Nie ma w tym święcie balonów ani kolorowych girland. Nie ma akademii, przemówień wygłaszanych pod sztandarem ani okolicznościowych zdjęć z uśmiechniętymi dziećmi. Jest za to cisza. I wzrok, który ucieka, gdy trzeba spojrzeć w oczy dziecku stojącemu na chodniku – zbyt wcześnie dorosłemu, zbyt szybko wypchniętemu poza margines.
12 kwietnia przypada Międzynarodowy Dzień Dzieci Ulicy. Data, która w kalendarzu przechodzi niemal niezauważona, jakbyśmy zbiorowo uznali, że lepiej nie zadawać pytań, na które nie mamy wygodnych odpowiedzi.
Bo czym właściwie jest „dziecko ulicy”? To nie tylko obraz z reportaży z Ameryki Południowej czy Afryki, gdzie dzieci śpią na kartonach, a ich światem jest skrzyżowanie i czerwone światło. To także – choć trudniejsze do przyjęcia – dzieci z polskich miast. Nie zawsze bezdomne. Często „tylko” pozostawione same sobie. W systemie, który działa na papierze, ale w praktyce potrafi nie dostrzec człowieka.
W Polsce problem nie ma twarzy skrajnej biedy, ale ma twarz zaniedbania. To dzieci, które godzinami włóczą się po osiedlach, galeriach handlowych, dworcach. Dzieci pozostawione same sobie. Dzieci, które uciekają z domów – nie z powodu przygody, ale z powodu przemocy, alkoholu, obojętności. Dzieci, które formalnie „są w systemie”, a realnie pozostają poza nim.
Prawo? Owszem, mamy przepisy. Ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, ośrodki pomocy społecznej, kuratorów, procedury „Niebieskiej Karty”. Wszystko się zgadza – w teorii. Problem zaczyna się tam, gdzie kończy się paragraf, a zaczyna człowiek. Tam, gdzie decyzje podejmuje się nie w oparciu o dobro dziecka, lecz o wygodę systemu, brak miejsc w placówkach, czy zwykłą bezradność urzędnika.
W Tomaszowie Mazowieckim – jak w wielu miastach tej wielkości – też widzimy te dzieci. Na placach zabaw późnym wieczorem. Pod sklepami. W okolicach galerii. Nie są statystyką, choć łatwo je w nią zamienić. Czasem trafiają do policyjnych notatek, czasem do raportów MOPS-u. Rzadziej do realnej pomocy, która zmienia cokolwiek na dłużej.
Pamiętam jedną z interwencji sprzed kilku lat, kiedy kilkunastoletnia dziewczyna przez kilka dni nocowała na klatce schodowej jednego z bloków. Sąsiedzi wiedzieli. Jedni przynosili herbatę, inni odwracali wzrok. System zareagował dopiero wtedy, gdy sprawa stała się problemem. Czyli wtedy, gdy ktoś zadzwonił, ktoś opisał, ktoś nagłośnił.
To nie jest opowieść o egzotycznym świecie daleko stąd. To jest opowieść o nas.
Bo dziecko ulicy nie rodzi się na ulicy. Ono tam trafia. Krok po kroku, decyzja po decyzji – często cudzych. Czasem rodziców, czasem instytucji, czasem całego społeczeństwa, które uznaje, że „to nie nasza sprawa”.
Literatura zna takie historie aż za dobrze. Dickens opisywał je w XIX wieku, pokazując dzieci żyjące w cieniu fabryk i nędzy Londynu. Dziś nie potrzebujemy Londynu sprzed dwóch stuleci. Wystarczy uważnie rozejrzeć się wokół.
Różnica polega na tym, że dziś łatwiej udawać, że problemu nie ma.
Międzynarodowy Dzień Dzieci Ulicy nie jest po to, żeby wzruszyć się przez chwilę i wrócić do codzienności. To moment, w którym warto zadać sobie niewygodne pytanie: ile takich dzieci mijamy każdego dnia i ile razy świadomie wybieramy obojętność?
Bo największym problemem nie jest to, że te dzieci istnieją.
Największym problemem jest to, że zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić.

























































Napisz komentarz
Komentarze