„Małgorzata i Mistrz” w wykonaniu Teatru Trzcina Kariny Góry nie był kolejnym spektaklem do odhaczenia w kalendarzu wydarzeń. To było spotkanie – z literaturą, z emocją, z tym niepokojem, który Bułhakow zaszył między wierszami, a który dziś, w Tomaszowie, wybrzmiał zaskakująco aktualnie.
Bo przecież jego świat – pełen cynizmu, gry pozorów, układów i cichych zdrad – nie jest aż tak odległy od naszego.
Na scenie jednak nie było polityki. Była wrażliwość, symbol i cisza, która mówi więcej niż najdłuższe przemówienia na sesjach rady.
Karina Góra nie próbowała opowiadać tej historii na nowo. Ona ją wydobyła. Oczyściła z teatralnej dekoracyjności i zostawiła to, co najważniejsze – relacje, napięcie, prawdę emocji. Jej reżyseria była jak dobrze skomponowany utwór – bez fałszu, bez zbędnych ozdobników, za to z precyzyjnie budowanym crescendo.
A aktorki?
Nie grały. One były.
Autentyczne do bólu, momentami surowe, chwilami niemal intymne w swojej obecności na scenie. Widz nie miał gdzie uciec – ani w telefon, ani w rozproszenie. Sala była wypełniona po brzegi, ale panowała w niej ta szczególna cisza, którą zna każdy, kto choć raz naprawdę „wchłonął” teatr.
To nie jest cisza grzeczności.
To jest cisza poruszenia.
Po spektaklu przyszło coś, co w Tomaszowie wciąż nie jest standardem, a powinno nim być – rozmowa. Spotkanie z reżyserką i aktorkami, bez bariery sceny, bez sztucznego dystansu. I nagle okazało się, że teatr nie kończy się wraz z oklaskami.
Wręcz przeciwnie – dopiero się zaczyna.
Bo kiedy słuchasz o intencjach, o procesie, o tym, co stało za konkretnym gestem czy spojrzeniem, zaczynasz rozumieć więcej. A może nawet… zaczynasz widzieć więcej wokół siebie.
W mieście, w którym potrafimy pokłócić się o wszystko – od inwestycji po obchody świąt narodowych – taki wieczór ma szczególną wagę. Przypomina, że kultura nie jest dodatkiem. Jest fundamentem.
To ona uczy słuchać.
To ona uczy myśleć.
To ona – jeśli tylko jej pozwolimy – może nas jeszcze jakoś połączyć.
I może właśnie dlatego sala była pełna.
Nie z ciekawości.
Z potrzeby.
Na koniec pozostaje jedno zdanie, które nie jest kurtuazją, tylko faktem:
takie wydarzenia tworzą prawdziwy Tomaszów – nie ten z uchwał i głosowań, ale ten z emocji, rozmów i wspólnego przeżywania czegoś ważnego.
A to, wbrew pozorom, jest znacznie trudniejsze do zbudowania niż jakakolwiek koalicja.

























































Napisz komentarz
Komentarze