Święto tych, którzy nie chcą dojść pierwsi
Są takie dni, które wyglądają niepozornie. Nie mają defilad, fanfar, wielkich scen, sponsorów w jednakowych koszulkach ani prowadzącego, który przez mikrofon oznajmia, że „za chwilę zaczynamy”. Dzień Leniwych Spacerów jest właśnie jednym z nich. Przychodzi cicho, bez zadęcia, jak człowiek, który nie dzwoni domofonem, tylko macha spod okna i mówi: „Chodź, przejdziemy się”.
Nie: „chodź, zrobimy dziesięć tysięcy kroków”.
Nie: „chodź, spalimy kalorie”.
Nie: „chodź, bo aplikacja mówi, że za długo siedzisz”.
Po prostu: chodź.
To słowo — krótkie, miękkie, trochę staroświeckie — ma w sobie więcej rewolucji, niż mogłoby się wydawać. Bo przecież współczesny człowiek już prawie nie chodzi. On przemieszcza się, załatwia, zdąża, parkuje, podbiega, loguje trasę, sprawdza czas przejścia i pyta mapę, czy istnieje szybszy wariant. Nawet spacer potrafiliśmy przerobić na projekt. Z celem, planem, pomiarem, parametrem. Marsz jako tabela. Oddech jako wykres. Życie jako raport kwartalny.
A leniwy spacer? Leniwy spacer jest policzkiem wymierzonym temu wszystkiemu. Delikatnym, rzecz jasna. Takim w stylu Czechowa, nie Tarantino. Ale jednak policzkiem.
Flâneur znad Pilicy
Francuzi mieli swojego flâneura — miejskiego włóczęgę, obserwatora, człowieka od niespiesznego patrzenia. Kogoś, kto nie tyle szedł przez miasto, ile pozwalał, by miasto przeszło przez niego. Walter Benjamin zrobił z tej postaci niemal filozofa chodnika, poetę witryn sklepowych i zaułków. W Paryżu mógł to być elegancki pan w kapeluszu, sunący bulwarem jak przecinek w zdaniu Baudelaire’a.
U nas? U nas flâneur może mieć reklamówkę z piekarni, klucze w kieszeni, psa, który bardziej prowadzi człowieka niż człowiek psa, i buty kupione na promocji. Może iść Bulwarami nad Pilicą, zatrzymać się przy wodzie, spojrzeć na niebo, które w Tomaszowie bywa czasem wielkie jak ekran w starym kinie, a czasem niskie, szare i ciężkie jak powieść Hłaski po złym śnie.
Może skręcić w stronę Niebieskich Źródeł, gdzie woda ma kolor tak niewiarygodny, że wygląda jakby ktoś w dolinie Pilicy zostawił kawałek południowego morza. Może pójść między bloki, gdzie na balkonach schną ręczniki, z okien leci radio, a życie — to prawdziwe, niefolderowe — pachnie praniem, obiadem, rozgrzanym asfaltem i lipą.
Bo Tomaszów nie jest tylko miejscem, które da się obejrzeć z samochodu. Nie da się go naprawdę poznać przez szybę, tak jak nie da się zrozumieć człowieka, mijając go windą między drugim a trzecim piętrem. Miasto trzeba przejść nogami. Nie raz. Nie od święta. Trzeba dać mu czas, żeby przestało pozować.
Spacer bez celu, czyli herezja naszych czasów
Najbardziej podejrzane w leniwym spacerze jest to, że on niczego nie obiecuje. Nie gwarantuje awansu. Nie poprawia wyniku sprzedaży. Nie odpowiada na maila. Nie buduje marki osobistej. Nie da się go łatwo wrzucić w prezentację jako „działanie rozwojowe”. Nie wygląda dobrze w tabelce, bo w tabelkach najlepiej wyglądają rzeczy martwe.
Spacer leniwy jest bezczelny, bo nie musi się tłumaczyć. Można wyjść z domu i nie mieć żadnej trasy. Można dojść tylko do rogu ulicy i zawrócić. Można usiąść na ławce, chociaż przecież „dopiero co wyszliśmy”. Można patrzeć, jak dziecko kopie kamyk przed sobą z powagą godną inżyniera mostów. Można obserwować starszego pana z siatką, który porusza się powoli, ale z jakąś majestatyczną konsekwencją, jakby nie wracał ze sklepu, tylko niósł przez miasto cały XX wiek.
Można minąć rower oparty o płot. Skrzypiącą furtkę. Kota z miną urzędnika, który widział już wszystkie podania i żadnego nie zamierza rozpatrzyć pozytywnie. Można wejść w ulicę, którą zwykle się omija, bo „tam nic nie ma”. I nagle okazuje się, że jest wszystko: cień drzewa na murze, stara fasada, krzywy chodnik, krzak róży przy bramie, cisza między jednym samochodem a drugim.
W tym sensie Dzień Leniwych Spacerów jest trochę jak scena z Kieślowskiego. Niby nic się nie dzieje. Ktoś idzie. Ktoś patrzy. Ktoś milczy. A jednak pod spodem przesuwa się cała tektonika życia.
Tomaszów oglądany w tempie człowieka
Są miasta, które najpiękniej wyglądają z wysoka. Są takie, które potrzebują panoramy, drona, zachodu słońca i dobrego filtra. Tomaszów Mazowiecki często najlepiej wypada z bliska. Z poziomu chodnika. Z odległości dłoni od balustrady, buta od kałuży, nosa od zapachu rzeki po deszczu.
Tu leniwy spacer może zacząć się banalnie: przy sklepie, na osiedlu, pod blokiem, na przystanku. I właśnie dobrze. Nie trzeba od razu wielkiej wyprawy, plecaka i miny odkrywcy. Wystarczy zejść z automatu. Nie iść po coś. Nie iść do kogoś. Nie iść „przy okazji”. Iść, bo nogi jeszcze pamiętają rytm starszy niż wszystkie nasze powiadomienia.
Można pójść ku Pilicy i pozwolić, by rzeka zrobiła to, co rzeki robią najlepiej: przypomniała, że świat płynie bez konsultowania z nami harmonogramu. Można ruszyć do Spały, choćby tylko w wyobraźni, tym traktem, którym okolica od dawna miesza historię, przyrodę i rekreację w jeden lokalny sen. Można pomyśleć o Inowłodzu — o kamieniu, rzece, dawnych opowieściach, o tym, że w promieniu krótkiej drogi od Tomaszowa kryje się więcej warstw, niż pokazuje szybka mapa w telefonie.
Można też przejść przez cmentarz. Nie po to, by popadać w mrok, ale by odzyskać proporcje. Tam każdy pośpiech brzmi głupio. Deadline’y tracą zęby. Aplikacje milkną. Człowiek idzie wolniej, bo nagle rozumie, że czas nie jest przeciwnikiem do pokonania, tylko przestrzenią do zamieszkania.
Przeciw tyranii „muszę”
Żyjemy w epoce, która ma do nas nieustannie jakieś żądania. Musisz być dostępny. Musisz odpisać. Musisz wiedzieć. Musisz się rozwijać. Musisz monitorować, aktualizować, optymalizować, reagować. Nawet odpoczynek bywa dziś zadaniem: trzeba odpocząć efektywnie, zregenerować się strategicznie, najlepiej tak, żeby w poniedziałek być jeszcze bardziej wydajnym.
Tymczasem leniwy spacer mówi: nie.
Nie musisz mieć celu.
Nie musisz zrobić zdjęcia.
Nie musisz wrzucać relacji.
Nie musisz nawet dojść tam, gdzie planowałeś, bo przecież planu nie było.
To nie jest pochwała bezczynności. To raczej pochwała bycia nieużytecznym przez chwilę. A to dla człowieka tresowanego przez kalendarz jest doświadczenie niemal dzikie. Jak ucieczka z biura w środku dnia w filmie, w którym nikt jeszcze nie wie, czy bohater ratuje swoje życie, czy właśnie je komplikuje.
Stachura napisałby pewnie, że wszystko jest poezją, jeśli człowiek potrafi iść wystarczająco uważnie. Niemen mógłby zaśpiewać gdzieś z uchylonego okna, że dziwny jest ten świat — i miałby rację, bo dziwny jest świat, w którym człowiek musi sobie ustanawiać święto, żeby przypomnieć sobie, że wolno mu spacerować bez powodu.
Zdrowie przychodzi po cichu
Oczywiście, można by tu napisać, że spacer dobrze wpływa na serce, krążenie, nastrój, sen i głowę. Można by przywołać specjalistów, badania, wykresy, rekomendacje. I wszystko to byłoby prawdą. Tylko że Dzień Leniwych Spacerów zasługuje na coś lepszego niż ton ulotki z przychodni.
Bo w tym święcie zdrowie nie powinno maszerować na czele pochodu z transparentem. Niech idzie z tyłu, z rękami w kieszeniach. Niech będzie skutkiem ubocznym. Nagrodą, która nie została zamówiona. Człowiek wychodzi, żeby popatrzeć na rzekę, a przy okazji trochę lżej mu się oddycha. Wychodzi, żeby przewietrzyć myśli, a przy okazji ciało przypomina sobie, że nie jest tylko statywem dla głowy pochylonej nad ekranem.
Najlepszy spacer to czasem ten, po którym nie ma spektakularnej puenty. Wracasz do domu, nalewasz wody do szklanki, siadasz i orientujesz się, że przez godzinę nikt tobą nie zarządzał. Że nie byłeś trybikiem. Nie byłeś odbiorcą komunikatów. Nie byłeś numerem w kolejce. Byłeś człowiekiem, który szedł.
To mało? W naszych czasach to bardzo dużo.
Wyjść, zanim dzień zniknie
Dzień Leniwych Spacerów nie wymaga dekoracji. Wystarczy chodnik. Ścieżka. Kawałek rzeki. Park. Osiedlowa ulica. Droga w stronę Niebieskich Źródeł. Ławka, która pamięta więcej rozmów niż niejeden salon. Miasto, które nie zawsze jest piękne w oczywisty sposób, ale potrafi nagle odsłonić detal jak zdanie podkreślone ołówkiem w starej książce.
Można dziś wyjść samemu. Można z kimś. Można bez słów. Można z piosenką w głowie. Można iść tak wolno, żeby minął nas własny pośpiech — zdziwiony, lekko obrażony, nieprzyzwyczajony do tego, że nie dostał pierwszeństwa.
I może właśnie o to chodzi. Żeby raz na jakiś czas nie doganiać świata. Nie ścigać się z miastem, pracą, wiadomościami, cudzymi oczekiwaniami. Nie poprawiać życia na siłę. Tylko przejść się kawałek. Zobaczyć światło na fasadzie. Usłyszeć psa szczekającego za płotem. Poczuć zapach rzeki po deszczu. Spojrzeć na Pilicę i pozwolić jej płynąć bez naszego komentarza.
A potem wrócić — może tą samą drogą, może inną — z drobnym, prawie niewidocznym zyskiem: z poczuciem, że świat jeszcze nie został do końca zamieniony w zadanie do wykonania.




Napisz komentarz
Komentarze