Trzy filmy, jedna noc i sprawdzian odwagi
Formuła maratonu jest prosta: najpierw „Krzyk” (część piąta, 2022) – powrót do Woodsboro po 25 latach i nowa fala zbrodni w cieniu legendy oryginału. Potem „Krzyk VI” – ucieczka ocalałych do Nowego Jorku, gdzie Ghostface udowadnia, że metropolia wcale nie daje bezpieczeństwa. Na deser – „Krzyk 7”, czyli najnowsza część, którą widzowie maratonu zobaczą jako jedni z pierwszych.
Co mówią widzowie i krytycy o „Krzyku” (2022) i „Krzyku VI”?
Ostatnie dwie odsłony udowodniły, że to nie jest seria odcinająca kupony „na autopilocie”.
„Krzyk” (2022) był odbierany jako udany „requel” – film, który jednocześnie kontynuuje historię i wprowadza nową generację bohaterów. Krytycy doceniali, że seria zachowała meta-ironię i napięcie, zamiast udawać, że lata 90. wciąż trwają.
„Krzyk VI” z kolei podbił tempo i widowiskowość, a przeniesienie akcji do Nowego Jorku dało serii świeży oddech. W serwisach zbierających recenzje film dostał „generalnie przychylne” oceny krytyków oraz przyzwoite noty od użytkowników.
W skrócie: widzowie wciąż chcą się bawić tą konwencją, a krytycy – choć nie zawsze jednogłośnie – przyznają, że „Krzyk” potrafi ugryźć temat sprytniej niż większość długich serii.
„Krzyk 7”: powrót Sidney i historia, która znów dotyka najczulszego punktu
Największa zmiana? Za kamerą staje Kevin Williamson, scenarzysta oryginału i jedna z osób, bez których „Krzyk” w ogóle by nie istniał. W nowej części wraca też Neve Campbell jako Sidney Prescott – tym razem Ghostface uderza w jej rodzinę, bo celem ma być córka Sidney, Tatum (w tej roli Isabel May).
Co ciekawe, sama decyzja o imieniu „Tatum” ma być czytelnym ukłonem w stronę postaci z pierwszego filmu, bardzo ważnej dla fanów serii.
Czy warto kręcić kolejne kontynuacje serii?
To pytanie wraca przy każdej marce z długim stażem, ale „Krzyk” ma jedną przewagę nad większością franczyz: od początku jest opowieścią o sequelach. Seria żyje z komentowania reguł horroru, trendów popkultury i oczekiwań widzów – dlatego potrafi zamienić „zmęczenie kontynuacjami” w własne paliwo.
Żeby jednak kolejne części miały sens, muszą spełnić dwa warunki:
- nowy pomysł na formułę (jak Nowy Jork w „VI” albo rodzinny wątek Sidney w „VII”),
- wyrazisty temat – nie tylko „kto jest mordercą”, ale „dlaczego ta historia ma dziś znaczenie”.
Jeśli „Krzyk 7” dowiezie emocje i świeżość (a powrót Sidney + Williamson za kamerą temu sprzyjają), to kontynuacje mogą dalej działać. Jeśli jednak seria zacznie kręcić się wyłącznie wokół nostalgii i „samej marki”, wtedy nawet najlepsza maska Ghostface’a nie przykryje faktu, że to już tylko odhaczanie kolejnych numerków.
Dla kogo jest ten maraton?
Dla fanów slasherów – oczywiste. Ale też dla tych, którzy lubią, gdy horror bawi się z widzem: raz straszy, raz puszcza oko, a raz bezlitośnie wywraca zasady gatunku. Trzy filmy w jedną noc to idealny test: czy Ghostface nadal potrafi zaskoczyć?




























































Napisz komentarz
Komentarze