie tylko doświadczenie, ale także zdolność uczenia się, obsługę nowych technologii i elastyczność zawodową.
Lokalnie: warto patrzeć nie tylko na liczbę ofert, ale i ich jakość
Dla powiatu tomaszowskiego kluczowe będzie nie tylko to, ile ofert pojawi się w najbliższych miesiącach, ale jakie to będą oferty: stałe czy sezonowe, pełnoetatowe czy dorywcze, z realną ścieżką rozwoju czy tylko z krótkim terminem zatrudnienia.
Rynek pracy nie jest tabelą w Excelu. Za każdą liczbą stoi człowiek: ktoś, kto stracił zatrudnienie, ktoś, kto wraca po przerwie, ktoś, kto po latach pracy w jednej branży musi nauczyć się nowego zawodu. Dlatego wzrost Barometru Ofert Pracy można przyjąć z umiarkowanym optymizmem, ale bez samozachwytu.
Na razie to nie jest jeszcze wielki powrót rynku pracownika. Raczej ostrożny sygnał, że gospodarka sprawdza, czy może znów mocniej uchylić drzwi.




Komentarze